niedziela, 17 września 2017

(GOTOWE)CZC 6 - Prime - czyli z czym to sie je...

Wyszedł z wiru w uliczce naprzeciw domu i przeciął ulicę, kierując się do swoich drzwi. Kiedy wszedł do salonu napotkał Mayvies która kuliła się na siedzeniach za stołem. Spojrzała na niego i zobaczył, że jest na granicy...płaczu. Właściwie cienkie stróżki płynu już zdobił jej policzki, krople w kącikach fotoreceptorów rozmywały strach i rozżalenie lśniące w tym bezkresnym cyjanowym świetle optyk. Jej niepokój i roztrzęsienie ścisnęły go mocno za iskrę, zakłuło jakby upchnięto jego światło w stalową obrączkę. Rozwarł ramiona robiąc krok naprzód a ona poderwała się z miejsca i przywarła do niego jakby ktoś znowu miał ich oddzielić od siebie. Zamknął ją w bezpiecznym uścisku silnych ramion i wyszeptał w ojczystym języku słowa pocieszenia.
- Nie możesz już płakać, ciii, przecież wróciłem.
Pchnięty impulsem położył dłoń na jej mokrej twarzyczce i zwarł swoje wargi z jej ustami. Pocałunek podpatrzony na Ziemi. Nawet jeśli fembotka się zdziwiła to nic nie powiedziała. Łącząca ich więź nie pozwalała jej pozostać bierną na taką pieszczotę. Kiedy po chwili oderwali się od siebie jej emocje, szczęście i ciepło, otuchą zlały się z jego spokojem i radością.

Jedną cudowną wieczność przerwał grymas konsternacji. Partnerka zabrała rękę z jego pleców, które chwilę temu oplatała i teraz przypatrywała się dłoni oblepionej energonem.

- Jesteś ranny! - krzyknęła. Chciał ją na dłużej zatrzymać, wzmocnił ucisk na jej obu dłoniach, ale wyrwała się i rzuciła do blatu szukając Primus wie czego, kazać mu usiąść na fotelach. Powlókł się więc i już zupełnie wyczerpany opadł na twarde siedzenie. Dopadła do niego i szmatką z płótna zaczęła wycierać szramę, która błyszczała od jego barku do niemal kręgosłupa. Nie mając żadnego doświadczenia miała tylko nadzieję, że rana nie jest głęboka.

- Wygraliście? - spytała bota po przeciągającej się w błogiej ciszy chwili. Machinalnie ścierała ciecz z rany i nie miała zamiaru zbyt szybko wytracać go z równowagi, czuła jak bardzo go coś niepokoi. Smoke odwrócił się do niej, ale ona unikała kontaktu wzrokowego.

- Nie - Cicho zaprzeczył. Czuł jak ręka jej się zatrzęsła, gdy jeszcze raz przetarła ranę. Odwrócił się do niej i znowu spojrzał na jej usta, przejęło go wspomnienie chłodu metalowej skóry, a jednocześnie żaru, ciepła z wewnątrz jej tryskającego życiem ciała. Obezwładniające uczucie styknięcia się z dwoma żywiołami w jednej postaci. Jeszcze na Ziemi nie pojmował idei całowania się. Ten organiczny typ, że swoimi dziwacznymi zwyczajami. Nie rozumiał jak tak młoda rasa mogła przez miliardy lat swojej ewolucji rozwijać taki wyraz uczuć, jak całowanie się, dotyk, pieszczotą, namacalną bliskość drugiego osobnika, kiedy równocześnie oni tylko mordowali swój gatunek spychając te stare instynkty potrzeby swojego dopełnienia w tej drugiej osobie i zastępując je prymitywna rządzą wygranej i mordu.

Zapatrzony w jej świecące oczy pogładził kciukiem jej policzek i złączył ich usta w jednym pocałunku. Gorejącym i gwałtowniejszym, już nie tak obiecującym i chroniącym jak pierwszy, ten wyrażał więcej z chęci posiadania siebie nawzajem. Jeszcze bliżej. Mayvies dołączyła się do zabawy zupełnie nie znając reguł, ale była dumna i szczęśliwa mogąc z nim dzielić te doznania.

Smoke wziął ją na ręce i nie rozdzielając ich warg dotarł z nią po omacku do pokoju sypialnego.

***

Gdy otworzył optykę wybudzony nagłym uczuciem niepokoju, w pierwszej chwili pomyślał o ponawiającym się o relikcie śnie. Podniósł się do pozycji siedzącej i dopiero zrozumiał, że winnymi pobudki są grzmoty przedzierające się przez ściany mieszkania. Rozejrzał się po pokoju i uspokojony dojrzał skuloną May jeszcze sekundę temu zapewne tulącą mu się boku. Wstał z płyty łoża i wymsknął się z mieszkania na mały plac na tyłach domu.

Na zewnątrz huki były rzecz jasna głośniejsze, ale stojące dookoła budynki zasłaniały wszystko. Tylko przez jedną ze stron nieba przebiegała gruba smuga pomarańczowego światła. Zdeterminowały podszedł do ścian swojego domu i wspiął się na dach. Pożałował, tylko że cybertrońska architektura stosowała tak zwane ślepe piętro, niezależnie od ilości wykorzystywanych kondygnacji, służące jedynie za ładny efekt wizualny z zewnątrz by bloki zdawały się jeszcze większe w tym wielkim świecie. Tak więc mieli dom jednopiętrowy, choć w rzeczywistości mogli korzystać tylko z parteru.

Kiedy już umościł się na dachu z widokiem na rozgrywającą się w mieście usłyszał z dołu natarczywe wołanie.

May stała pod domem i patrzyła na ukochanego z miną wysoce niezadowoloną. Zanim jednak zdążył poprosić ją by wróciła do łóżka ona już cała rozpromieniona pojawiła się nagle u jego boku na dachu. Tak jak on spojrzała w sam środek Tyrest które zajęte zostało przez ogień. Na horyzoncie też raz na jakiś czas dochodziło do silnych wybuchów.

- Dlaczego nie powiedziałeś, że on wrócił?! - powiedziała próbując przekrzyczeć ogłuszający hałas.

- Co? - spojrzał na nią myśląc, że się przesłyszał.

- On wrócił! - znowu krzyknęła - co niby mieliby tak świętować, jeśli nie jego powrót? Po co mieliby przejmować resztki ocalałych miast jeśli nie z jego rozkazu?

Speszony odwrócił wzrok. Uwielbiał w niej tą jej bystrość i szczerość płynącą z czystej wrodzonej dobroci. Wiedział, że sama poskłada te klocki, pewnie domyślała się wszystkiego od początku, ale spodziewał się, że jej ton zabrzmi jak oskarżenie.

- Nie chciałem cię martwić! I nie kłamałem przecież - skruszony znowu złapał jej spojrzenie - Ja to naprawie, May. Ja to wszystko mogę naprawić...

- Jak? - przerwała mu. Zabrzmiało to ostro, bardziej niż chciała a na pewno nie chciała go dobijać kłótnią. Ukrywał to wszystko, żeby ją chronić, zależy mu, żeby było dobrze. A teraz ogląda właśnie jak świat który razem z kompanami uratował z bagna, odmętów pustki, nad którym przelał energon znika spopielony w toni śmierdzącej beznadzieją i potopionymi marzeniami. Poświęcili siebie, by dać takim jak ona ich kraj, ich prawo, ich własny kąt. Teraz, naocznie przegrywają z chodzącą kwintesencją egoizmu i zniszczenia.

- Jak? - spytała jeszcze raz - wiem, że możesz, Smokescreen, możesz tam iść i spróbować. Ale czy potrafisz Smoke?

Na ostatnich słowach załamał się jej głos. Wzbierająca gorycz i rozpacz próbowała ukryć wtulając się w jego metalową klatkę piersiową. Zamknął ją poraź kolejny w uścisku próbując nie myśleć, że jego kochana fembotka cała drży w strachu i że już pogodziła się z sytuacją. Jakby lada moment z nieba miały zlecieć bomby rozrywając dwójkę tulących się samotnie na dachu botów na strzępki.

- Mayvies - wypowiedział jej imię tak poważnym tonem, że roztrzęsiona fembotka niemal natychmiast przestała pochlipywać w jego ramionach - Optimus Primę wybrał mnie na swojego następcę. Na kolejnego Strażnika. Rozumiesz?

Po dłużącej się chwili zadarła głowę, żeby zobaczyć czy jej kochany zawadiacki Smoke jednak nie żartuję. Patrzył przez nią, w jakieś niewidoczne dla niej wspomnienie i twarz miał ściągnięta w taką maskę opanowania, że niemal sama się go przeraziła.

~~~

Całym ciężarem ciała ciężko opierał się o stalowa poręcz. Szklany balkon był z naprawdę grubego szkła, ale nawet myśl, czy kryształowa podłoga wraz z balustradą nie popęka i nie zbije się na milion drobnych odłamków, spadających z siódmego piętra wraz z nim, nie należała do jego najpilniejszych zmartwień. Westchnął ciężko i głośno.

-
Miałem nadzieję, że uraz nie będzie sprawiał ci już większego bólu - poważny ton rozległ się za nim tak nagle, że o mało nie stracił równowagi robiąc piruet. Wysoki, szeroki w barkach autobot podszedł do niego i tak jak on omiótł spojrzeniem widok przed balkonem. Miasto pomimo opłakanego stanu wciąż lśniło złotem i raziło blaskiem.

-
Jak noga? - Spytał jeszcze raz.

-
Nie boli - usprawiedliwił się młody, wracając do swojej pozycji i odwrócił twarz od rozmówcy. Choć staw kolanowy wciąć rwał zmuszając go do odciążania prawej nogi nie miał zamiaru tego po sobie przyznać.

-
Będziesz miał dużo czasu, żeby odzyskać sprawność - starszy bot kiwnął głową jakby przejrzał jego zamiary. Świeżo upieczony żołnierz nie silił się na odpowiedź. Zły humor go dusił, wciąż był urażony i rozgoryczony. Tęsknota zżerała go jak rdza podwozie - To ogromny lud szczęścia, Smokescreen. Co, w takim razie uniemożliwia ci radość z niego?

Nadal nie śpieszył się z odpowiedzią.

-
Co to za szczęście? - Mruknął po minionej wieczności. Zrobił pauzę jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zdobył się tylko na kolejne westchnięcie.

Optimus Primę widząc nieszczęśliwa minę młodzika zlustrował otoczenie i zdecydował się zejść z oficjalnego tonu.

-
Smokescreen - Zwrócił się cicho, tonem lekkim i z troską, ale ten wciąż unikał kontaktu - Wiem, że miałeś inne plany. Jednak przecież ucieczka wyszła ci spontanicznie, twoje miejsce jest tutaj...

-
Tutaj - Warknął młody - W piwnicy z kurzem i starcem, który nawet nie wie co to tuning.

-
Alphatrion nie zasłużył sobie niczym na twoją nienawiść - Zauważył starszy - Nie traktuj go... w ten sposób. To moja wina...

-
Owszem - Młody wszedł mu w zdanie - To ty miałeś mnie uczyć, obiecałeś!

-
Przykro mi. Ale Staruszek nauczy cię więcej, nauczy cię lepszych i mądrych rzeczy. Ze mną tylko byś się nauczył walczyć...

-
Ale ja chcę walczyć. Powinienem walczyć, iść na front jak moi przyjaciele! Powinienem - Zachłysnął się na chwilę - Powinienem lecieć z nią...

Primę położył obie dłonie na poręczy i ścisnął mocno.
Wyglądał jakby toczył jakąś wewnętrzną walkę. Ale jego w tej chwili to nie obchodziło. Wszystko, nad czym pracował, co osiągnął będzie przekreślone praca w archiwum. W archiwum!

-
Wiem, że tego byś chciał. Nie zdecydowałem, jednak że ukończysz Akademię po ty, abyś dokończył moją pracę. Wojna to moja praca. Ty, chłopcze, wykonasz o wiele lepszą. Wiem, że wszystko naprawisz - Wwiercał spojrzenie w młodego żołnierza, ale nie uzyskał odpowiedzi - To dobre życie, Smokescreen.
Smokescreen pokręcił głową z bezradności.

-
Chodzi o tą fembotke? - Zapytał Prime i uniósł jedną brew - Smokescreen, będziesz Primem i będziesz miał setki takich feme.

Zdawało mu się czy starszemu na końcówce głos się załamał? Zdawało, Optimusowi nie wkradłby się błąd w manierę.

-
Ta była wyjątkowa! - warknął Smoke, którego uwaga bardzo zabolała.

 Wtedy widział go poraz ostatni. Tylko świeże plotki i bieżące informacje o stanie wojennym przynosiły mu wieści o sukcesach i porażkach niedoszłego nauczyciela. Dopiero gdy trafił na Ziemię zobaczył go pierwszy raz od tysiącleci, było to tak niespodziewane, że nawet onieśmielenie jego osobą nie było udawane. O samym dziedzictwie praktycznie nie rozmawiali ani w skamieniałej bazie, ani po tym, jak uratował mu życie, przedłużył je...? Z wyjątkiem nielicznych "czy to nadal aktualne?", "nie jestem gotów" i "nie ma takiej potrzeby".

Teraz był pewien, że jest taka potrzeba...

~~~

Otworzyła buzię, ale natychmiast ją zamknęła. Smoke doskonale wiedział jakie pytania cisną się na jej drobne usta więc brnął dalej.

- Jeszcze, kiedy wojna na Cybertronie trwała w najlepsze. Wiedział, że Matryca wybierze mnie i zadbałby mnie do tej roli przygotowano. Na Ziemi, kiedy i tam walki osiągnęły szczyt a Optimus... Optimus został śmiertelnie ranny i gotów był oddać mi insygnium przywództwa.

- Przecież walczył tutaj... z Megatronem. Oddał swoje światło i swoje ciało poświęcając się dla ojczystego globu. Oddał życie w Studni. Tak mówiłeś - wyszeptała coraz bardziej skołowana. Wiedziała, że Smokescreen dzieli się z nią największym sekretem, czymś mistycznym co przyprawiało o zawroty głowy, ale czuł też jak te wiadomości uwalniają jakąś żywą energię, eksplozję iskierek. Nadzieję.

- I wszyscy byliśmy świecie przekonani, że zgodnie z jego ostatnimi słowami, Matryca Przywódca przepadła razem z nim - bot jakby otrząsnął się z tej aury, którą roztoczył i teraz pełni przytomny, z uczuciem spojrzał na partnerkę - Dla mnie to był zamknięty rozdział, Mayi. Kiedy... odkąd cię odnalazłem żadna z tamtych rzeczy nie ma znaczenia.

(GOTOWE)Cz 5 - Ratuj cwaniaczków...

Praktycznie od razu otoczył go wróg. Zaczął instynktownie walczyć z conami które stały najbliżej, ale ilekroć któryś padał to pojawiali się nowi. Coś ostrego z impetem rozerwało mu plecy. Ból i siła uderzenia popchnęły go na kolana a napierająca masa natychmiast spróbowała przygwoździć go do ziemi. Zebrawszy więcej sił Smoke poderwał się spod ciał i odczołgał między nogami Decepticonów zaliczając przy tym kopniaki i ciosy. Ktoś wpadł na niego i próbował zaciągnąć z powrotem albo może dobić, gdzieś w tłumie rozniósł się krzyk, cholernie znajomy. Bot kopnął na oślep i trafił przeciwnika w twarz. Dotarł do niewielkiego wzniesienia, głównie z gruzu i podciągnął się na kamlotach. Decepticony rzuciły się po niego, ale teraz zyskał przewagę wysokości. Raniąc kolejnego śmiałka zwrócił uwagę na pole bitwy. Ultramagnus niemal całkiem zasłonięty przez cielska wrogów, z jakaś chorą determinacją strzelał do celów. Trochę dalej walczył Bumblebee, ociekający energonem na lewym boku i wbitą w ramię siekierą, spod której tryskała posoka. Wiec to on krzyczał. Żółty bot tracił siły a Smoke widział, że Decepticony już tylko bawią się zwiadowcą raz po raz rzucając nim o glebę nie doznając przy tym własnych uszczerbków. Okrutne. I gdzie jest Ratchet?! Zastanawiał się Smoke - powinien już przy nim być!

Decepticony, które próbowały dorwać młodego bota w końcu odpuściły i zwróciły się ku lepszej zabawie. Ostatniego upierdliwca Smoke zdzielił jakimś prętem przez łeb i stoczył się on z górki przy wtórze trzasków.

Reszty Autobotów Smokescreen nie widział. Bulkheada, Wheeljacka ani Arcee. Nadal nie było Ratcheta, miał nadzieje, że stary medyk walczył tak dobrze, jak o tym wypominał i że nie leży już zgasły pod kopytami tego rozjuszonego stada. Że jeszcze wszyscy walczą.

Znalazł też to, czego szukał. Na tyłach bitwy największe z walczących Decepticonów trzymały w ryzach Predacona oplatając biednego gada łańcuchami. Na szczęście też nie daleko.

Smokescreen wyskoczył z pagórka i już na równej nawierzchni wylądował w trybie pojazdu. Na pełnym gazie ominął walczące bandy i dojechał do więzionego predacona. Pierwszy z conów odwrócił się w stronę pomruku silnika, ale nie zdążył się zorientować, kiedy mniejszy napastnik wbił mu w pierś krótki miecz aż po rękojeść.

Smokescreen z prędkością światła zostawił padające ciało i w tym czasie obezwładnił kolejne dwa. Pradawna bestia w tym samym momencie zatrzęsła cielskiem i rozłożyła ogromne skrzydła. Bot ucieszył się, że nie musiał ciąć grubych łańcuchów skoro gad nie był przywiązany i jednocześnie przestraszył się, gdy jaszczur stanąwszy na nogi odwrócił się i ponownie machnął skrzydłami.

- Ucieka! - krzyknął ze złością bot. Nie wiedząc nawet jak skoczył na gada i dopadając jego łba całą siłą i własnym ciężarem przygwoździł smoczą głowę do ziemi. Wściekły Predaking wydał z siebie mrożący energon wrzask i szarpnął się obnażając stalowe kły. Jeszcze bardziej rozzłoszczony Smokescreen prawie że wlazł na łeb bestii i zabijając ją spojrzeniem wrzasnął w odpowiedzi.

- Masz walczyć! - nie spuszczał z gadziego oka wzroku i nie żartował. Wymagało to od niego wielu sił, ale pokonał bestie w tym niemym pojedynku. Zamruczała gardłowo i ruszyła obciążonym łbem.

- Masz walczyć - powtórzył bot - Machaj skrzydłami nad wojskami Megatrona, pluj ogniem, ale nad nimi! Słyszysz? To ważne, bo tam wciąż są nasi. Musisz odgonić Decepticony, żeby mogli wstać i razem z nami uciec mostem. Zrozumiałeś? - Ostanie słowo niemal wysyczał do gadziego narządu słuchu. Ześlizgnął się na ziemie i obserwował jak predacon poderwawszy się do lotu zmuszał do odwrotu wrogich żołnierzy.

~~~

Klęcząc na jedno kolano pośród najwyższej ze stert gruzów twierdzy Helex Lord obserwował całe bitewne zajście. Śmiał się z cicha, kiedy widział jak każdy kolejny kolorowy Autobot ginął pod nawałem rozszalałej fali czarnych wojsk.

Nie zamierzał nic złego, kiedy podjął decyzje, by się tutaj zjawić. O decepticonach które chciały jego powrotu dowiedział się w błyskawicznym tempie i chciał tylko zobaczyć czy rzeczywiście jest ich tak wiele, jak mówiło się na Cybertronie. A w rzeczywistości było ich jeszcze więcej, co sprawiło mu niemałą przyjemność.

Otworzył jednak szerzej oczy, kiedy te opętane rządzą mordu decepticońskie jednostki rozpierzchły się w popłochu z lewego krańca bitwy. Zwracając tam swoją uwagę zobaczył bestie, Predakinga którego przez ostatnie kilka minut decepty dumnie więziły. Teraz cony uciekały w popłochu przed rozszalałą bestią, unikając stratowania przez szponiaste łapska i spalenia żywcem niemal żywą kolumną ognia wyplutą z trzewi blaszanego gada. Zaczął szukać winnego tego zajścia i spodziewając się dumnego Ultramagnusa lub chociaż bystrej niebieskiej dwukółki po raz kolejny doznał szoku.

- Optimus?! - wyszeptał.
Na już niemal całkiem opustoszałej z żywej iskry połowie placu po walce stał samotny Transformer. Patrzył na bestie potem na próbujące się do niego doczłapać wycieńczone Autoboty. Skąd, to nie może być on - otrząsnął się Lord. Tamten był niższy choć wśród kompanów do najniższych na pewno nie należał. Cały w brudzie i zdartym lakierze, tak bardzo, że prześwitywał jedynie bury granat pancerza, który też Lorda zmylił. Przede wszystkim zmyliła go jednak postawa Autobota. Wyprostowany z założonymi rekami roztaczał aurę dumy i władczości, pewności siebie. Z twarzą ściągniętą powaga, na pograniczu cichego zainteresowania i chłodnej obojętności.

Wyglądał jak mniejsza, mniej schludna wersja Optimusa Prima. Optimusa, który czekał aż jego niesforne owieczki, którym przyszło mu się opiekować znajdą do niego, pasterza, drogę. Bo to, co odróżniało młodego Autobota było malujące się w spojrzeniu politowanie i postawa, która zdradzała, że czuje się w tej roli pewnie i nie boi się owej odpowiedzialności. Na te myśl Lordowi znów zachciało się parsknąć śmiechem. Ileż to razy widział po optimusie ze rola jaka na siebie wziął wcale nie była dla niego tak naturalna i komfortowa jak to widziały po nim jego Autoboty.

Autoboty. Za plecami władczego młodzieńca otworzył się most i ranne, upokorzone i wyczerpane owce zniknęły w wirze, który zamknął się chwile po tym, jak ostatnia zniknęła końcówka ogona wlatującej wen bestii.

***
Autoboty wypadły z zielonego wiru i natychmiast większość padła na podłogę, żeby choć trochę zregenerować siły. Wheeljack wspierając Bumblebee doczłapał się do niskiej sofy i prawie delikatnie rzucił rannego na mebel, samemu siadając u podnóża i próbując złapać oddech. Knockout niemal od razu pojawił się obok zwiadowcy, biorąc się do roboty.
Ostatni i o własnych siłach wyszedł Smokescreen i zaraz obok wylądował blaszany gad.
- Wszystko w porządku? - Zapytał młody, kładąc dłoń na wielkim barku stworzenia. W odpowiedzi łypnął na niego wielką żółtą optyką i ze spuszczonym łbem poczłapał do przeciwległej ściany gdzie położył się z hukiem.
Z pyskiem schowanym między wyciągniętymi lapami wyglądał niemal jak zbity domowy zwierzak. Nijak nie przypominał dumnej zadowolonej bestii. Bot uparcie zwalił to na wyczerpanie po bitwie i wolał nie myśleć ze to z jego winy predacon zrobił się taki uroczo potulny...

- Hej! Cybertron do Smokescreena!
Okropny wrzask zmusił młodego bota do odwrócenia głowy w stronę jego źródła. Krzykaczem okazał się nie kto inny jak Ratchet którego Smoke leniwie zmierzył spojrzeniem. Doktorek wyglądał gorzej niż on po trzech dniach pracy w kopalni z rzędu. Jego niegdyś śnieżny lakier przeszedł w obrzydliwą szarość, lśniąca pomarańcz wygląda jak rdza a cała karoseria była cała w gnieceniach. Przez lewy policzek ciągnęła się brzydka szrama, z której powoli sączył się energon.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz do cholery!?
- Nie - odpowiedział Smokescreen szczerze i przeniósł wzrok na resztę wojowników zauważając ze swoim stanem nie różnią się zbytnio od doktora a widząc ze twarz tamtego wykrzywia furia nie mógł się powstrzymac - Co mówiłeś?
- Ratchet pytał się - wycedziła Arcee powoli podnosząc się z podłogi do pionu i wyraźnie utykając na jedna noge - C o.T y.TU. R o b i s z!?

Ryknęła tak głośno, że wszyscy poczuli, jak ściany auli zadrżały.
Smokescreen tylko zmiął przekleństwo. Szczerze nie miał najmniejszej ochoty dyskutować, dla niego cala sytuacja zwyczajnie zaczęła być absurdalna. Najchętniej już by wyszedł i wrócił do domu ale czuł, że jest to sprawa, którą muszą wyjaśnić.
Temat, który końcu muszą zamknąć.

- Co ja tu robie? Zdaje się uratowałem wam zderzaki - odpowiedział siląc się na beztroski ton.
- Tak jakby ktokolwiek cię o to prosił! - Prychnęła jak rozwścieczony kot. Smoke już otwierał usta ale uprzedził go wyjątkowo nieśmiały głos.
- Właściwie - Knockout podniósł niezgrabnie rękę - Ja go znalazłem...
Urwał, kiedy pięć autobotów jednocześnie zabiło go spojrzeniem. Spuścił głowę od razu poświęcając całą uwagę ranie Bumblebee.
- I bardzo słusznie - wtrącił poważnie Smoke stając w obronie czerwonego. Nie podobała mu się atmosfera, która stężała tak, że można by ją kroić nożem.
- A skąd! Nikt cię nie zapraszał do tańca - warknął Wheeljack ze swojego miejsca i przewiercając wzrokiem klatkę piersiową młodego gdzie została tylko obdrapana blizna - Nie potrzebujemy tu cywili, wynoś się!

Młody aż otworzył usta ze zdziwienia ale zamknął je momentalnie, gdy tylko twarz Arcee rozjaśnił triumf.
Poszukał spojrzeniem Bulkheada ale zamiast wsparcia zobaczył jak wielki zielony odwraca głowę.

- To żart? Nie wytrzymaliście tam nawet pięciu minut - wycedzil - Tylko z dobroci iskry zareagowałem. Ze względu na starą znajomość.
- Zbytek łaski

Bumblebee. Kto by pomyślał! Zbytek?!

- Nie myśl, że nie żałuje - powiedział siląc się na jak najzjadliwszy ton.
- Ja też - Ciche mrukniecie usłyszeli chyba wszyscy. Bee posłał wściekle spojrzenie czerwonemu.
- Coś. Mówiłeś?
- Mogę ci ją obciąć? - Odpowiedział Knockout wskazując na rozoraną rękę pacjenta, udając chorą fascynację.
- Zamknij się! - Zakrzyczał go Ratchet. Smoke aż się zachłysnął.
- Nie wrzeszcz na niego! - Ryknął na doktora widząc jak czerwonemu wciąż czerwone źrenice rosną do rozmiarów spodków. Jak on śmiał traktować w ten sposób biednego Knockouta? Lekarza! I osobę tak niestabilną... społecznie - Od kiedy autoboty zachowują się jak ostanie szuje?! Myślisz ze kopanie go w zderzak tylko wzmocni zaufanie? Megatron wrócił doktorku! Za chwile poleci pod tron błagać o przebaczenie - Ciągle nie schodził z tonu.
- Proszę cię...
- Proszę cię?! Jasne! Pewnie byłby więcej wart, gdyby decepticony choć trochę oberwały od was po głowach ale oczywiście, pewnie zadrapaliście im tylko blachę, o ile w ogóle, więc najpewniej sami sobie świetnie poradzą z polerką! - Krzyknął wściekły jednocześnie posyłając przepraszające spojrzenie Knockoutowi. Ten jednak nie sprawiał wrażenia zbyt urażonego, ba nawet na ustach błądził mu uśmieszek co tylko potęgowało niechęć na twarzy żółtego zwiadowcy.
- Przestań się rządzić szczeniaku! - Ryknął wytrącony z równowagi Ultramagnus.

Sala znów za drażała a od tubalnego echa, jakie opanowało pomieszczenie nawet Predaking jeszcze bardziej nakrył się skrzydłami. Stary robot wstał chwiejnie a optyka zdawało się miotała piorunami na wszystkie strony a te trafiały rykoszetem w niegdysiejszego autobota.
Tylko ślepiec mógł nie zauważyć kontrastu pomiędzy obiema sylwetkami. Stary Transformer, doświadczony żołnierz i komandor stal w opłakanym stanie próbując bezskutecznie zasłonić wyrostka doswiadczeniem ale z trudem wyprostowana sylwetka tylko potęgowała żałosny widok.
Młody bot. Umiejętny, bystry i śmiertelnie poważny. Cały w brudzie, z założonymi rekami i prosty jak struna, pomimo niższego wzrostu zdawał się wypełniać całe pomieszczenie.
Nie było wątpliwości, który z nich wygrywał w tym kuriozalnym pojedynku. A fakt ten tylko wzmacniał nienawiść i zazdrość w Iskrach starych towarzyszy.

- Ja się nie żądze - powiedział młodzieniec przerażającą cichym glosem - Wy, to inna sprawa. Dlaczego mam wrażenie, że śmierć Optimusa była ci na rękę? Kiedy odszedł, podobnie jak Megatron jakoś szybko pogodziłeś się z obowiązkiem zadbania o Cybertron...
- Jak śmiesz! - krzyknął Magnus ale Smoke wszedł mu w słowo.
- A śmiem! Lubisz trzymać rękę na pulsie, co? Podoba ci się, że nie pada już na ciebie jego cień?

Komandor miał jeszcze dość werwy, żeby zerwać się z podłogi. Jednym susem niczym pantera znalazł się przy młodym i wymierzył cios pięścią w policzek. Młody upadł ale tylko na jedno kolano. Spodziewał się tego. Sprowokował go i nie miał zamiaru się bronić. Chciał dać lekcje. Im wszystkim.
Żaden z autobotow nie pomógł mu wstać, Bulk stał jak sparaliżowany i nikt nie kwapił się, żeby odciągnąć oficera od niego. Młody wstał powoli i nie przestając rzucać Magnusowi spojrzenia pełnego satysfakcji, splunął mu zebranym energonem pod nogi.

- I wszystko jasne... - skomentował Knockout stając na równe nogi jakby zaszła w nim jakaś zmiana ale Komandor natychmiast odwrócił się do czerwonego i, jak Smokescreen się domyślił, posłał medykowi tak zabójcze spojrzenie, że tamten z powrotem się skulił.
Młody tylko uśmiechnął się i po chwili, nie mogąc się powstrzymać, zaczął się po prostu niewesoło śmiać.
- Nie potraficie myśleć samodzielnie, nie radzicie sobie bez Optimusa!
- Ah, tak? - Zapowietrzył się Rachet - Doskonale radzimy sobie z Primem i bez niego, doskonale poradziliśmy sobie s a m i kiedy siedział z amnezja na i c h statku! - Krzyknął jednoznacznie -wskazując Knocka palcem - I teraz tez świetnie sobie radzimy!
- Naprawdę wątpię, czy by pochwalił te sytuacje i kilka poprzednich...
- Nie wiemy co by zrobił, bo go tu nie ma! - Krzyknęła Arcee.
- I to jest problem, złotko! Na siłę probujecie robić to, co on. Być jak on. Smoke ma racje, jesteście jak marionetki, Optimus wam nie rzuci rozkazu a wy już gubicie się we własnych wymysłach... - Zaczął nieśmiało Knockout.
- Nie jesteśmy niczyim marionetkami, w przeciwieństwie do was decepticonów - wysyczała do czerwonego, na co wzruszył ramionami.
- Otóż to! - Zawarczał stary medyk - Bardzo dobrze radzimy sobie sami, nazywasz nas marionetkami? Nie potrzebowaliśmy lalkarza, żeby mówił nam jak mamy odzyskać Prima, kiedy stracił pamięć! A odzyskaliśmy go.
- Z tego, co słyszałem, autorem pomysłu był Jack. A i to on otrzymał Klucz, to też słyszałem - odpowiedział Smoke beznamiętnie i uśmiechnął się rozbrajajaco - Czy to o czymś nie świadczy? Optimus najwyraźniej... Nie był do was przekonany...
- Bzdura! - Bumblebee.
- Dość! - Warknął medyk autobotów - Ostatni raz to powtarzam. Przestań się rządzić!
- Ja się nie rządzę - odparł spokojnie - Ale zamierzam to zmienić w niedalekiej przyszłości. Bo widząc wasz płytki poziom i idiotyczne pomysły, mam pewność, że ta planeta długo nie pociągnie...
- A co TY możesz zrobić dla niej? Dla nas? - Wydusił Bumbee przez śmiech wyrywając się spod rąk medyka, nie dbając o wciąż otwarte rany.
- Dla was? - Odparł tonem przesyconym niemal odraza - wam nic już nie pomoże. Ale bez względu na wasz wątpliwy stan psychiczny nie zamierzam zaprzepaścić szansy, jaką Optimus dal tej planecie! I zrobię wszystko, żeby chronić ją przed takimi jak wy.

Ostanie słowa już zagłuszył natrętny chór w głowie.
Już rozumiał co mu intonuje. Już wiedział co musi zrobić. Wiedział z kim. Wyraźnie to widział. Cel, plan. Konsekwencje.
Ale czy cel nie uświęca środków...?
Zanim jednak na dobre się stąd wyniesie, musi zabrać ze sobą jedną ważną rzecz. Dopóki Knockouta nie ma w pobliżu...

***

Starscream sapnął poirytowany i skulił się za powalonymi kamieniami. Oczywiście, że przeczekał całą bitwę schowany, bezpieczny, za gruzami!
Nie miał ochoty dostać się w łapy tej głupiej bestii.
Resztki, decepticonów zbierali towarzyszy i rozglądali się zdezorientowali po innych.
- Świetnie - skrzyknął i wychylił się z kryjówki, wiedząc, że zagubione cony będzie łatwiej przekonać.

- Decepticony! - Zaskrzeczał, sunąc powoli w stronę braci ale cofnął się, gdy kilku z pierwszych rzędów zbliżyło się do niego z chęcią mordu.
- Hehea! - Zająknął się, nie wiedząc jak tym razem ratować skórę. Wybawienie nadeszło z najmniej oczekiwanej strony. Przez niebo przeleciał bezszelestnie cybertroński myśliwiec i transformował nad ziemią - Ha, Decepticony! To... Ha, to jest prawdziwy Lord!
Wrzasnął wskazując szponem Megatrona.


sobota, 16 września 2017

(GOTOWE)CzC 7 - W poszukiwaniu porozumien

Odkąd cię odnalazłem, żadna z tamtych rzeczy nie ma znaczenia.

Jego własne słowa wciąż brzmiały mu w procesorze. Kłamał. Musiał.

Zaniósł partnerkę do sypialni, został z nią, póki nie zasnęła i nie miał tej pewności.

Ale każda minuta zwłoki paliła go, drażniła, szarpała. Uderzała jak młotem w strunę egoizmu, tego poczucia by zadbał o własne szczęście.

Nucąc jej, patrząc jak zamyka powieki, zrozumiał słowa Aplhatriona.

Żadnej kobiety nie możesz nazwać swoją, posiąść jej na własność. To jedno z tysięcy cennych świateł, którymi przyszło ci się troszczyć. Jedno z tysięcy, o których szczęście kazano ci zadbać.

Na ulicy transformował się w cybertroński czterokołowiec i z cichym pomrukiem pomknął w długą podróż poprzez noc.

Jak o wiele łatwiej byłoby skorzystać z mostu kosmicznego! Jedno połączenie, do Bulka albo nawet Knockouta i byłby na miejscu. Ale o ileż niebezpieczne. Gdyby któryś tylko zorientował się dokąd prowadza podane współrzędne zaraz zaczęliby pytać. Krzyczec, odciągać od pomysłu. Grozić, błagać.

A teraz nie potrzebował zamieszania, zwłaszcza w głowie. Potrzebował paliwa, siły, żeby uwierzyć, że to, co robi jest normalne i słuszne. Jest słuszne. Prawda? "Posłuchaj przede wszystkim siebie, posłuchaj tutaj" głos May poniósł się po jego głowie. Nie wiedział już, czy ukochana łagodzi jego troski, które na pewno oplatają ją jak lepkie macki, czy też naszło go wspomnienie jej rady, którą wyszeptała mu, zanim zeszli z dachu. Położyła mu dłoń na piersi, na Iskrze i powiedziała "Posłuchaj tutaj, i podejmij własną decyzję. Może dobrą a może zła. Ale własną".

Wyjechał daleko poza obrzeża a elektryczność na świecie była skąpa toteż autostrada tonęła w mroku. Skupił się wiec na współrzędnych z rejestru map. Jazda do stolicy decepticonów zajmie mu jeszcze kilka godzin. Dodał gazu chcąc dotrzeć tam, zanim noc się skończy.

Światła Kaonu rozbłysły na horyzoncie i Smokescreen poczuł się pewniej. Samemu w ciemności i ciszy nocy można dać się zeżreć wątpliwościom. Wjechał przez zachodnią bramę miasta i zwolnił, zwinnie omijając rozsypane na ulicach gruzy i śmieci. Kaon wyglądał tak jak zawsze, jak żywcem wyciągnięty z ziemskiego obrazka o tym dole ognia nazywanym przez ludzi piekłem.

Paliły się lampy a ich pomarańczową barwę potęgował ogień rozsiany po gruzowiskach i dym. Femme kryły się w budynkach i ich bramach, co niektóre chowając w ramionach pomniejsze formy, które początkowo bot wziął za minicony. Ale nie, one trzymały młode. Gdyby mógł pokręciłby głową z dezaprobatą. Dlaczego wracały na stare śmieci z nowym życiem skoro w miastach typowa zajętych przez autoboty jest sielanka? Decepticony wylegali na ulice, strzelając po ścianach i w niebo. Wrzeszczeli i skandowali jedno "Lord! Lord!". Powrót Pana tak jak mówił Bulkhaed. W atmosferze uwielbienia i euforii dało się wyczuć oczekiwanie. Im dalej wjeżdżał do centrum miasta tym napięcie było silniej odczuwalne.

Byli jak ta zgraja zagłodzonych i wściekłych futer nazywanych psami, które na ziemi rzuciły się na niego i Jacka, gdy ten chciał pokazać mu skarby na ludzkich złomowiskach. Smoke był pewien, że gdyby Megatron dal tym zgrajom znak ustawiliby się potulnie w rzędy armii i ruszyli spalić autoboty żywcem.

Zahamował dopiero pod schodami gmachu, który podczas wojny służył jako sztab główny i główna twierdza Lorda Megatrona zaraz obok Darkmount. Smokescreen nie musiał uważać na wykładach Ratcheta, żeby wiedzieć, że ten krył się w budynku. Pod drzwiami nie czyhał żaden strażnik więc bot stanął na nogi i pewny siebie wszedł do głównego holu w budynku. Niemal natychmiast skierowały się na niego wszystkie lufy. Nie zatrzymał się, tylko trochę zwolnił.

- Zaprowadzić mnie do Lorda! Natychmiast! - zakrzyknął głosem, jak miał nadzieję, rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Tak jak uczuli w Gwardii. Rzucił deceptom pod nogi swoją luźną broń (dwa karabinki blasterowe i nóż) pozwolił się przeszukać i jeszcze raz pogonił ochroniarzy, którzy we czwórkę zabrali go na spacerek przez ogromną twierdzę. Nim dotarli do pokoi Władcy Conów minęli szyby okien i młody z przerażeniem stwierdził, że niebo jaśnieje.

W tym czasie żołnierze otworzyli dwuskrzydłowe drzwi, które sapnęły w zawiasach po latach nieużytku. Wpuścili Smokescreena do środka i zobaczył on podłużny holostół na środku pokoju a naprzeciw trzy wysokie okna, boleśnie przypominające o umykającym czasie, i Lorda stojącego tyłem do otwartych drzwi. Kiedy decepty zniknęli zamykając pokój Lord Megatron obrócił się w stronę gościa a na jego twarzy pojawił się grymas zaintrygowania. Młody widział jednak po oczach, że stary dowódca go nie rozpoznał. To nic.

Smokescreen pewnym krokiem podszedł do ogromnego Cybertrończyka i z kieszeni lewej ręki, nie tej zazwyczaj uzbrojonej, wyjął dobrze ukryty zmieniacz fazy.

- Nie kojarzysz mnie. Nie szkodzi. Ale na pewno pamiętasz to - Rzeczywiście, Megatron uniósł brwi na potwierdzenie, ale doświadczenie mówiło mu, żeby dał młokosowi dokończyć - Byłem w drużynie Optimusa Prima. Tej na ziemskiej planecie. To ja podkradłem ci klucze omegi.

- Tak przypominam sobie - powiedział leniwie biorąc zmieniacz w oszponiona dłoń - Miałeś jeden schowany w trzewiach. Impulsywny, aczkolwiek inteligenty, utalentowany i efektowny zawodnik. Czego zatem szukasz sługusie prima?

- Porozumienia - lekki uśmiech schował się w kącikach jego ust w odpowiedzi - Nie jestem niczyim sługusem. I nie ma już Optimusa, komu jak komu, ale tobie nie umknąłby taki drobiazg.

Powiedział to i to z uśmiechem. "Optimusa nie ma. Nie wróci. Nie żyje. Zgasł". Przełknął tę gorzką pigułkę i odebrał z rąk Lorda niewinny gadżet, który ten oddał mu spoglądając na niego z zainteresowaniem.

***

Megatron wybuchł ochrypłym śmiechem. Smoke'owi przywiodło to na myśl psychopatyczny rechot, ale był tak ujmująco zabawny, że sam uniósł kąciku ust w uśmiechu.

- Pomyśleć... - M zachłysnął się na chwile i szponem otarł spod optyki nieistniejąca łzę - Pomyśleć, że kiedyś nagadałem podobnych bzdur Optimusowi - nadal chichocząc zaczął Smokowi tłumaczyć - Kiedyś stracił swoja tożsamość Prima i pamięć. Wmówiłem mu, że winę za stan Cybertronu ponosi Ratchet.

Znowu zaniósł się śmiechem. Młody nie mógł wyjść z podziwu, ze Wielki M może zgrywać takiego śmieszka. Były lord zamyślił się z szerokim uśmiechem na twarzy.

- Pogoń szalonego doktora za władzą trwa - wyszczerzył się jeszcze szerzej ukazując rząd kłów i zaczął chichotać - Tak to leciało! Pamiętam jakby to było wczoraj. Zaklinał się, że rozprawi się z Ratchetem, za te zbrodnie. Wtedy uważał się za Oriona... ciekawym co teraz powiedziałby, gdyby zobaczył, do jakiej sytuacji doprowadziły jego psy.

Smokescreen musiał przyznać, że skojarzenie Megatrona naprawdę było na miejscu. Uśmiech zszedł mu jednak z twarzy.

- Zapewne teraz przewracałby się w grobie. Gdyby w jakimś leżał...

Przerwał zmieszany. W żadnym wypadku nie chciał obrażać Optimusa. Nigdy tego nie zrobił i nie chciał tego zmieniać, rzucając obelgi teraz po jego smierci. To cios poniżej pasa i świństwo. A on miał do Optimusa Prime sporo szacunku.

Megatron zaciekawiony jego propozycją zaprosił go do stołu i zachęcił do rozmowy. Z każdą minutą jednak Smoke czuł się coraz mniej pewnie, im bardziej nakreślał sytuację. Czuł się nawet jak dzieciak, który poleciał z płaczem do nauczyciela, bo koledzy podstawili mu nogę. "Plose, Pana, bo oni som oklopni i psujom wsytko". Dodatkowo Megatron miał w sobie coś takiego co nakazywało mu schować się choć trochę pod stół. Słowem nie miał w sobie jakiegoś magnetyzmu i rodzinnego ciepła, którym emanował Optimus.

Przed faktycznym schowaniem się przed wzrokiem Lorda albo jak najszybsza ucieczka, podtrzymywał go jedynie fakt, ze Lord Megatron podszedł do problemu na poważnie. Oczywiście, czego mógłby się spodziewać po gościu, który całe życie poluje i dąży właśnie do takiej okazji? Dla Władcy Conów to właśnie rozbita drużyna Autobotów, brak ich lidera i przynajmniej kilkaset przygotowanych do walki decepticonskich żołnierzy, bez realnego zagrożenia ze strony kogoś jeszcze kogo świerzbią rączki na władzę - to wszystko jest jak wygranie miliona w toto lotka.

Dla Smokescreena to wszystko było bardzo oczywiste.

Jednak ciągle denerwował się jednym. Tematem Matrycy.

***

O młodym mechu dowiedział się już dość, by zainteresować się jego zdaniem. Wiedział, że bot był absolwentem Elitarnej tak więc od razu rozpoznał skąd w młodym tyle charyzmy, wyprostowana sylwetka i żyłka do konkretów.

Autobot - choć jak już teraz wiedział tylko bot - Doskonale ukrywał zmieszanie i biła od niego pewność siebie. Mówił do rzeczy, stawiał warunki, nie dawał sobie wejść na głowę.

Megatron połączył całą jego mimikę i mowę ciała oraz ton, z tym samym władczym Autobotem, którego widział w Helex.

Urodzony przywódca.

- Rozumiem, że o zmarłych się złe nie mówi - przerwał cisze - Nie będę ukrywać, ze zachowanie Autobotow specjalnie mnie dziwi. Optimus zawsze świecił przykładem, że każdy może być taki jak on. Prawda jest taka, że nikt nigdy nie będzie kimś innym. A Autoboty mają tyle tupetu, by myśleć, że mogą zająć jego miejsce. To jedynie wina złego przykładu i układania się cóż, z pospólstwem. No bo, spójrz tylko. Czy któryś z decepticonów próbował być mną? Za bardzo się boją, fakt, ale ten strach właśnie utwierdza ich tylko w przekonaniu, że nigdy nie utrzymają stołka. Nie tak, jak ja.

- Starscream. Starscream próbował...

- Och - Machnąłem reka - To tylko przypadek kliniczny. A teraz powiedz mi tylko, co ja mam z tym zrobić?


~~~

- Co ty masz z tym zrobić... - Smokescreen powtórzył jak echo. Czas wyłożyć ostatnią kartę.

Sprzedać ciało.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

(GOTOWE)CzC 4

Starscream przechadzał się korytarzami Darkmount, obcasy wybijały spokojny, pewny siebie rytm kroku. Czego szukał? Sam nie był pewien, po twierdzy Megatrona można było się spodziewać wszystkiego, pułapek, min w podłodze, działek umiejscowionych w najmniej spodziewanych miejscach, kadzi do przetopu... wzdrygnął się na samą myśl o wielkim basenie pełnym gorącego stopu byłych wrogów Lorda. Miał cholerne szczęście spotkać się z tym cudem osobiście podczas jednej ze swoich ekspedycji w głąb tejże twierdzy. Niewinny korytarz, a w nim jeszcze bardziej niewinna stalowo szara posadzka, i kto mógł podejrzewać, że gdzieś tam czai się zsyp prowadzący prosto do kadzi. Było mu trzeba wcześniej rozeznać się ze wszystkimi zasadzkami, a nie na pewniaka łazić po Darkmount.

Bo to teraz moja warownia. Ja tu rządzę!

Może i moja, ale nieoficjalnie nadal panuje tu terror Megatrona. I jego demoniczne zapadnie - dodał w myślach.
Ciągle miał jeszcze kawałek osmolonego skrzydła, dobrze, że udało mu się transformować i wylecieć, zanim wpadł do bulgoczącej masy.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby za którymiś pięknymi drzwiami zobaczył zombie - mruknął poirytowany i zatrzymał się przed śluzą oddzielającą spenetrowany przez niego teren od tego, do którego od ponad tygodnia usiłował się dostać.
Wielkie wrota, wzmocnione i opancerzone - sprawdził to osobiście - wciąż uparcie stały na swoim miejscu.
- Czas na nieco mniej subtelne rozwiązania - stwierdził i uruchomił wcześniej już przytaszczone pokaźne plazmowe działko.
Broń zaszumiała cicho obudzonym do życia rdzeniem. Nagle w całej twierdzy zawył alarm.

- Nieznany obiekt w strefie pierwszej, nieznany obiekt w strefie pierwszej - zawyły głośniki Darkmount.
- No co znowu? - zaskrzeczał Starscream i opuścił lufę nielekkiej broni na podłogę. - Ciężkie - sapnął.
Podszedł do jednego ze wmontowanych w ściany paneli i wstukał kod dostępu odblokowujący kamery i działania obronne.
- Zobaczmy... hmm intruzi. - Postukał się szponem w monitor. - Intruzi kręcą się przy Darkmout, czyżby Decepticony? - Przybliżył obraz z monitoringu. - Tak, jeden Con, Insecticon i... Autobot?! Co tu robi sługus Prime'a? I dlaczego łazi z...?
Łowcy Nagród, zrozumiał.

- Nie będą mi tutaj węszyć - skwitował, wpisując protokoły obrony i zrzucając zdalne sterowanie bronią na nadajnik, w który wyposażył się miesiąc temu.
Kolejne znalezisko wśród skarbów Megatrona. Spojrzał jeszcze raz na wizerunek rozglądających się nieproszonych gości i zatwierdził rozkazy. Po czym pobiegł na spotkanie niczego nieświadomych natrętów.

Wyleciał z jednego z czterech osłoniętych pasów startowych i runą w dół prosto na intruzów ostrzeliwując ich ze swoich działek. Zaskoczeni nagłym atakiem trzej Łowcy rozpierzchli się w różnych kierunkach, szukając schronienia pośród powyginanych stert metalu. Jeden z nich obrócił się w biegu i wystrzelił salwę w kierunku komandora. Star wykonał unik i zrewanżował się rakietą. Hardy intruz o czerwonej karoserii został odrzucony do tyłu przez wybuch.
Szary decepticon śmignął przed siebie, po czym z wprawa nawrócił nad kryjówkę pozostałych Łowców. Z przyjemnością runął w dół, przygotowując lufy do ponownego ostrzalu, ale w ostatniej chwili, gdy wróg i ziemia z niebezpiecznie bliska szczerzyli się do niego, postawny robal wyskoczył na niego. Za późno, żeby zmienić kurs i Insecticon i Seeker zderzyli się w locie, po czym obaj runęli na dół wznosząc tuman kurzu i iskier. Starscream w ostatniej chwili transformował się i przekoziołkował w trybie robota. Wściekły poderwał się w momencie, gdy czerwony autobot zaczął do niego strzelać a robactwo z wrzaskiem rzuciło się na niego.

- Wynoście się! - Wrzasnął głośniej niż Insecticon i posłał w jego stronę ostatnią rakietę. Insecta odrzuciło w tył. Czerwony mech jednak wykorzystał nieuwagę Seekera i zwalił go na ziemię, przystawiając ostrza do gardła. Starscream pisnął czując, że napastnik nie żartuje. Czerwony zamachnął się w zamiarze zadania ostatecznego
- Czekaj! - Wychrypiał fioletowy mech, zabezpieczając broń i podchodząc do decepticonów. Czerwony spojrzał na niego zdziwiony a Starscream uśmiechnął się drapieżnie i wyszarpnął rękę. Szponami wpił się w twarz autościerwa i pociągnął w dół, zostawiając w blasze na piersi głębokie bruzdy. Zraniony z bolesnym rykiem odskoczył w tył a Seeker wykorzystując swobodę wziął nogi za pas i zerwał się do biegu, by po paru krokach wzbić się w niebo.
Klnąc na wszystkich Primów, zrobił koło nad intruzami spodziewając się z ich strony ostrzału. Jednak decepticony szybko stanęli na nogi i w trójkę ruszyli do twierdzy.
- Oooo tak! - Podniecił się Seeker, wiedząc już, że obcy nie spodziewają się ataku ze strony zabezpieczeń twierdzy. Starscream zakręcił jeszcze raz w powietrzu i podleciał do Darkmount, transformując się nad lądowiskiem. Spojrzał w dół i satysfakcją patrzył jak załączone zdalnie działa, znajdują wroga i rozpoczynają ostrzał.

***

Knockout usiadł do panelu sterującego mostem i postukał szponami o blat. Był wyjątkowo sfrustrowany biegiem wydarzeń.
Nie mógł uwierzyć, że młody tak po prostu wystawił ich i że autoboty ciągle upierają się przy walce.
Ogromny predacon, który do tej chwili grzecznie czekał przy bramie mostu, żeby wylecieć i zacząć ziać postrach, przeciągnął się jak wyjątkowo rozleniwiony ziemski kocur i zaorał pazurami podłogę, zostawiając w niej głębokie wyżłobienia. Medykiem wstrząsnęło na ten dźwięk i widok.
- Czy ty nie potrafisz zachowywać się jak cywilizowana bestia?! - Jęknął, a kiedy dotarło do niego co powiedział jęknął znowu - I nawet nie masz pojęcia jak to trudno naprawić!
- Przesadzasz. Zawsze przesadzasz - Warknął King po tym, jak umiejętnie stanął w formie robota - Wyglądasz beznadziejnie.
Medyk najpierw zmrużył optykę a po chwili zaczął w panice macać karoserie.
- Miałem na myśli minę - mruknęła bestia, warcząc gardłowo, gdy czerwony z ulgą doszedł do wniosku, że nie zaliczył żadnej rysy - Jesteś jakiś mniej denerwujący.
- Ja, denerwujący? - Sapnął w odpowiedzi - Trochę szacunku gadzie! Jestem samolubny, narcystyczny i cwaniak ze mnie, ale nie jestem denerwujący!
- Nie da się ukryć ani trochę! - Zaśmiał się tubalnie zielony autobot wchodząc do pokoju - To miano należy się Skrzeczącemu.
- Skrzeczący Denerwujący Pierwszy - zamruczał Predaking szczerząc kły w uśmiechu.
- Coś cię gnębi Knockout? - Spytał Bulk, gdy już przestali się śmiać.
- Eh wszystko, zielonku, wszystko - westchnął medyk i podrapał się szponiastym palcem po brodzie - Czy Smokescreen opowiadał jeszcze coś ciekawego? Na pewno tam na zewnątrz jest ciekawiej niż... No cóż, tutaj.
- Ma dużo pracy - odpowiedział a widząc rozmarzoną minę rozmówcy uśmiechnął się szeroko.
- Jakiej pracy? - zapytała bestia, siadając na zniszczonej podlodze - I czemu nie walczy z wami? Zawsze czułem, że ma Iskrę wojownika, gdyby był Predaconem rozniósłby tę planetę w kosmiczny pył!
Knockout wymienił spojrzenie z Bulkem. Nie dało się ukryć, że Smokescreen przyszedł na świat, żeby walczyć, do dziś pamiętał jak uparcie walczyli o zmieniacz fazy...dalej walczą.
- Smokescreen...wydobywa energon - zbył ich zielony.
- Górnik? - Zaśmiał się medyk - Został górnikiem? Rzucił to wszystko, żeby zostać Królem Ropy?
- Energon...oddaje potrzebującym - skłamał bulk - Wiesz jak trudno wyrobić normę w tym szpitalu, na Cybertronie są ich tysiące...
- Ale czemu nie walczy? - Warknął Predacon.
Bulk chwile myślał nad dobrą odpowiedzią, nie chciał zdradzać tajemnicy Smoke...
- Cóż, ma dużo pracy... Powiedział mi, że przegramy z decepticonami - zadumał się przez chwile przypominając sobie jego slowa - Nasza porażka sprowokuje większy odwet.
- Tak powiedział? - Spytał czerwony - Dlaczego mam wrażenie, że on ma racje, we wszystkim...
- Bo zapewne ma... racje - odparł zielony - I dlatego, dopóki jesteśmy w temacie. Weź to, otwórz, przejdź i znajdź, jeśli...kiedy coś pójdzie nie tak.
Czerwony medyk przyjął ze zdziwieniem mały cyber z danymi, nie miał problemu z odgadnięciem zawartych współrzędnych.
- Nie wierzysz, że misja się uda? - Zapytał zdumiony.
- Wierze, że...zawsze przyda się dodatkowa siła ognia.

***
Toczył się koło za kołem plując sobie w brodę, że znowu zataił coś przed Mayvies. Ukochana wiedziała tylko, że wyszedł z domu do pracy. W kopalni.
W rzeczywistości po kilku godzinach jazdy w pewnym sensie wkroczył na wybrukowane złotem ulice Iaconu i jego podniebne szlaki.
Stolica, pomimo zniszczenia prawie że w całości - zbombardowana, ostrzelana, zabrudzona przelanym energonem, trupami i kurzem - wciąż imponowała swoją błyszczącą, bogatą i nasraną przepychem naturą, jakby sama śmiała się z poczynań Megatrona.

I ty śmiertelny głupcze, miałeś czelność niszczyć miejsce zbudowane przez ręce bogów? Miejsce, w które przelali własny biały energon i wtopili całe swoje szczodre i zdobione jestestwo?
Chore i zepsute do samego szpiku, jakby powiedział Optimus.

Iacon był jedynym w swoim rodzaju miastem na Cybertronie. Jego obszar z daleka wygląda jak wyrwane z podłoża i zawieszone w powietrzu ogromne spirale, poprzecinane pomniejszymi. Do dołu było daleko dlatego, choć nigdy nie odkryto kto to zrobił i w jaki sposób, pod miastem rozciągała się niemal naturalna przezroczysta bariera a przecinające ją nieliczne kanały, prowadzące do pnia miasta, były poprzecinane grubymi kablami energii elektrycznej.
Pomiędzy wspomnianymi wyżej spiralami rozciągały się autostrady i główne szosy, ulice i uliczki, które wyglądały jak żyły i aorty pompujące życie miasta jak energon do jego Iskry, którą było Centrum wraz ze wznoszącymi się ku niebu oszklonymi Iglicami, a pomiędzy drogami stały platformy z budynkami i zawieszone płyty z domami i mieszkaniami.

Oczywiście tak wyglądało wszystko przed wojną. Iacon był pewnym sensie sztuką samą w sobie i perłą architektury a fakt, że teraz wszystko wygląda jak ścięte drzewo żeliwne, wszystkie drogi i budynki zostały powalone i zalegają w dziurze tylko drażnił Smokescreena. I jednocześnie przerażało.
Większość pozostałej drogi do celu musiał pokonać piechtobusem, jednak po mozolnym pokonywaniu przeszkód dotarł do starego Archiwum.

Przed nim rozciągał się doprawdy ponury widok.
Trzy obdrapane, gołe ściany. Kilometry zasłane kamieniami. Stare szkielety oblazłe korozją, wystające ponad gruzowisko.
Śmietnik. Cmentarz.
Smokescreen mimowolnie zacisnął pieści, szczękę. Odwrócił wzrok.
Tyle zostało z dawnej krypty Alpha Triona.
Ruina.
Zamrugał, żeby powstrzymać okropne pieczenie pod optykami.
Chciałby dowiedzieć się co stało się ze staruszkiem.
Czy... Czy zgasł broniąc krypty? Bo on zawalił swoje obowiązki?
Nawet jeśli miał nieść Klucz, nawet jeśli... jeśli stróżowanie nad reliktami było jedynie przykrywką...
Nie.
Nie mógł dłużej chłonąć ponurego widoku.
Nic tu nie znajdzie, niczego się nie dowie.

Na szczęście do wieczora jeszcze daleko, dlatego Smokescreen postanowił odwiedzić jeszcze jedno miejsce.
W końcu nadzieja umiera ostatnia.

~~~

Mauzoleum wyglądało dość przytłaczająco. Patrząc na wzniesiony budynek dostawał ciar, mimo że słońce leniwo pokonywało horyzont i posyłało swoje promienie rozświetlając cały krajobraz. Smokescreen przeklął się w Iskrze za słuchanie tych wszystkich Mikowych historii o duchach bo teraz wyobrażał sobie tylko, że nad szaro-srebrną, ogromną budowlą migocze księżyc w pełni, unosi się mgła a z dachu podrywają się do lotu czarne ptaszyska krakając głośno. Aż dostał ciarek.
Mimo wszystko postanowił dokończyć swojego dzieła i wlazł do grobowca, powtarzając sobie, że przecież duchy Primów nie wzywałyby go, gdyby miały go skrzywdzić. Nie?

Stanął pośrodku wielkiego holu. A raczej wewnątrz małego kręgu, tworzonego przez stojące do okola głazy pamiątkowe i pomniki.
Przypominając sobie wszystkie wskazówki starego przyjaciela, usiadł krzyżując nogi i zamknął oczy.

Czekał.
Uprzątnął myśli. Czyste myśli, czysta wizja.
Czekał.
Gdy tylko przez powieki ujrzał światło z zadowoleniem je uchylił.
Brzegi jego pola widzenia zakrywał błękit. Wszędzie błękit i biel.
Staruszek nachylił się nad nim i przez prześwit białego widma ciała młody bot widział druga stronę.
Paciorki z miękkich drucianych witek z brody staruszka załaskotały go po twarzy.
Z uśmiechem wstał i poszedł za staruszkiem.

~~~

Gdy obraz znikąd nabrał naturalnych barw Smokescreen stal już przed płytą, na której spoczywały trzy ogromne posagi.
Uzyskał odpowiedzi.
Kłaniając się przed rzeźbionymi postaciami wyszedł z auli grobowca.

*** 
Stał nad powalonymi przeciwnikami celując w nich ze swoich działek transformowanych z obu rąk. Insceticon, łowca nagród i jakiś sporawy Autobot leżeli podbijani na kupie.
- Ostrzegałem, żebyście się stąd wynosili - zachrypiał Starscream, wziął głęboki wdech, mimo iż nie potrzebował powietrza do życia to czynność ta pomogła mu uspokoić bijącą jak młot iskrę. Zmachal się i to całkiem porządnie jak na taką malutką bitewkę.
Czyżbym wyszedł z wprawy w walce? No tak trochę się w Darkmout bezczynnie kisiło...
Wyrwawszy się z myśli spojrzał na niedoszłych napastników.
- Żałośni jesteście - skwitował z pogardą. - Chcieliście mnie pokonać? S t a r s c r e a m a? - przeliterował swoje imię. - Wielkiego Komandora Decepticonów? Chyba wam się procesory przegrzały! O ile w ogóle je macie.
- To co chcesz nas wykończyć czy będziesz tak stał gadał i trząsł wydechem jak baba? - do przodu z prowokacyjnym tonem wyrwał się rdzawoczerwony Bezimienny Autobot.
Star się zamyślił.
- Może daruje wam, wasze nędzne życie...
- O nie - sapnął najwyraźniej poirytowany Bezimienny - Będzie chciał iść na układ! To już lepiej nas zastrzel!
- Zamknij się Roughedge - warknął na niego Łowca Głów.

Jego czerwone optyki intensywnie wpatrywały się w Komandora. Jedna miała nadbudowę, która powiększała receptor wzroku, wyglądał jakby miał na nim połączone z głową szkiełko powiększające. Podciągną się do góry i stanął na równi z wciąż czujnym i mającym ich na muszce Starscreamem. Przekrzywił głowę nieznacznie na bok.
- Jestem Shadelock, Łowca Nagród, układy to moja specjalność.
Obecny włodarz Darkmout skrzywił się na te słowa.
- Nie próbuj być cwańszy ode mnie, nikomu to jeszcze na dobre nie wyszło - powiedział ale opuścił nieco działka, jednak te wciąż ustawione w pozycji bojowej jarzyły się czerwonym światłem jakby chciał dać znać, że w każdej chwili negocjacje mogą się zakończyć trzema trupami.

- Proponuję ci hmm... całkiem ciekawą informację w zamian za opuszczenie z nas celownika. Plus później nasze łowieckie umiejętności do wynajęcia oczywiście. Nie pracujemy za frajer, a po tym co usłyszysz sądzę, że ci się przydadzą.
- Taaa skuj, skuj, skuj w kajdankach jestem twój! - parsknął z ironią Roughedge. - Po prostu marzę, żeby pracować dla tej szui - posłał pogardliwe spojrzenie do Starscreama i wściekłe do swojego szefa.
- Zawrzyj modulator Roug albo ci go wyrwę! - warknął Shadelock. - Chyba już zapomniałeś, że to ode mnie zależy jak szybko twoja iskra zgaśnie!
Naburmuszony pyskaty Bot odwrócił głowę i zajął się wygrzebywaniem spod Insecticona
- Rusz się ty kupo metalu, zgniatasz mnie! - Pacnął go w pancerz, na co tylko ogromny robal zawył szyderczo i jeszcze wygodniej umościł się na klnącym pod nosem Autobotem.

Starscream z niesmakiem spojrzał na cały ten cyrk, po czym zwrócił się do przywódcy szemranej grupki:
- Gadaj co to za "tajna informacja", oświeć mnie.
Shadelock zmrużył optykę jakby się jeszcze zastanawiał.
- Autoboty szykują szturm na Hellex. Chcą zmiażdżyć niedobitki Decepticonów, które wyległy na ulicę na wieść o powrocie Megatrona.
Oczy Starscreama rozszerzyły się nieznacznie, co jednak nie umknęło Łowcy.
- Jeśli jesteś zainteresowany rozwojem wydarzeń to z chęcią zrelacjonujemy ci ich przebieg, przy okazji możemy usunąć kilka niewygodnych dla ciebie autobockich elementów wszystko... ma się rozumieć za odpowiednią cenę.
Komandor z powrotem podniósł transformowane z reki działko na wysokość iskry Shadelocka.
- Spokojnie - negocjator uniósł ręce w obronnym geście. - My wywiązaliśmy się z umowy - postąpił pewny siebie krok naprzód i nagle powiało od niego trupim chłodem. - Pora na ciebie.
Niegdysiejszy pierwszy oficer Wielkiego Lorda Decepticonów poczuł się dziwnie nieswojo. Gra wymykała mu się z rąk, a jedną z rzeczy, do których szczerze nienawidził była utrata kontroli nad sytuacją.
- Powiedzmy, że informacje przez was przekazane są satysfakcjonujące - Star wyprostował się dodając sobie tym pewności, po czym jego przedramiona z dźwiękiem transformacji wróciły do swojego pierwotnego kształtu kończyn robota.
Łowca wykrzywił twarz w parodii uśmiechu.

- Cieszę się, że udało nam się porozumieć. Wiedziałem, że nowinki o Megatronie i Autobotach przypadną ci do gustu - ostatnie zdanie wypowiedział ciszej, tak że tylko stojący z nim twarzą w twarz komandor mógł go usłyszeć.
Zanim jednak odszedł do swoich współpracowników, Starscream przytrzymał go za ramię szponiastą dłonią.
- Zwiad i informacje bez konfrontacji - Powiedział sucho - Listy z plikami oczekuję od razu.
Shadelock kiwną głową i chciał wyszarpnąć się z uścisku, ale Star wzmocnił uścisk, wbijając końcówki ostrych palców w karoserię fioletowego Decepticona.
- Ale jeśli zdradzisz - jego głos zgrzytał jak źle naoliwione przekładnie - Pożałujesz, że nie odstrzeliłem ci wcześniej łba.

***
- Załatwmy kilku cichcem - szepnął Wheeljack, przestępując z nogi na nogę.

- Wtedy reszta się rozproszy - odpowiedział Bumblebee mierząc widok przed sobą.

Autoboty przeniosły się do Helex niecałą godzinę temu, zajmując miejsca, z których byli niewidoczni dla nadciągających conów.

Decepticony przemierzały wymarłe miasto i jego prochy w akompaniamencie ryku silników ziemskich wehikułów i latających, śmigając nad głowami kryjących się botów. Tworzyli grypy lub dreptali w pojedynkę, w milczeniu. Ponura zgraja w we wszystkich kolorach tęczy jak pielgrzymka na paradzie równości i tylko krwistoczerwone ślepia działały jak znak stop, ostrzegając, żeby nie włazić im w drogę, gdy mozolnie wędrują do bram swojego Lorda.

Bee oderwał się od tej kilkutysięcznej trupy, gasząc głos rozsądku i echo słów "to samobójstwo". Machnął na Jacka i Arcee, aby ruszyli za nim i skierował się ku zejściu ze zsypu gruzu na zrujnowaną drogę.

~~~

- I jak?

- Bez zmian, czyli zgodnie z planem - zameldował zwiadowca. Ultramagnus kiwnął głową i ruszył wzdłuż ściany. Nieopodal, przez wyrwę widział cienie deceptów idących przeciwległą przecznicą. Pamiętał plan miasta i doskonale zdawał sobie sprawę, że jeśli teraz ich zaatakują, zaatakują środek grupy i rozproszą się na dwa skrzydła, wróg wpadnie w ślepe zaułki a oni odetną im ostatnią drogę ucieczki. Decepticony wpadną w pułapkę a on, wykorzystując element zaskoczenia wybije wszystkie te ścierwa, co do jednego.


- Idziemy - warknął, ale jego słowa zagłuszył huk i sypiące się fragmenty elewacji

- Kurde! - krzyknął Bumblebee jednocześnie, odruchowo kuląc ramiona. Odwrócił się w stronę, z której dobiegł hałas i skrzyżował spojrzenie z zielonym wreckerem.
- Gdzie Wheeljack?! - Wrzasnęli niemal jednocześnie.
- Był z tobą! - zauważył Ratchet podchodząc do obojga i nie przerywając majstrowania przy swoim adioreceptorze.
- Był! - Wrzasnął Magnus, zbliżając się do grupy - Czy on zawsze musi coś odpieprzyć!?
Na końcówce zniżył głos i bynajmniej nie dlatego, że przeklął. Obok ich kryjówki rozległ się tupot stóp, to decepticony zerwały się biegiem i w gotowości biegnąc na miejsce katastrofy.

- Co teraz? - Sapnął Bee.
- Wyrżnąć wszystkie - Syknął Ultramagnus, ale znów niedane mu było dokończyć.
Zza pleców autobotów dało się słyszeć, głośnio i wyraźnie, piskliwy jak podniesiony o kilka oktaw wrzask jakby jego właścicielowi wyrywali żywcem szpilki.

- Decepticony!

~~~
Niebo przeciął ryk potężnych silników F-22, a następnie cichy pisk i w już i tak ledwo stojącą budowle trafiły obie rakiety a efekty przyprawiły Wheeljacka o optyczne podniecenie. Już po chwili, w płomieniach i przy wtórze charakterystycznego stukotu, na piedestale z powalonej ściany stanął srebrny i równie płaski co wątły decepticoński komandor.

- A ten tu czego - jęknęła dwukółka, obserwując cybertrońską wersję Wurst*. Wheeljack uśmiechnął się pod nosem, próbując jeszcze bardziej wtopić się w gruz. Przybycie tego dupka zaalarmowało decepticony a te, ustawiając się w kółku oczekując ogłoszeń parafialnych odcięły im drogę ucieczki. Jednak jak to kiedyś Wheeli usłyszał, drogi ucieczki są zawsze dwie; albo wrzucisz wsteczny, albo pojedziesz do przodu. W tym czasie Starscream zaczął od skrzeczącego nawoływania rzekomych braci, co białemu wreckerowi brzmiało raczej jak krzyk godowy rozjechanej żaby, której nie zaspokoili w marcu...niż porywająca przemowa o wsparcie, jak wywnioskował z tego pierdolamentu, jednocześnie nie wsłuchując się w treść.

Po szybkich oględzinach uśmiechnął się szerzej i zaczął przeciskać, o drut nie miażdżąc przy tym drobnej Arcee, która stała mu na drodze.

- Co ty robisz - syknęła, kiedy naparł na nią i ostra krawędź kamienia boleśnie wpiła jej się w plecy.
- Komandor mówił, że mamy go załatwić - odpowiedział i, nie przerywając uśmiechu ani prób, przecisnął się obok, zostawiając uwolnioną femme.
- Co? Co?! - Krzyknęła za nim szeptem, ale wrecker nie słuchał. Coraz bardziej zbliżał się do zajętego przemową decepticona.

- Nawet. O. Tym. Nie myśl! - Wrzask w słuchawce był tak okropny, że mimowolnie się skrzywił. Rozejrzał się po tłumie i w końcu nad nim, dostrzegł autoboty, które ciągle próbując zachować tryb incognito jednocześnie i jednoznacznie gestykulowali, że ma przestać albo będzie wpierdol.
- Wheeljack - syknęła Arcee - Wheeljack!
Tylko Primus wie, dlaczego decepticony jeszcze się nie zorientowały.

~~~

Gdyby oddychał, z braku tlenu przez powstrzymywanie tej funkcji, już by się udusił.

Właśnie czuł, że Iskra kończy bieg, kiedy obserwował jak Wheeljacka dzieli tylko trochę ponad metr od Starscreama. Jak błyszczy jego ostrze katan wysuniętych z pochw, jak Starscream odwraca się do niego i jak zebrane decepticony zaczynają wyć alarmująco.

- Idiota - Medyk jęknął jak męczennik.
- Zamach! - Wrzasnął Starscream.
Naraz zrobiło się zamieszanie, cony zdjęła panika.
- Zamach! - Bee obserwował jak srebrny con gwałtownie cofa się, by w następnej chwili ciężko wylądować na bagażniku pod górką - Zamach! Ratujcie swojego nowego lorda!

Wheeljack został na górze ze skrzyżowaną bronią i wyrazem konsternacji. Bee mu się nie dziwił, głowa, którą miał ściąć, właśnie wyślizgnęła się spod katowskiego ostrza.
- Autoboty!
Ryki wystraszonego wroga zmieniły się gardłowe okrzyki jednostek gotowych do walki.
- Do ataku! Zgasić wszystkich! - Wrzasnął Ultramagnus i wystartował rozpoczynając ostrzał.

***

Knockout siedział przy stole i zafascynowany perfekcją płynąca z czynności sterylizował noże i mizerykordie, gdy przez pomieszczenie przedarły się decybele alarmu. Buczenie i wycie ucichło, dopiero gdy czerwony bot z konsternacją dotknął panelu i ekrany zalała fala zdjęć sześciu wskaźników biometrycznych.
Sześć autobotów w stanie zagrożenia życia.

~~~

Mayvies zakręciła się w wokół własnej osi i głośno zaśmiała. Jej partner dołączył do niej i kładąc jej ręce na talii próbował wprowadzić w rytm. Muzyka. Basy, gitary i dzikie dźwięki wydobywane z bębnów i płyt złączonych w perkusje wypełniały pomieszczenie wprawiając dwójkę oblubieńców w szaleństwo.

Fembotka po chwili wyczula nadany przez towarzysza krok i razem wariowali po pomieszczeniu w piruetach i miarowym kołysaniu. Po chwili jednak Smoke puścił fembotke i obserwując jak sama wiruje w oszałamiającym rytmie podszedł do blatu gdzie zostawił energon na ogniu.

Kiedy ściągał z internetu kawałki rocka poznane dzięki Miko wcale nie myślał ze kiedyś będzie się nimi dzielił z kimkolwiek, a już w ogóle w takiej lekkiej chwili jak ta.

To było prawdziwe szczęście.

Oderwał wzrok od gibkiego ciała May i właśnie wyłączył palnik, kiedy przez rozdzierające dźwięki dotarł do niego miarowy pisk. W ułamku sekundy spojrzał na trzymany na polce czujnik zbliżania i dostrzegłszy towarzyszące dźwiękom czerwone mrugnięcia wyciągnął spod blatu zawieszony pistolet plazmowy. Zdążył przeładować a May znalazła czas, żeby wyłączyć muzykę, gdy na środku pokoju otworzył się ogromny zielony wir. Bot wycelował wen bron, gdy ze środka wypadł bot o czerwonym lakierze.
- Okesree...aghr! - intruz natychmiast wpadł na oparcie cybertronskiej sofy i poleciał do przodu.

Fembotka na taki obrót sprawy głośno parsknęła śmiechem i Smoke nie mógł się nie uśmiechnąć. Knockaut jednak zebrał się już z podłogi i ledwie zaszczycając dziewczę spojrzeniem strzepnął niewidzialny kurz z ramienia.
- Smokescreen! Musisz wracać ze mną. Już! - Choć minę medyk zachował pokerową to nad drżącym głosem nie panował. Parze już nie było do śmiechu, bot pojął od razu.
- Poszli walczyć? Cholera! - Zaklął po angielsku. May zrobiła duże oczy, ale nie ważne wyjaśni jej później. Chociaż... Primusie! Dlaczego z nią nie zostanie?
Nie, nie mógłby. W tej sytuacji cały czar zabawy prysł a on już nigdy nie naładuje akumulatorów bez wyrzutów sumienia. Musi tam iść.

- May, obiecaj ze nie wyjdziesz z domu, zostań tutaj. Obiecaj!
Nie czekając na odpowiedz zamknął ją w silnym uścisku.
- Smoke, oni tam zginą... - Zaintrygowany bliskością tej dwójki i przede wszystkim obecnością tej fembotki medyk nie mógł powstrzymać się od cichego komentarza.
Zanim Smokescreen puścił ukochana wyczul jak cała drży.
W następnej chwili dopadł już z Knockoutem wiru i obaj zniknęli za jego tafla.


- Uważaj na siebie - wyszeptała zduszonym głosem do pustego już domu.

niedziela, 4 czerwca 2017

Czc 3 punkt D - Zielony przyjaciel

Przed nim wznosil się typowy w cybertronskiej architekturze blokowiec. Prostokatna budowla ciagnela sie prostopadle do ulicy i podzielona byla na cztery kwadraty robiace za pojedyncze, jednorodzinne domostwa.
Szedl powoli szerokim chodnikiem az znalazl szczegolnie wyrozniajacy sie domek. Pod drzwi, tak jak i u sasiadow, prowadzily niskie schody. Front budynku byl wyjatkowo lsniacy, dach zalatany i Bulkhead doskonale zdawal sobie sprawe ze dom mial wszystkie cztery sciany. 
Stanal na ostatnich schodach i mocno zastukal w stalowe tworzywo drzwi
***
Mocne miarowe uderzenia wyrwaly ja z letargu. Do tej pory spokojnie drzemala na sofie w salonie lub gladzila platki kwiecia. 
Zazwyczaj kiedy Smokie wychodzil do pracy w gornictwie, ona wylegiwala sie w mieszkaniu, w ktorym zreszta prace remontowe nijako stanely. Jednak dzisiaj wrocila wyczerpana z Centrum gdzie pomagala opatrywac nowych rannych. Niecale poltorej tygodnia temu i przez ostatnie dwie doby decepticony nie szczedzily sil na terroryzowaniu spolecznosci Tyrest. 
Teraz zdenerwowana podniosla sie z mebla i wpatrywala w korytarz w ktorym znikaly drzwi wejsciowe. Pukanie sie powtorzylo. Kogo nioslo? Ive zabraklo rak do pracy? Srodkow? 
Ruszyla wiec do wejscia probujac ominac gole kable ciagnace sie po podlodze wzdol sciany. Tylko dlatego ze polmrok tworzony przez lsnienie pekow adaw tworzyl klimat nie poganiala smoka z montowaniem oswietlenia i energi w domu. Zatrzymala sie przed malym panelem-wizjerem ktory bot tak wspanialomyslnie naprawil.
Niespodziewala sie ze w oknie usmiechnie sie do niej szeroka geba nalezaca do starszego, szerokiego bota z czerwona insygnia na zielonej piersi.
Autobot 
Odruchowo cofnela sie, zaslaniajac reka usta i az podskoczyla kiedy dudnienie sie powtorzylo. Smokescreen jasno dal jej do zrozumienia ze ma nie otwierac obcym. I Autobotom, choc ona i tak zaznaczyla ze nie zna jego kolegow. Dziwila sie tylko czy partner bardziej dbal o jej bezpieczrnstwoo czy poprostu tylko z jemu znanych powodow chcial zachowac  jej istnienie przed znajomymi. 
Patrzyla jak zrezygnowany schodzi po schodach i z ugla wycofala sie. Zapominajac o pokreconym balaganie. 
W moment zaplata sie o okablowanie, wywracajac sie na sciane i kiedy juz efektownie padla tylem na podloge pociagnela stopa kolejny kabel ktory ladnie przewrocil lampy stojace w rogu konczacym korytarz a te robiac jeszcze wieksze widowisko spadly z hukiem na blaty zbijajac przy tym szklane fiolki i karafki. Donośny huk rozlał się echem po całym mieszkaniu. Iskra zaczęła jej bic jak szalona. "Czy nieznajomy usłyszał, ten hałas?
Niezdara! Oczywiście, że usłyszał! Chyba, że jest głuchy, w co Mavy jednak mocno wątpiła.
Zza drzwi znowu dopieglo pukanie. 
***
Bulk podrapal sie chwile pod broda.
Rumor z wnetrza domu zabrzmial tak nagle i tak groznie ze nie mogl nie wrocic pod drzwi.
Te podluzszej chwili rozsunely sie gladko w bok i w przejsciu stanela drobna fembotka. 
Jego mina musiala w tej chwili wygladac wyjatkowo przyglupio bo fembotka przywowala znaleźć Smoke'a. usmiech.
- Moge w czyms pomoc? 
- Tak...  Nie... Tak... - dukal przez chwile mierzac obca. Nie wysoka, zgrabna. Bez kol, skrzydel wiec i bez wehikulu. Czarne druciki okalajace twarz uciete na krotko i uplecione w warkocz opadajacy na ramie w grafitowym kolorze, caly pancerz, primitywnie zabudowany miala w graficie - Szukam Smokescreena 
Powiedzial w koncu. Obca rozejrzala sie nerwowo wzdloz ulicy jakby szukajac ratunku i nie spieszac sie z odpowiedzia jakby zastanawiala sie ktora wersje wybrac.
- W porzadku - usmiechnal sie milo. Miko zawsze powtarzala ze ma golebie serce, brutal ale w sercu bardzo empatyczny i wrazliwiec - Znamy sie jak kuse psy a ostatnio nie daje znaku zycia. Wiesz gdzie go znajde?
- Wiem Yhm ... - mruknęła powiedziala roztargniona i przygryzla warge - Nie ma go. Ale chyba wiem, gdzie możesz go znaleźć.
Kojarzyła stojącego przednią olbrzyma z opowieści Smkoe'a. 
- Bulkad? - zapytała zielonego bota, próbują przypomnieć sobie jego imię.
- Bulcked - poprawił ją i uśmiechnął sie nieznaczne. 
- Ach tak... - powiedziała ciągle jakby zamyślona. Zastanawiała się czy zaprowadzić owego bota do Smokescreena. Ostatnio wrócił bardzo zły, wręcz wściekły  z narady jego drużyny. Przez myśl przemknął jej obraz karoseri Smoke'a z pustym miejscem po środku klatki piersiowej, bez insygni Autobotów. Jeśli miała szansę naprawić cała tą sytuację to nadeszła ona teraz i przyszedł czas żeby ją wykorzystać. 
Zielony przybysz przestąpił niepewnie z nogi na nogę.
- Jeśli przyszedłem nie w porę to przekaż tylko Smokescreenowi, że byłem i żeby się odezwał - Już miał zamiar schodzić ze stopni, gdy fembotka zatrzymała go.
- Zaczekaj! Jeśli chcesz możemy pójść razem. Zaprowadzę cię do niego - zdenerwowanie i niepewność znikły bez śladu. - A tak przy okazji, jestem Mayvis.


 Szli między zniszczonymi budynkami, niedgdyś piękne cybertrońskie konstrukcje, dziś tylko sterta rdzewiejąvego metalu i powyginanych drutów. Gdzieniegdzie tylko ostały się większe części infrastruktury, mgliście przypominające czasy świetność planety. Niestety wszystko zniszczyła wojna, a to co zostało zrównały z ziemią niedawne ataki Decepticonów. 
- Co za ponure miejsce - skomentował Bulcked.
- Mniej więcej tak teraz wygląda cały Cybertron - odparła Mayvis.
- W innych częściach przynajmniej jest życie, a tu... nic kompletna cisza.
Fembotka zaskocona słowami swojego niedawnopozananego towarzysza przystanęła w miejscu. Wcześniej nie zwróciła na to uwagia, ale zielony kolega Smokescreena miał rację. W tym miejscu nie było niczego, jakby całe życie wymarło w tym sektorze eony temu. Tutaj panowała cisza, nie ta kojąca lecz zimna i grobowa. Taka przy której robot zaczyna się czuć nieswojo. 
- Lepij stąd znikajmy - zasugerował Bulcked. - Takie miejsca zawsze mi śmierdzą półapkami Decepticonów.
Po wypowiedzeniu tych słów rozejrzał się podejrzliwie dookoła jakby chciał prześwietlić gruzy optyką. 
Mayvis przyjrzała się uwarznie walącemu się budynkowi przed nimi i uniosła hardo głowę.
- Tędy - zakomenderowała i wskazała pokaźną dziurę. 
Całe szczęście, że (tu imię jej przyjaciółki, nie wiem czy ma to być jakaś fema z kolonii więc zostwiam to do naszego rozmninienia xP ) powiedziała jej gdzie przebywał Smokescreem, w innym razie szukali by go go nocy. 
Po pokonsniu przeszkody, która lada moment mogła im się zwalić na głowę ujrzeli grupę botów uwijających sie jak w ukropie przy rozbiórce jakiejś równie podejrzanej budowli, jak ta za plecami Mayvis i Bulcka. A wśród nich stał Smokescreen ładując na sanie repulsorowe kawały metalu.

***

- Uwaga tam! - Krzyk przedarl sie przez zgielk panujacy na placu i wszyscy ostrzezeni naprezyli sie w nadludzkim wysilku czujac jak stalowe lini rwa im sie z rak.
Smokescreen tak jak i jego trzej kompani za plecami zaparl sie o ziemie i zaczal ciagnac line oraz popuszczac ja wedlug wyraznych wskazowek kierownika, wszystko po to by wyrownac platforme z ciezkim zaladunkiem i bezpiecznie odstawic cenny material ktory nim byl. Kiedy juz odzkyskali kontrole nad sytuacja, kilka innych botow podeszlo do platformy asekurujac ja  a kiedy opadla na bale wszyscy zabrali sie do przeladunku.
Mlody bot odplatal stalowe wlokno uwalniajac pocharatane palce. Ciecia i opdarcia u rak i palacy niczym ogien bol miesni nog i plecow pod pancerzem dawaly mu znak o miejscach o ktorych wczesniej nie mial pojecia. Nie mniej byl cholernie szczesliwy, praca dawala mu sporo satysfacji a zmeczenie motywowalo do kolejnych zadan za ktore ochoczo sie zabieral.
Przeciagnal sie jak kot i kiedy cos chrupnelo mu w adamantiowym krzyzu, ochoczo ruszyl do zdejmowania zaladowanych plyt konstrukcji.
- Pomoz mi - jeden bot klepnal go w ramie i razem szarpneli pozostalosc z niegdys okazalej budowli.. Smoke wzial jedna strone i syknal gdy jej zaostrzona kanty wbily mu sie w palce. Razem z szaroniebieskim ciezko ruszyli do sani. Byli prawie u celu kiedy wszyscy obecni wyraznie zaczeli sie denerwowac. Mimo ze nieliczni probowali niedopuscic do siania paniki i tak kilku cybertronczykow zaxzeo sie sliesznie przemieszczc, wielu zywo dyslutowalo i wyraznie wszytkim udzielil sie stres.
- Co sie dzieje? - Smoke krzyknal do Cybertronczyka ktory mijal ich szybkim krokiem.
- Decepty?! - Zapytal drugi, szaroniebieski.
- Autobot! 
- To, czego panikujecie? - Sapnal Smoke marszczac brwi. Przestraszony bot machnal rekami i szybko oddalil sie w przeciwnym do potencjalnego zagrozenia kierunku. Mlody spojrzal na towrzysza ktory w odpowiedzi wzruszyl ramionami. 
Widac, jego niezbyt przerazala wizja wizyty autobota ale Smokescreen... Czul ze zepsuje mu to caly dzien. Inni na budowie rowniez zdawali sie byc niezadowolynimi  z wizyty bota. Mlody przebil speszony tlum zwrokiem kierujac spojrzenie tam gdzie inni pokazywali sobie palcami poteznego zielonego transformersa. Widok Bulka akurat w tym miejscu przestal mlodego dosc szybko dziwic... O ile przyslal go UltraMagnus to zrobil to po to zeby doswiadczony inzynier skontrolowal sytucje... Albo zolnierz cywilow...
Natomiast o palpitacje iskry przyprawila go drobna, grafitowa i bolenie znajoma postqc fembotki idaca dziarsko u boku Bulka. Smoke szerzej otworzyl optyki o maly drut nie upuszczajac stali na stopy kolegow. Ogromntym wysilkiem woli pomogl ja odstawic i ruszyl do Mayvies.
Poczul wyrazne zdenerwowanie kiedy wytykali i ja, szepcac o tym do czego i dlaczego towarzyszy botowi.
Czul przy tym gniew bo to jemu nalezaly by sie cegi za takie...kontakty. Mayvies absolutnie nie ma z tym nic wspolnego! Ale tutaj, bez frakcji, traktowali go jak jednego ze swoich, sąsadzia i przyjaciela. Przewrocil wiec oczami zdenerwowany wyborem pomiedzy podbiegnieciem do ukochanej w towarzystwie olbrzyma a zaczekaniem na rozwoj wydarzen. Oczywiscie nie podjal decyzji bo w moment partnerka rzucila sie sprintem i zaraz uwiesila na jego szyi. Mimowlnie usmiechnal sie i objal ja w talii sciskajac lekko.
- Mialas nikogo nie wpuszczac - szepnal szarmancko do jej audioreceptora - Do mieszkania...
- Jak ci opowiem to mnie zabijesz - odszepnelo w jego czujnik sluchu a jej cialo zawibrowalo od duszonego smiechu. W tym czasie wrecker doczlapal do stojacej na srodku pary i Smoke odstawil ukochana na ziemie, dopiero orientujac sie sa... Sami, w trojke. Wszyscy odeszli zachowujac dystans ale wciaz rzucajc ukradkowe ciekawskie i wscibkie spojrzenia, ciekawi kzdego wymienionego zdania.
- Mozemy porozmawiac, mlody? - Zapytal zielony - Musimy obgadac kilka spraw...
May wyczuwajac nieswoje samopoczucie smoka scisnela jego dlon.
- Bulk chcial tylko pogadac...
- Tak. Wiem... Nie mamy o czym - odpowiedzial i odwrocil sie ciagnac przy tym fembotke za soba. Ta odwrocila sie do Bulka i wzruszyla ramionami w gecie przeprisin ale on juz ruszyl wslad za granatowym.
- Musimy pogadac, smoke. Teraz. - Omiotl plac zwrokiem - W cztery oczy?
Smoke zwolnil az w koncu stanal, femma wyszarpnela reke z jego uscisku. Czemu sie tak zachowywal? Naprwe nie byl juz autobotem, zolnierzem ani...ich przyjacielem. Nie powinien prowadzic prowazic tej konwersacji ale przeciez noe mial nic do urycia...
- Mozemy porozmawiac tutaj, jestem pewien ze nue ma powofu niczego zatajac przed obywatelami w a s z e g o Cybertronu...
- Smokescreen. Wolalbym na osobonisci... Nie wszyscy musza wszystko wiedziec...
- Smokescreen! - Zawolal mloego jasnofioletowy bot z czarnymi wstawkami - Pomoz przy nawierzchn! 
Smoke pokiwal glowa
- Widzisz? Mam robote. Pogadamy... Kiedy indziej.
Chcial dalej ruszyc ale May uzyla clego zapasu sil zeby go powstrzymac. Bulk juz otworzyl usta ale weszla mu w zdanie
- Sluchaj no! - Pacnela partnera w srodek klatki piersiowej - Narazilam zycie, zeby choc troche naprostowac ci swiatopoglad. Narazilam zycie, zeby przyprowadzic go tutaj. I narazilam zycie w ogole otwierajac mu drzwi - zrobila obrazona minke wyginajac kaciki ust w podkowke - Docenilbys to, wiesz? 
Smoke popatrzyl na nia z politowaniem. Byl cholernie ciekawy c o zawyzlo nad jej decyzja ale nie moal ochoty dluzej ciagnac tej farsy. Dlaczego oni musza wszystko psuc? 
Odwrocil sie do fioletowoczarnego bota i ruszyl za nim do usterki. W nawierzchni drogi ziala wypalona i poszarpana dziura, efekt jakiejs zapewne widowiskowej detonacji. Mlody zwinnie wskoczyl do srodka i czekal na narzedzia. Doszedl do wniosku ze May napewno zostanie tutaj z nim i wieczorem razem wroca do domu. Co do Bulka to mial nadzieje, ze sobie w koncu pojdzie. Jakze zludna, na granatowego padl duzy cien i ten spojrzal w gore na bota stojacego na skarpie.
- Pogadajmy, u ciebie w domu.
- Mozemy pogadac tutaj - warknal
- Nie. Wiem o czym myslisz i i tak uwazam ze musimy to zalatwic miedzy soba. 
Smoke odwrocil sie do towarzyszy pracy i poslal im blagalne spojrzenia, niech jasno fioletowy wstawi sie za nim jeszcze jeden raz!
Ale on tylko machnal reka, jak Jack ktory pozbyeal sie natretnego pustynnego owada, dajac tym samym znak ze mlody jest wolny. Bulk usmiechnal sie szeroko chociaz wiedzial ze uszlo mu to tylko ze wzgledu na frakcje. Nie mniej smucil go troche fakt ze cywile wyraznie unikaja autobotow... Podal mlodemu dlon i wciagnal na gore. Mlody westchnal cierpietniczo i powlokl sie w strone z ktorej zielony przyszedl, po drodze jakby odniechcenia obejmujac mloda fembotke w talii. Bulkhed nie mogl sie pozbyc wrazenia silnej czulosci jaka emanowala ta dwojka. Dolaczyl do nich.
***

Smoke zapatrzył się w ścianę przytłoczony widzianymi scenami. On, jego koledzy, boty skrobiące ściany w nadziei na mały kruszec. ( chlip chlip wspomnienia z tfp takie piękne :"D Star skrobiący w ścianie w nadziei na kryształ energonu XD ) Czarne decepticony wyrywające każdy kryształ, kazy worek z energonem, każdy wózek. Decepticony tluczace bota który przyszedł z synkiem, malec kulący się w cieniu kamieni. Fembotka która młodej femie oddała ostatni ocalony kamień paliwa. Dwa giganty w bójce o ochłap który i tak poturlał się w stronę żebraka.

Nienawiść, strach, chęć zwycięstwa. Przetrwania.

- Wiesz że bumblebee doskonale zdaje sobie sprawę z nowych bogatych w surowiec kopalni? I że on wie które z nich dewastują decepticony? - Zapytał znów patrząc na zielonego.

- Tak ale...

- A czy on, rachet czy w ogóle którekolwiek z was ma zielone pojęcie co się w tych kopalniach dzieje?! Oczywiście że nic o tym nie wiecie! Bo siedzicie na tyłkach zamiast zainteresować się losem ściągniętych uchodźców! - z każdym zdaniem podnosił głos podkreślany gwałtownymi gestami - nie ustaliliście żadnego ustroju, żadnej gospodarki...żadnego wymiaru kary czy służby! Nic poza kolejnymi szpitalami i klinikami! A oni się tam zabijają o najmniejszą kruszynę energonu. I do tego są terroryzowani przez cony a wy nic z tym nie robicie, zamiast reakcji siedzicie nad tym głupim stołem i gracie w chińczyka pewni że lada chwila wymyślicie jakiś wspaniałomyślny plan wysadzenia ich wszystkich w jednym miejscu!

Odsapnął dopiero gdy May pogłaskała go po ramieniu ale nawet jej kojący gest nie obniżył mu ciśnienia. Bulk z kolei wpatrywał się w niego jak w łysy drążek hamulca który pojawił się znikąd, zaskoczony wybuchem młodego.

- Młody! Widać że nie uważałeś na lekcjach. Jeśli myślisz że dokładne zaplanowanie ataku jest takie proste to tylko pokazujesz swoje dzecinne podejście...

- No jasne - prychnął w odpowiedzi i zaczął wyliczać na palcach  - Bo przecież napewno musicie brać pod uwagę życie dziesiątek niewinnich żołnierzy, zapasy broni i paliwa, uwzględnić położenie terenu i najlepsze perspektywy walki, może jeszcze, nie wiem, podkład muzyczny?!

Wiedział że bulk mu nie odpowie, on tylko rozwalał.

- Bulk, powinniście popatrzeć na cybertronczykow. Naprawdę popatrzeć. Mam wrażenie że ich los was w ogóle nie obchodzi a przecież to o ich dom chcecie walczyć!

- Oczywiście że nie obchodzi! - Delikatny głos may wtrącił się do rozmowy - wczoraj w centrum Tyrest znowu doszło do pożarów i napaści. Decepticony uciekły po kanałach i zostawiły tylko płomienie i rannych. A czy któryś z legendarnych autobotow pojawił się na miejscu? Nie! Sami radziliśmy sobie z ogniem i nakładaniem lat.

- Mayvies... - Zaczął smoke widząc jak jej buzia wykrzywia się od gniewu.

- No co? Co? Wiem że tam nie jest bezpiecznie ale jak mam cały czas siedzieć w mieszkaniu? Tam przexciez są boty które znam! Znajomi i sąsiedzi, nie mogę się tak poprostu kryć kiedy cierpią... - Dodała cicho a smoke nie mógł się powstrzymać od przytulenia jej.

-  Takich sytuacji jest pełno - zaczął bulk - nie możemy być wszędzie, rachet i tak nie narzeka na ilość pacjentów.

- a byliście chociaż w jednym miejscu? - Naskoczył granatowy

- Mówiłem już nie mamy czasu! - Odpyskował whrecker

- Oczywiście...

- Ty wiesz, Arcee miała rację. Ta rozmowa nie ma sensu.

- Oczywiście że nie ma! - Krzyknęła may - Wy chcecie walczyć. Smoke nie. I trzy czwarte kolonistów też tego nie chce!

Poczym wstała z siedzenia i po chwili zniknęła za drzwiami sypialni.

Że smokrscreena jakby uleciała cała energia. Zmęczony przetarł palcami twarz gdy usłyszał dużego

- Ona przynajmniej jest szczera, nie to co ty - zielony skrzyżował spojrzenie z młodym - Nie powiedziałeś nam o swojej nowej dziewczynie - zrobił wymowną pauzę - Ani o matrycy.

- Optimus prosił by to zostało między nami - przerwał mu - Myślałem że kiedy już odzyskaliśmy Cybertron i nic nie wskazywało na porażkę to zdradzenie tego nie będzie już miało większego znaczenia. Oczywiście nie zrobiłbym tego gdydym wiedział że Bumblebee zachowa się jak zwykły zazdrośnik!

- Nie dziw się. Z optimusem byli bardzo blisko...

- A ja to niby nie?! - krzyknął rozloszczony. Widząc jak mina bulkheada zmienia się ze zdziwienia do podejrzliwości pożałował że dał się tak łatwo sprowokować.

- Matryca to wszystko co by mu po nim zostało - zielony powiedział powoli - Gdyby sprawy potoczyły się inaczej...

Smokescreen prychnął w odpowiedzi.

- Jakie sprawy? Matryca to nie pamiątka rodzinna! To wolny, potężny artefakt. Bumblebee nie ma żadnego prawa przywłaszczać jej sobie. Ani traktować mnie jak złodzieja!

- Gdybyś od początku był z nami szczery nie musiałby!

- Szczery? No proszę! Tak jakbym musiał wam się ze wszystkiego spowiadać! - warknął - Przypomnę ci tylko że zachowanie w tajemnicy tożsamości nowego strażnika leży w interesie żyjącego Prima. Tak więc, Optimus nie tylko o to zadbał ale też miał ku temu powody!

- Naprawdę? Dlaczego miałby ukrywać przed nami coś takiego?

Smokescreen musiał porządnie ochłonąć, oczyścić umysł żeby nie dać się znów wytrącić z równowagi.

- Jakie to ma znaczenie? Optimus przecież wszystko nam ładnie objaśnił - odpowiedział w końcu przywołując sztuczny uśmiech -  Matryca przepadła razem z nim. Koniec gry.

Przez przedłużającą się chwilę bili się spojrzeniem. W końcu zielony pokręcił głową ze smutkiem.

- Ciągle coś ukrywasz. Nie wiem, może rachet albo sam bee wymyślą co z tobą zrobić.

- Niczego nie ukrywam - skłamał gładko - chce tylko jakoś zapobiec przelewowi energonu.

Kiedy zielony bot nie odpowiedział ciągnął dalej.

- Odpowiedz bulk, tylko szczerze! Czy naprawdę nigdy nie zastanawiałeś się żeby załatwić ten konfilkt inaczej? Dyplomatycznie? Bez wojny, broni, bez gaśnięcia? Żeby zawrzeć pokój między nami?

- Nami? - Spytał retorycznie kwitując to rechotem - Decepticony to podłe wyrzutki, ofiary losu! Chcą tylko mordu i władzy. Zniszczenia. Takim nie przemówisz do rozsądku! Czym, dyplomacją?

Kolejny rechot. Młody bot który skrzywił nieco na same słowo "wyrzutki". Przecież wszyscy jesteśmy tej samej rasy.

- Smokescreen, Optimus był w tym naprawdę dobry. I jak to się mówi, miał złote serce. Naprawdę myślisz że przez tyle lat, nigdy nie próbował dojść do porozumienia?

- Może nie? Może nigdy nie próbował? Może nigdy tak naprawdę nie chciał albo nie potrafił?

- Nie próbował? Dzieciaku na własne oczy widziałem jak podał sobie z wiadroglowym rękę! Potrafiłby osła przekonać gdyby zaszła taka potrzeba.

- Więc z Megatronem można dojść do porozumienia... - mruknął cicho zagapiając się w ścianę. Nie wiedział jeszcze jaki nadać temu kształt ani skąd ale czuł że gdzieś zaczyna mu się kluć jakiś koncept...

- Smoke? Smokescreen! - Huknął zielony, zaskoczony młody spojrzał na rozmówcę - Nie mam pojęcia co rodzi się w tym twoim młodym łebku ale nikt nie chce żebyś zrobił jakaś głupotę.

- Ja? - Skrzywił się brzydko - To wy chcecie iść na czołówkę z setką wroga.

- Może ale dawaliśmy już sobie radę z większą hordą - odparł bulk krzyżując pięści poczym ciężka podniósł się do pionu - Zadzwoń jak zmienisz zdanie iczej ominie cię zabawa.

Smoke również się podniósł i odprowadził gościa pod drzwi. Zanim je za zielonym zamknął powiedział głośno

- Nie zmienię zdania.

***

***

Smokescreen...
Smokescreen...
Każdą  kolejną  głoskę jego imienia   podkreślały rozbłyski bieli. Oślepiające światło zakryło w końcu skaczący obraz, zalewajac jego pole widzenia. 
Eter zdawał sie napierac na niego swoją lepką ale wciaz nienamacalną masa. Strach  przed utonieciem wzial górę i ruszył przed siebie jakby uciekal przed samą żywą ściana ognia, choc w przestrzeni wyraznie doskwieral mu chłod.
Zwiekszyl obroty i mimo  wrazenia że biegnie w miejscu juz po chwili z impetem zderzyl się z przeszkoda. Biala...a moze przezroczystą?
Sciana zniknela rownie  szybko jak się pojawila a on upadl na kolana by rownie  szybko jak przypadek ściany stracic grunt pod nogami.
Czern  zderzyla sie z biela i zaczela go pochlaniac jakby od eonow nie żlopala oleju...
Stan nieważkosci przyprawial go o mdlosci i kiedy już prawie  zaczał modlic się  do Primusa o  zatrzymanie tej szalonej jazdy  dopiero  pojal ze    to   tylko sen.
Kolejny.  Pieprzony.  Sen.
Zaczal  napierac na Czern, szarpac  i  drapac  w desperackiej probie  obudzenia się.
Pomyślal o słodkiej twarzyczce May leżacej spokojnie w objeciach Morfeusza.
W jego ramionach.
I  błyskawicznie walnąl calym cialem o  twarda nawierzchnie. Sila  uderzenia momentalnie  go ogluszyla  a tloki... (odkrylam ze mam niejaki problem z  nieopisywaniem  robotow  jako robotow - dlatego niektorych opowiesci na  wattcie wrecz zazdroszcze)
Półprzytomny wstał i zabral się za intesywnie pocieranie prawego  barku ktory najmocniej ucierpial  w bliskim spotkaniu z podloga. Przerzucił więc uwagę z promieniujacego bolu  na  swiatelko  w tunelu  ktore rozbryslo  jakby znikad.
Z wciąż czarnej   przestrzeni wydobyla  się ciemna niebieska  mgła ktora jasniala  i  zmieniala  tonacje im bardziej zblizal  sie  do Światla.
W  koncu zamglenie uzyskalo przejzysta barwe lekkiego cyjanu i błekitu i z gracją zaczelo oplywac postument zdobiacy SamSrodekTegoNiczego. Smokescreenowi przyszly na mysl bialawe puchate obłoczki, owce albo chmury płynące po ziemskim niebosklonie. Albo rozowa wate cukrowa upierdliwie  oblepiajaca palce, zamsz siedzen i deske rozdzielcza...
Taką delikatnoscia wyroznialo się ow podwyzszenie i tylko to ostatnie skojarzenie powstrzymalo go od   ciekawskiego dotknięcia chmurkowej  postaci  kolumny.

Smokescreen...Smokescreen...
Wzdrygnal sie gdy szepty przypomnialy o sobie jeszcze bardziej nachalnym i syczacym tonem. Kolejne wspomnienie wypelnilo mysli Smokea, gniazdo zmij i bialy czlowiek bez nosa z kina samochodowego. Jednak przez rozjuszone glosy przebijal sie szum jakby w poblizu wartko plynela woda.
Smokescreen odwrocil sie probojac jak najwiecej dostrzec w polmrok ale nim zdazyl sie czemukolwiek przyjrzec w polmroku, postument znow przykul jego uwage.
Smokescreen!... Smokescreen!...
Glosy w koncu zaczely krzyczec, jakby znudzone jego bezczynnoscia a juz pochwili recytowaly cos w obcym dialekcie.
Teraz juz pamietal. Niezmieniony element kazdego ze snow.
Zaczela opanowywac go nieznosna ekstytacja i to zaczelo go tez przerazac.
Nad postumentem rozblyslo i zagrzmialo, chmurkowa kolumne wienczyla teraz rozpedzona w smuge kula bieli w ktorej leniwie unosila sie Matryca. Jej delikatny metalowy stelaz usiany byl w refleksy odbitego swiatla.
Ale zanim pierwsze glosy w jego glowie przestaly spiewac dolaczyly kolejne dospiewujac nowe wersy wielokrotnie konczone jego imieniem.
W calym tym upiornie peknym chorze przebilo sie jedno przerazone
***
Smokescreen! - wrzasnela wprostdo jego audioreceptora, co poskutkowalo jego...coz, naglym wybudzeniem.
Z impetem godnym rzuconego na duza odleglosc mlota rzucil sie do siadu, tracajac przy tym, wcale niedelikatnie, barkiem czolo Mayvies ktora nie mogla sie poszczycic wspanialym wojskowym refleksem. Mimo to niemal natychmiast po swoim bledzie odsunela sie na bezpieczna odleglosc lapiac za glowe.
Smokescreen natomiast wciaz niedokonca wiedzac gdzie jest i ciagle majac przed oczami wirujacy artefakt, widzac jak partnerka proboje zachowac resztki spokoju w meczenskiej pozycji momentalnoe stracil caly energon z twarzy.
- Uderzylem cie? - Pisnal z czystym przerazeniem - O moj boze. Uderzylem cie...!
Nachylil sie do niej w probie odsloniecia twarzy i zignorowal przy tym rozrywajacy ramie bol.
- Nie - powiedziala i dalej trzymala rece, zaslaniajac twarz - Nie...
Poczym glosno wybuchnela smiechem. Smokescreen rozszezyl optyki i zmartwiony do reszty w koncu usunal przeszkode z jej drobnych dloni. Zlapal ja pod policzki i trzymal mocno gdy cialo wpadlo w drgawki od smiechu zas na jej optykami szukal w mroku sypialni jakichkolwiek obrazen.
- Wariat jestes - parsknela i znow wpadla w glupawke. Smoke odechtnal glosno i przyciagnal do piersi rozbawiona fembotke po czym z jeszcze dluzszym westchnieciem oboje pociagnal na poslanie na co rama obojczyka zaprotestowala trzezczac glosno i atakujac jego uklad nerwowy.
W koncu w akopaniamencie dzwieczacego jak dzwoneczki smiechu May zapadl w jak najbardziej niespokojny sen.