niedziela, 17 września 2017

(GOTOWE)CZC 6 - Prime - czyli z czym to sie je...

Wyszedł z wiru w uliczce naprzeciw domu i przeciął ulicę, kierując się do swoich drzwi. Kiedy wszedł do salonu napotkał Mayvies która kuliła się na siedzeniach za stołem. Spojrzała na niego i zobaczył, że jest na granicy...płaczu. Właściwie cienkie stróżki płynu już zdobił jej policzki, krople w kącikach fotoreceptorów rozmywały strach i rozżalenie lśniące w tym bezkresnym cyjanowym świetle optyk. Jej niepokój i roztrzęsienie ścisnęły go mocno za iskrę, zakłuło jakby upchnięto jego światło w stalową obrączkę. Rozwarł ramiona robiąc krok naprzód a ona poderwała się z miejsca i przywarła do niego jakby ktoś znowu miał ich oddzielić od siebie. Zamknął ją w bezpiecznym uścisku silnych ramion i wyszeptał w ojczystym języku słowa pocieszenia.
- Nie możesz już płakać, ciii, przecież wróciłem.
Pchnięty impulsem położył dłoń na jej mokrej twarzyczce i zwarł swoje wargi z jej ustami. Pocałunek podpatrzony na Ziemi. Nawet jeśli fembotka się zdziwiła to nic nie powiedziała. Łącząca ich więź nie pozwalała jej pozostać bierną na taką pieszczotę. Kiedy po chwili oderwali się od siebie jej emocje, szczęście i ciepło, otuchą zlały się z jego spokojem i radością.

Jedną cudowną wieczność przerwał grymas konsternacji. Partnerka zabrała rękę z jego pleców, które chwilę temu oplatała i teraz przypatrywała się dłoni oblepionej energonem.

- Jesteś ranny! - krzyknęła. Chciał ją na dłużej zatrzymać, wzmocnił ucisk na jej obu dłoniach, ale wyrwała się i rzuciła do blatu szukając Primus wie czego, kazać mu usiąść na fotelach. Powlókł się więc i już zupełnie wyczerpany opadł na twarde siedzenie. Dopadła do niego i szmatką z płótna zaczęła wycierać szramę, która błyszczała od jego barku do niemal kręgosłupa. Nie mając żadnego doświadczenia miała tylko nadzieję, że rana nie jest głęboka.

- Wygraliście? - spytała bota po przeciągającej się w błogiej ciszy chwili. Machinalnie ścierała ciecz z rany i nie miała zamiaru zbyt szybko wytracać go z równowagi, czuła jak bardzo go coś niepokoi. Smoke odwrócił się do niej, ale ona unikała kontaktu wzrokowego.

- Nie - Cicho zaprzeczył. Czuł jak ręka jej się zatrzęsła, gdy jeszcze raz przetarła ranę. Odwrócił się do niej i znowu spojrzał na jej usta, przejęło go wspomnienie chłodu metalowej skóry, a jednocześnie żaru, ciepła z wewnątrz jej tryskającego życiem ciała. Obezwładniające uczucie styknięcia się z dwoma żywiołami w jednej postaci. Jeszcze na Ziemi nie pojmował idei całowania się. Ten organiczny typ, że swoimi dziwacznymi zwyczajami. Nie rozumiał jak tak młoda rasa mogła przez miliardy lat swojej ewolucji rozwijać taki wyraz uczuć, jak całowanie się, dotyk, pieszczotą, namacalną bliskość drugiego osobnika, kiedy równocześnie oni tylko mordowali swój gatunek spychając te stare instynkty potrzeby swojego dopełnienia w tej drugiej osobie i zastępując je prymitywna rządzą wygranej i mordu.

Zapatrzony w jej świecące oczy pogładził kciukiem jej policzek i złączył ich usta w jednym pocałunku. Gorejącym i gwałtowniejszym, już nie tak obiecującym i chroniącym jak pierwszy, ten wyrażał więcej z chęci posiadania siebie nawzajem. Jeszcze bliżej. Mayvies dołączyła się do zabawy zupełnie nie znając reguł, ale była dumna i szczęśliwa mogąc z nim dzielić te doznania.

Smoke wziął ją na ręce i nie rozdzielając ich warg dotarł z nią po omacku do pokoju sypialnego.

***

Gdy otworzył optykę wybudzony nagłym uczuciem niepokoju, w pierwszej chwili pomyślał o ponawiającym się o relikcie śnie. Podniósł się do pozycji siedzącej i dopiero zrozumiał, że winnymi pobudki są grzmoty przedzierające się przez ściany mieszkania. Rozejrzał się po pokoju i uspokojony dojrzał skuloną May jeszcze sekundę temu zapewne tulącą mu się boku. Wstał z płyty łoża i wymsknął się z mieszkania na mały plac na tyłach domu.

Na zewnątrz huki były rzecz jasna głośniejsze, ale stojące dookoła budynki zasłaniały wszystko. Tylko przez jedną ze stron nieba przebiegała gruba smuga pomarańczowego światła. Zdeterminowały podszedł do ścian swojego domu i wspiął się na dach. Pożałował, tylko że cybertrońska architektura stosowała tak zwane ślepe piętro, niezależnie od ilości wykorzystywanych kondygnacji, służące jedynie za ładny efekt wizualny z zewnątrz by bloki zdawały się jeszcze większe w tym wielkim świecie. Tak więc mieli dom jednopiętrowy, choć w rzeczywistości mogli korzystać tylko z parteru.

Kiedy już umościł się na dachu z widokiem na rozgrywającą się w mieście usłyszał z dołu natarczywe wołanie.

May stała pod domem i patrzyła na ukochanego z miną wysoce niezadowoloną. Zanim jednak zdążył poprosić ją by wróciła do łóżka ona już cała rozpromieniona pojawiła się nagle u jego boku na dachu. Tak jak on spojrzała w sam środek Tyrest które zajęte zostało przez ogień. Na horyzoncie też raz na jakiś czas dochodziło do silnych wybuchów.

- Dlaczego nie powiedziałeś, że on wrócił?! - powiedziała próbując przekrzyczeć ogłuszający hałas.

- Co? - spojrzał na nią myśląc, że się przesłyszał.

- On wrócił! - znowu krzyknęła - co niby mieliby tak świętować, jeśli nie jego powrót? Po co mieliby przejmować resztki ocalałych miast jeśli nie z jego rozkazu?

Speszony odwrócił wzrok. Uwielbiał w niej tą jej bystrość i szczerość płynącą z czystej wrodzonej dobroci. Wiedział, że sama poskłada te klocki, pewnie domyślała się wszystkiego od początku, ale spodziewał się, że jej ton zabrzmi jak oskarżenie.

- Nie chciałem cię martwić! I nie kłamałem przecież - skruszony znowu złapał jej spojrzenie - Ja to naprawie, May. Ja to wszystko mogę naprawić...

- Jak? - przerwała mu. Zabrzmiało to ostro, bardziej niż chciała a na pewno nie chciała go dobijać kłótnią. Ukrywał to wszystko, żeby ją chronić, zależy mu, żeby było dobrze. A teraz ogląda właśnie jak świat który razem z kompanami uratował z bagna, odmętów pustki, nad którym przelał energon znika spopielony w toni śmierdzącej beznadzieją i potopionymi marzeniami. Poświęcili siebie, by dać takim jak ona ich kraj, ich prawo, ich własny kąt. Teraz, naocznie przegrywają z chodzącą kwintesencją egoizmu i zniszczenia.

- Jak? - spytała jeszcze raz - wiem, że możesz, Smokescreen, możesz tam iść i spróbować. Ale czy potrafisz Smoke?

Na ostatnich słowach załamał się jej głos. Wzbierająca gorycz i rozpacz próbowała ukryć wtulając się w jego metalową klatkę piersiową. Zamknął ją poraź kolejny w uścisku próbując nie myśleć, że jego kochana fembotka cała drży w strachu i że już pogodziła się z sytuacją. Jakby lada moment z nieba miały zlecieć bomby rozrywając dwójkę tulących się samotnie na dachu botów na strzępki.

- Mayvies - wypowiedział jej imię tak poważnym tonem, że roztrzęsiona fembotka niemal natychmiast przestała pochlipywać w jego ramionach - Optimus Primę wybrał mnie na swojego następcę. Na kolejnego Strażnika. Rozumiesz?

Po dłużącej się chwili zadarła głowę, żeby zobaczyć czy jej kochany zawadiacki Smoke jednak nie żartuję. Patrzył przez nią, w jakieś niewidoczne dla niej wspomnienie i twarz miał ściągnięta w taką maskę opanowania, że niemal sama się go przeraziła.

~~~

Całym ciężarem ciała ciężko opierał się o stalowa poręcz. Szklany balkon był z naprawdę grubego szkła, ale nawet myśl, czy kryształowa podłoga wraz z balustradą nie popęka i nie zbije się na milion drobnych odłamków, spadających z siódmego piętra wraz z nim, nie należała do jego najpilniejszych zmartwień. Westchnął ciężko i głośno.

-
Miałem nadzieję, że uraz nie będzie sprawiał ci już większego bólu - poważny ton rozległ się za nim tak nagle, że o mało nie stracił równowagi robiąc piruet. Wysoki, szeroki w barkach autobot podszedł do niego i tak jak on omiótł spojrzeniem widok przed balkonem. Miasto pomimo opłakanego stanu wciąż lśniło złotem i raziło blaskiem.

-
Jak noga? - Spytał jeszcze raz.

-
Nie boli - usprawiedliwił się młody, wracając do swojej pozycji i odwrócił twarz od rozmówcy. Choć staw kolanowy wciąć rwał zmuszając go do odciążania prawej nogi nie miał zamiaru tego po sobie przyznać.

-
Będziesz miał dużo czasu, żeby odzyskać sprawność - starszy bot kiwnął głową jakby przejrzał jego zamiary. Świeżo upieczony żołnierz nie silił się na odpowiedź. Zły humor go dusił, wciąż był urażony i rozgoryczony. Tęsknota zżerała go jak rdza podwozie - To ogromny lud szczęścia, Smokescreen. Co, w takim razie uniemożliwia ci radość z niego?

Nadal nie śpieszył się z odpowiedzią.

-
Co to za szczęście? - Mruknął po minionej wieczności. Zrobił pauzę jakby chciał coś jeszcze dodać, ale zdobył się tylko na kolejne westchnięcie.

Optimus Primę widząc nieszczęśliwa minę młodzika zlustrował otoczenie i zdecydował się zejść z oficjalnego tonu.

-
Smokescreen - Zwrócił się cicho, tonem lekkim i z troską, ale ten wciąż unikał kontaktu - Wiem, że miałeś inne plany. Jednak przecież ucieczka wyszła ci spontanicznie, twoje miejsce jest tutaj...

-
Tutaj - Warknął młody - W piwnicy z kurzem i starcem, który nawet nie wie co to tuning.

-
Alphatrion nie zasłużył sobie niczym na twoją nienawiść - Zauważył starszy - Nie traktuj go... w ten sposób. To moja wina...

-
Owszem - Młody wszedł mu w zdanie - To ty miałeś mnie uczyć, obiecałeś!

-
Przykro mi. Ale Staruszek nauczy cię więcej, nauczy cię lepszych i mądrych rzeczy. Ze mną tylko byś się nauczył walczyć...

-
Ale ja chcę walczyć. Powinienem walczyć, iść na front jak moi przyjaciele! Powinienem - Zachłysnął się na chwilę - Powinienem lecieć z nią...

Primę położył obie dłonie na poręczy i ścisnął mocno.
Wyglądał jakby toczył jakąś wewnętrzną walkę. Ale jego w tej chwili to nie obchodziło. Wszystko, nad czym pracował, co osiągnął będzie przekreślone praca w archiwum. W archiwum!

-
Wiem, że tego byś chciał. Nie zdecydowałem, jednak że ukończysz Akademię po ty, abyś dokończył moją pracę. Wojna to moja praca. Ty, chłopcze, wykonasz o wiele lepszą. Wiem, że wszystko naprawisz - Wwiercał spojrzenie w młodego żołnierza, ale nie uzyskał odpowiedzi - To dobre życie, Smokescreen.
Smokescreen pokręcił głową z bezradności.

-
Chodzi o tą fembotke? - Zapytał Prime i uniósł jedną brew - Smokescreen, będziesz Primem i będziesz miał setki takich feme.

Zdawało mu się czy starszemu na końcówce głos się załamał? Zdawało, Optimusowi nie wkradłby się błąd w manierę.

-
Ta była wyjątkowa! - warknął Smoke, którego uwaga bardzo zabolała.

 Wtedy widział go poraz ostatni. Tylko świeże plotki i bieżące informacje o stanie wojennym przynosiły mu wieści o sukcesach i porażkach niedoszłego nauczyciela. Dopiero gdy trafił na Ziemię zobaczył go pierwszy raz od tysiącleci, było to tak niespodziewane, że nawet onieśmielenie jego osobą nie było udawane. O samym dziedzictwie praktycznie nie rozmawiali ani w skamieniałej bazie, ani po tym, jak uratował mu życie, przedłużył je...? Z wyjątkiem nielicznych "czy to nadal aktualne?", "nie jestem gotów" i "nie ma takiej potrzeby".

Teraz był pewien, że jest taka potrzeba...

~~~

Otworzyła buzię, ale natychmiast ją zamknęła. Smoke doskonale wiedział jakie pytania cisną się na jej drobne usta więc brnął dalej.

- Jeszcze, kiedy wojna na Cybertronie trwała w najlepsze. Wiedział, że Matryca wybierze mnie i zadbałby mnie do tej roli przygotowano. Na Ziemi, kiedy i tam walki osiągnęły szczyt a Optimus... Optimus został śmiertelnie ranny i gotów był oddać mi insygnium przywództwa.

- Przecież walczył tutaj... z Megatronem. Oddał swoje światło i swoje ciało poświęcając się dla ojczystego globu. Oddał życie w Studni. Tak mówiłeś - wyszeptała coraz bardziej skołowana. Wiedziała, że Smokescreen dzieli się z nią największym sekretem, czymś mistycznym co przyprawiało o zawroty głowy, ale czuł też jak te wiadomości uwalniają jakąś żywą energię, eksplozję iskierek. Nadzieję.

- I wszyscy byliśmy świecie przekonani, że zgodnie z jego ostatnimi słowami, Matryca Przywódca przepadła razem z nim - bot jakby otrząsnął się z tej aury, którą roztoczył i teraz pełni przytomny, z uczuciem spojrzał na partnerkę - Dla mnie to był zamknięty rozdział, Mayi. Kiedy... odkąd cię odnalazłem żadna z tamtych rzeczy nie ma znaczenia.

(GOTOWE)Cz 5 - Ratuj cwaniaczków...

Praktycznie od razu otoczył go wróg. Zaczął instynktownie walczyć z conami które stały najbliżej, ale ilekroć któryś padał to pojawiali się nowi. Coś ostrego z impetem rozerwało mu plecy. Ból i siła uderzenia popchnęły go na kolana a napierająca masa natychmiast spróbowała przygwoździć go do ziemi. Zebrawszy więcej sił Smoke poderwał się spod ciał i odczołgał między nogami Decepticonów zaliczając przy tym kopniaki i ciosy. Ktoś wpadł na niego i próbował zaciągnąć z powrotem albo może dobić, gdzieś w tłumie rozniósł się krzyk, cholernie znajomy. Bot kopnął na oślep i trafił przeciwnika w twarz. Dotarł do niewielkiego wzniesienia, głównie z gruzu i podciągnął się na kamlotach. Decepticony rzuciły się po niego, ale teraz zyskał przewagę wysokości. Raniąc kolejnego śmiałka zwrócił uwagę na pole bitwy. Ultramagnus niemal całkiem zasłonięty przez cielska wrogów, z jakaś chorą determinacją strzelał do celów. Trochę dalej walczył Bumblebee, ociekający energonem na lewym boku i wbitą w ramię siekierą, spod której tryskała posoka. Wiec to on krzyczał. Żółty bot tracił siły a Smoke widział, że Decepticony już tylko bawią się zwiadowcą raz po raz rzucając nim o glebę nie doznając przy tym własnych uszczerbków. Okrutne. I gdzie jest Ratchet?! Zastanawiał się Smoke - powinien już przy nim być!

Decepticony, które próbowały dorwać młodego bota w końcu odpuściły i zwróciły się ku lepszej zabawie. Ostatniego upierdliwca Smoke zdzielił jakimś prętem przez łeb i stoczył się on z górki przy wtórze trzasków.

Reszty Autobotów Smokescreen nie widział. Bulkheada, Wheeljacka ani Arcee. Nadal nie było Ratcheta, miał nadzieje, że stary medyk walczył tak dobrze, jak o tym wypominał i że nie leży już zgasły pod kopytami tego rozjuszonego stada. Że jeszcze wszyscy walczą.

Znalazł też to, czego szukał. Na tyłach bitwy największe z walczących Decepticonów trzymały w ryzach Predacona oplatając biednego gada łańcuchami. Na szczęście też nie daleko.

Smokescreen wyskoczył z pagórka i już na równej nawierzchni wylądował w trybie pojazdu. Na pełnym gazie ominął walczące bandy i dojechał do więzionego predacona. Pierwszy z conów odwrócił się w stronę pomruku silnika, ale nie zdążył się zorientować, kiedy mniejszy napastnik wbił mu w pierś krótki miecz aż po rękojeść.

Smokescreen z prędkością światła zostawił padające ciało i w tym czasie obezwładnił kolejne dwa. Pradawna bestia w tym samym momencie zatrzęsła cielskiem i rozłożyła ogromne skrzydła. Bot ucieszył się, że nie musiał ciąć grubych łańcuchów skoro gad nie był przywiązany i jednocześnie przestraszył się, gdy jaszczur stanąwszy na nogi odwrócił się i ponownie machnął skrzydłami.

- Ucieka! - krzyknął ze złością bot. Nie wiedząc nawet jak skoczył na gada i dopadając jego łba całą siłą i własnym ciężarem przygwoździł smoczą głowę do ziemi. Wściekły Predaking wydał z siebie mrożący energon wrzask i szarpnął się obnażając stalowe kły. Jeszcze bardziej rozzłoszczony Smokescreen prawie że wlazł na łeb bestii i zabijając ją spojrzeniem wrzasnął w odpowiedzi.

- Masz walczyć! - nie spuszczał z gadziego oka wzroku i nie żartował. Wymagało to od niego wielu sił, ale pokonał bestie w tym niemym pojedynku. Zamruczała gardłowo i ruszyła obciążonym łbem.

- Masz walczyć - powtórzył bot - Machaj skrzydłami nad wojskami Megatrona, pluj ogniem, ale nad nimi! Słyszysz? To ważne, bo tam wciąż są nasi. Musisz odgonić Decepticony, żeby mogli wstać i razem z nami uciec mostem. Zrozumiałeś? - Ostanie słowo niemal wysyczał do gadziego narządu słuchu. Ześlizgnął się na ziemie i obserwował jak predacon poderwawszy się do lotu zmuszał do odwrotu wrogich żołnierzy.

~~~

Klęcząc na jedno kolano pośród najwyższej ze stert gruzów twierdzy Helex Lord obserwował całe bitewne zajście. Śmiał się z cicha, kiedy widział jak każdy kolejny kolorowy Autobot ginął pod nawałem rozszalałej fali czarnych wojsk.

Nie zamierzał nic złego, kiedy podjął decyzje, by się tutaj zjawić. O decepticonach które chciały jego powrotu dowiedział się w błyskawicznym tempie i chciał tylko zobaczyć czy rzeczywiście jest ich tak wiele, jak mówiło się na Cybertronie. A w rzeczywistości było ich jeszcze więcej, co sprawiło mu niemałą przyjemność.

Otworzył jednak szerzej oczy, kiedy te opętane rządzą mordu decepticońskie jednostki rozpierzchły się w popłochu z lewego krańca bitwy. Zwracając tam swoją uwagę zobaczył bestie, Predakinga którego przez ostatnie kilka minut decepty dumnie więziły. Teraz cony uciekały w popłochu przed rozszalałą bestią, unikając stratowania przez szponiaste łapska i spalenia żywcem niemal żywą kolumną ognia wyplutą z trzewi blaszanego gada. Zaczął szukać winnego tego zajścia i spodziewając się dumnego Ultramagnusa lub chociaż bystrej niebieskiej dwukółki po raz kolejny doznał szoku.

- Optimus?! - wyszeptał.
Na już niemal całkiem opustoszałej z żywej iskry połowie placu po walce stał samotny Transformer. Patrzył na bestie potem na próbujące się do niego doczłapać wycieńczone Autoboty. Skąd, to nie może być on - otrząsnął się Lord. Tamten był niższy choć wśród kompanów do najniższych na pewno nie należał. Cały w brudzie i zdartym lakierze, tak bardzo, że prześwitywał jedynie bury granat pancerza, który też Lorda zmylił. Przede wszystkim zmyliła go jednak postawa Autobota. Wyprostowany z założonymi rekami roztaczał aurę dumy i władczości, pewności siebie. Z twarzą ściągniętą powaga, na pograniczu cichego zainteresowania i chłodnej obojętności.

Wyglądał jak mniejsza, mniej schludna wersja Optimusa Prima. Optimusa, który czekał aż jego niesforne owieczki, którym przyszło mu się opiekować znajdą do niego, pasterza, drogę. Bo to, co odróżniało młodego Autobota było malujące się w spojrzeniu politowanie i postawa, która zdradzała, że czuje się w tej roli pewnie i nie boi się owej odpowiedzialności. Na te myśl Lordowi znów zachciało się parsknąć śmiechem. Ileż to razy widział po optimusie ze rola jaka na siebie wziął wcale nie była dla niego tak naturalna i komfortowa jak to widziały po nim jego Autoboty.

Autoboty. Za plecami władczego młodzieńca otworzył się most i ranne, upokorzone i wyczerpane owce zniknęły w wirze, który zamknął się chwile po tym, jak ostatnia zniknęła końcówka ogona wlatującej wen bestii.

***
Autoboty wypadły z zielonego wiru i natychmiast większość padła na podłogę, żeby choć trochę zregenerować siły. Wheeljack wspierając Bumblebee doczłapał się do niskiej sofy i prawie delikatnie rzucił rannego na mebel, samemu siadając u podnóża i próbując złapać oddech. Knockout niemal od razu pojawił się obok zwiadowcy, biorąc się do roboty.
Ostatni i o własnych siłach wyszedł Smokescreen i zaraz obok wylądował blaszany gad.
- Wszystko w porządku? - Zapytał młody, kładąc dłoń na wielkim barku stworzenia. W odpowiedzi łypnął na niego wielką żółtą optyką i ze spuszczonym łbem poczłapał do przeciwległej ściany gdzie położył się z hukiem.
Z pyskiem schowanym między wyciągniętymi lapami wyglądał niemal jak zbity domowy zwierzak. Nijak nie przypominał dumnej zadowolonej bestii. Bot uparcie zwalił to na wyczerpanie po bitwie i wolał nie myśleć ze to z jego winy predacon zrobił się taki uroczo potulny...

- Hej! Cybertron do Smokescreena!
Okropny wrzask zmusił młodego bota do odwrócenia głowy w stronę jego źródła. Krzykaczem okazał się nie kto inny jak Ratchet którego Smoke leniwie zmierzył spojrzeniem. Doktorek wyglądał gorzej niż on po trzech dniach pracy w kopalni z rzędu. Jego niegdyś śnieżny lakier przeszedł w obrzydliwą szarość, lśniąca pomarańcz wygląda jak rdza a cała karoseria była cała w gnieceniach. Przez lewy policzek ciągnęła się brzydka szrama, z której powoli sączył się energon.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz do cholery!?
- Nie - odpowiedział Smokescreen szczerze i przeniósł wzrok na resztę wojowników zauważając ze swoim stanem nie różnią się zbytnio od doktora a widząc ze twarz tamtego wykrzywia furia nie mógł się powstrzymac - Co mówiłeś?
- Ratchet pytał się - wycedziła Arcee powoli podnosząc się z podłogi do pionu i wyraźnie utykając na jedna noge - C o.T y.TU. R o b i s z!?

Ryknęła tak głośno, że wszyscy poczuli, jak ściany auli zadrżały.
Smokescreen tylko zmiął przekleństwo. Szczerze nie miał najmniejszej ochoty dyskutować, dla niego cala sytuacja zwyczajnie zaczęła być absurdalna. Najchętniej już by wyszedł i wrócił do domu ale czuł, że jest to sprawa, którą muszą wyjaśnić.
Temat, który końcu muszą zamknąć.

- Co ja tu robie? Zdaje się uratowałem wam zderzaki - odpowiedział siląc się na beztroski ton.
- Tak jakby ktokolwiek cię o to prosił! - Prychnęła jak rozwścieczony kot. Smoke już otwierał usta ale uprzedził go wyjątkowo nieśmiały głos.
- Właściwie - Knockout podniósł niezgrabnie rękę - Ja go znalazłem...
Urwał, kiedy pięć autobotów jednocześnie zabiło go spojrzeniem. Spuścił głowę od razu poświęcając całą uwagę ranie Bumblebee.
- I bardzo słusznie - wtrącił poważnie Smoke stając w obronie czerwonego. Nie podobała mu się atmosfera, która stężała tak, że można by ją kroić nożem.
- A skąd! Nikt cię nie zapraszał do tańca - warknął Wheeljack ze swojego miejsca i przewiercając wzrokiem klatkę piersiową młodego gdzie została tylko obdrapana blizna - Nie potrzebujemy tu cywili, wynoś się!

Młody aż otworzył usta ze zdziwienia ale zamknął je momentalnie, gdy tylko twarz Arcee rozjaśnił triumf.
Poszukał spojrzeniem Bulkheada ale zamiast wsparcia zobaczył jak wielki zielony odwraca głowę.

- To żart? Nie wytrzymaliście tam nawet pięciu minut - wycedzil - Tylko z dobroci iskry zareagowałem. Ze względu na starą znajomość.
- Zbytek łaski

Bumblebee. Kto by pomyślał! Zbytek?!

- Nie myśl, że nie żałuje - powiedział siląc się na jak najzjadliwszy ton.
- Ja też - Ciche mrukniecie usłyszeli chyba wszyscy. Bee posłał wściekle spojrzenie czerwonemu.
- Coś. Mówiłeś?
- Mogę ci ją obciąć? - Odpowiedział Knockout wskazując na rozoraną rękę pacjenta, udając chorą fascynację.
- Zamknij się! - Zakrzyczał go Ratchet. Smoke aż się zachłysnął.
- Nie wrzeszcz na niego! - Ryknął na doktora widząc jak czerwonemu wciąż czerwone źrenice rosną do rozmiarów spodków. Jak on śmiał traktować w ten sposób biednego Knockouta? Lekarza! I osobę tak niestabilną... społecznie - Od kiedy autoboty zachowują się jak ostanie szuje?! Myślisz ze kopanie go w zderzak tylko wzmocni zaufanie? Megatron wrócił doktorku! Za chwile poleci pod tron błagać o przebaczenie - Ciągle nie schodził z tonu.
- Proszę cię...
- Proszę cię?! Jasne! Pewnie byłby więcej wart, gdyby decepticony choć trochę oberwały od was po głowach ale oczywiście, pewnie zadrapaliście im tylko blachę, o ile w ogóle, więc najpewniej sami sobie świetnie poradzą z polerką! - Krzyknął wściekły jednocześnie posyłając przepraszające spojrzenie Knockoutowi. Ten jednak nie sprawiał wrażenia zbyt urażonego, ba nawet na ustach błądził mu uśmieszek co tylko potęgowało niechęć na twarzy żółtego zwiadowcy.
- Przestań się rządzić szczeniaku! - Ryknął wytrącony z równowagi Ultramagnus.

Sala znów za drażała a od tubalnego echa, jakie opanowało pomieszczenie nawet Predaking jeszcze bardziej nakrył się skrzydłami. Stary robot wstał chwiejnie a optyka zdawało się miotała piorunami na wszystkie strony a te trafiały rykoszetem w niegdysiejszego autobota.
Tylko ślepiec mógł nie zauważyć kontrastu pomiędzy obiema sylwetkami. Stary Transformer, doświadczony żołnierz i komandor stal w opłakanym stanie próbując bezskutecznie zasłonić wyrostka doswiadczeniem ale z trudem wyprostowana sylwetka tylko potęgowała żałosny widok.
Młody bot. Umiejętny, bystry i śmiertelnie poważny. Cały w brudzie, z założonymi rekami i prosty jak struna, pomimo niższego wzrostu zdawał się wypełniać całe pomieszczenie.
Nie było wątpliwości, który z nich wygrywał w tym kuriozalnym pojedynku. A fakt ten tylko wzmacniał nienawiść i zazdrość w Iskrach starych towarzyszy.

- Ja się nie żądze - powiedział młodzieniec przerażającą cichym glosem - Wy, to inna sprawa. Dlaczego mam wrażenie, że śmierć Optimusa była ci na rękę? Kiedy odszedł, podobnie jak Megatron jakoś szybko pogodziłeś się z obowiązkiem zadbania o Cybertron...
- Jak śmiesz! - krzyknął Magnus ale Smoke wszedł mu w słowo.
- A śmiem! Lubisz trzymać rękę na pulsie, co? Podoba ci się, że nie pada już na ciebie jego cień?

Komandor miał jeszcze dość werwy, żeby zerwać się z podłogi. Jednym susem niczym pantera znalazł się przy młodym i wymierzył cios pięścią w policzek. Młody upadł ale tylko na jedno kolano. Spodziewał się tego. Sprowokował go i nie miał zamiaru się bronić. Chciał dać lekcje. Im wszystkim.
Żaden z autobotow nie pomógł mu wstać, Bulk stał jak sparaliżowany i nikt nie kwapił się, żeby odciągnąć oficera od niego. Młody wstał powoli i nie przestając rzucać Magnusowi spojrzenia pełnego satysfakcji, splunął mu zebranym energonem pod nogi.

- I wszystko jasne... - skomentował Knockout stając na równe nogi jakby zaszła w nim jakaś zmiana ale Komandor natychmiast odwrócił się do czerwonego i, jak Smokescreen się domyślił, posłał medykowi tak zabójcze spojrzenie, że tamten z powrotem się skulił.
Młody tylko uśmiechnął się i po chwili, nie mogąc się powstrzymać, zaczął się po prostu niewesoło śmiać.
- Nie potraficie myśleć samodzielnie, nie radzicie sobie bez Optimusa!
- Ah, tak? - Zapowietrzył się Rachet - Doskonale radzimy sobie z Primem i bez niego, doskonale poradziliśmy sobie s a m i kiedy siedział z amnezja na i c h statku! - Krzyknął jednoznacznie -wskazując Knocka palcem - I teraz tez świetnie sobie radzimy!
- Naprawdę wątpię, czy by pochwalił te sytuacje i kilka poprzednich...
- Nie wiemy co by zrobił, bo go tu nie ma! - Krzyknęła Arcee.
- I to jest problem, złotko! Na siłę probujecie robić to, co on. Być jak on. Smoke ma racje, jesteście jak marionetki, Optimus wam nie rzuci rozkazu a wy już gubicie się we własnych wymysłach... - Zaczął nieśmiało Knockout.
- Nie jesteśmy niczyim marionetkami, w przeciwieństwie do was decepticonów - wysyczała do czerwonego, na co wzruszył ramionami.
- Otóż to! - Zawarczał stary medyk - Bardzo dobrze radzimy sobie sami, nazywasz nas marionetkami? Nie potrzebowaliśmy lalkarza, żeby mówił nam jak mamy odzyskać Prima, kiedy stracił pamięć! A odzyskaliśmy go.
- Z tego, co słyszałem, autorem pomysłu był Jack. A i to on otrzymał Klucz, to też słyszałem - odpowiedział Smoke beznamiętnie i uśmiechnął się rozbrajajaco - Czy to o czymś nie świadczy? Optimus najwyraźniej... Nie był do was przekonany...
- Bzdura! - Bumblebee.
- Dość! - Warknął medyk autobotów - Ostatni raz to powtarzam. Przestań się rządzić!
- Ja się nie rządzę - odparł spokojnie - Ale zamierzam to zmienić w niedalekiej przyszłości. Bo widząc wasz płytki poziom i idiotyczne pomysły, mam pewność, że ta planeta długo nie pociągnie...
- A co TY możesz zrobić dla niej? Dla nas? - Wydusił Bumbee przez śmiech wyrywając się spod rąk medyka, nie dbając o wciąż otwarte rany.
- Dla was? - Odparł tonem przesyconym niemal odraza - wam nic już nie pomoże. Ale bez względu na wasz wątpliwy stan psychiczny nie zamierzam zaprzepaścić szansy, jaką Optimus dal tej planecie! I zrobię wszystko, żeby chronić ją przed takimi jak wy.

Ostanie słowa już zagłuszył natrętny chór w głowie.
Już rozumiał co mu intonuje. Już wiedział co musi zrobić. Wiedział z kim. Wyraźnie to widział. Cel, plan. Konsekwencje.
Ale czy cel nie uświęca środków...?
Zanim jednak na dobre się stąd wyniesie, musi zabrać ze sobą jedną ważną rzecz. Dopóki Knockouta nie ma w pobliżu...

***

Starscream sapnął poirytowany i skulił się za powalonymi kamieniami. Oczywiście, że przeczekał całą bitwę schowany, bezpieczny, za gruzami!
Nie miał ochoty dostać się w łapy tej głupiej bestii.
Resztki, decepticonów zbierali towarzyszy i rozglądali się zdezorientowali po innych.
- Świetnie - skrzyknął i wychylił się z kryjówki, wiedząc, że zagubione cony będzie łatwiej przekonać.

- Decepticony! - Zaskrzeczał, sunąc powoli w stronę braci ale cofnął się, gdy kilku z pierwszych rzędów zbliżyło się do niego z chęcią mordu.
- Hehea! - Zająknął się, nie wiedząc jak tym razem ratować skórę. Wybawienie nadeszło z najmniej oczekiwanej strony. Przez niebo przeleciał bezszelestnie cybertroński myśliwiec i transformował nad ziemią - Ha, Decepticony! To... Ha, to jest prawdziwy Lord!
Wrzasnął wskazując szponem Megatrona.


sobota, 16 września 2017

(GOTOWE)CzC 7 - W poszukiwaniu porozumien

Odkąd cię odnalazłem, żadna z tamtych rzeczy nie ma znaczenia.

Jego własne słowa wciąż brzmiały mu w procesorze. Kłamał. Musiał.

Zaniósł partnerkę do sypialni, został z nią, póki nie zasnęła i nie miał tej pewności.

Ale każda minuta zwłoki paliła go, drażniła, szarpała. Uderzała jak młotem w strunę egoizmu, tego poczucia by zadbał o własne szczęście.

Nucąc jej, patrząc jak zamyka powieki, zrozumiał słowa Aplhatriona.

Żadnej kobiety nie możesz nazwać swoją, posiąść jej na własność. To jedno z tysięcy cennych świateł, którymi przyszło ci się troszczyć. Jedno z tysięcy, o których szczęście kazano ci zadbać.

Na ulicy transformował się w cybertroński czterokołowiec i z cichym pomrukiem pomknął w długą podróż poprzez noc.

Jak o wiele łatwiej byłoby skorzystać z mostu kosmicznego! Jedno połączenie, do Bulka albo nawet Knockouta i byłby na miejscu. Ale o ileż niebezpieczne. Gdyby któryś tylko zorientował się dokąd prowadza podane współrzędne zaraz zaczęliby pytać. Krzyczec, odciągać od pomysłu. Grozić, błagać.

A teraz nie potrzebował zamieszania, zwłaszcza w głowie. Potrzebował paliwa, siły, żeby uwierzyć, że to, co robi jest normalne i słuszne. Jest słuszne. Prawda? "Posłuchaj przede wszystkim siebie, posłuchaj tutaj" głos May poniósł się po jego głowie. Nie wiedział już, czy ukochana łagodzi jego troski, które na pewno oplatają ją jak lepkie macki, czy też naszło go wspomnienie jej rady, którą wyszeptała mu, zanim zeszli z dachu. Położyła mu dłoń na piersi, na Iskrze i powiedziała "Posłuchaj tutaj, i podejmij własną decyzję. Może dobrą a może zła. Ale własną".

Wyjechał daleko poza obrzeża a elektryczność na świecie była skąpa toteż autostrada tonęła w mroku. Skupił się wiec na współrzędnych z rejestru map. Jazda do stolicy decepticonów zajmie mu jeszcze kilka godzin. Dodał gazu chcąc dotrzeć tam, zanim noc się skończy.

Światła Kaonu rozbłysły na horyzoncie i Smokescreen poczuł się pewniej. Samemu w ciemności i ciszy nocy można dać się zeżreć wątpliwościom. Wjechał przez zachodnią bramę miasta i zwolnił, zwinnie omijając rozsypane na ulicach gruzy i śmieci. Kaon wyglądał tak jak zawsze, jak żywcem wyciągnięty z ziemskiego obrazka o tym dole ognia nazywanym przez ludzi piekłem.

Paliły się lampy a ich pomarańczową barwę potęgował ogień rozsiany po gruzowiskach i dym. Femme kryły się w budynkach i ich bramach, co niektóre chowając w ramionach pomniejsze formy, które początkowo bot wziął za minicony. Ale nie, one trzymały młode. Gdyby mógł pokręciłby głową z dezaprobatą. Dlaczego wracały na stare śmieci z nowym życiem skoro w miastach typowa zajętych przez autoboty jest sielanka? Decepticony wylegali na ulice, strzelając po ścianach i w niebo. Wrzeszczeli i skandowali jedno "Lord! Lord!". Powrót Pana tak jak mówił Bulkhaed. W atmosferze uwielbienia i euforii dało się wyczuć oczekiwanie. Im dalej wjeżdżał do centrum miasta tym napięcie było silniej odczuwalne.

Byli jak ta zgraja zagłodzonych i wściekłych futer nazywanych psami, które na ziemi rzuciły się na niego i Jacka, gdy ten chciał pokazać mu skarby na ludzkich złomowiskach. Smoke był pewien, że gdyby Megatron dal tym zgrajom znak ustawiliby się potulnie w rzędy armii i ruszyli spalić autoboty żywcem.

Zahamował dopiero pod schodami gmachu, który podczas wojny służył jako sztab główny i główna twierdza Lorda Megatrona zaraz obok Darkmount. Smokescreen nie musiał uważać na wykładach Ratcheta, żeby wiedzieć, że ten krył się w budynku. Pod drzwiami nie czyhał żaden strażnik więc bot stanął na nogi i pewny siebie wszedł do głównego holu w budynku. Niemal natychmiast skierowały się na niego wszystkie lufy. Nie zatrzymał się, tylko trochę zwolnił.

- Zaprowadzić mnie do Lorda! Natychmiast! - zakrzyknął głosem, jak miał nadzieję, rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Tak jak uczuli w Gwardii. Rzucił deceptom pod nogi swoją luźną broń (dwa karabinki blasterowe i nóż) pozwolił się przeszukać i jeszcze raz pogonił ochroniarzy, którzy we czwórkę zabrali go na spacerek przez ogromną twierdzę. Nim dotarli do pokoi Władcy Conów minęli szyby okien i młody z przerażeniem stwierdził, że niebo jaśnieje.

W tym czasie żołnierze otworzyli dwuskrzydłowe drzwi, które sapnęły w zawiasach po latach nieużytku. Wpuścili Smokescreena do środka i zobaczył on podłużny holostół na środku pokoju a naprzeciw trzy wysokie okna, boleśnie przypominające o umykającym czasie, i Lorda stojącego tyłem do otwartych drzwi. Kiedy decepty zniknęli zamykając pokój Lord Megatron obrócił się w stronę gościa a na jego twarzy pojawił się grymas zaintrygowania. Młody widział jednak po oczach, że stary dowódca go nie rozpoznał. To nic.

Smokescreen pewnym krokiem podszedł do ogromnego Cybertrończyka i z kieszeni lewej ręki, nie tej zazwyczaj uzbrojonej, wyjął dobrze ukryty zmieniacz fazy.

- Nie kojarzysz mnie. Nie szkodzi. Ale na pewno pamiętasz to - Rzeczywiście, Megatron uniósł brwi na potwierdzenie, ale doświadczenie mówiło mu, żeby dał młokosowi dokończyć - Byłem w drużynie Optimusa Prima. Tej na ziemskiej planecie. To ja podkradłem ci klucze omegi.

- Tak przypominam sobie - powiedział leniwie biorąc zmieniacz w oszponiona dłoń - Miałeś jeden schowany w trzewiach. Impulsywny, aczkolwiek inteligenty, utalentowany i efektowny zawodnik. Czego zatem szukasz sługusie prima?

- Porozumienia - lekki uśmiech schował się w kącikach jego ust w odpowiedzi - Nie jestem niczyim sługusem. I nie ma już Optimusa, komu jak komu, ale tobie nie umknąłby taki drobiazg.

Powiedział to i to z uśmiechem. "Optimusa nie ma. Nie wróci. Nie żyje. Zgasł". Przełknął tę gorzką pigułkę i odebrał z rąk Lorda niewinny gadżet, który ten oddał mu spoglądając na niego z zainteresowaniem.

***

Megatron wybuchł ochrypłym śmiechem. Smoke'owi przywiodło to na myśl psychopatyczny rechot, ale był tak ujmująco zabawny, że sam uniósł kąciku ust w uśmiechu.

- Pomyśleć... - M zachłysnął się na chwile i szponem otarł spod optyki nieistniejąca łzę - Pomyśleć, że kiedyś nagadałem podobnych bzdur Optimusowi - nadal chichocząc zaczął Smokowi tłumaczyć - Kiedyś stracił swoja tożsamość Prima i pamięć. Wmówiłem mu, że winę za stan Cybertronu ponosi Ratchet.

Znowu zaniósł się śmiechem. Młody nie mógł wyjść z podziwu, ze Wielki M może zgrywać takiego śmieszka. Były lord zamyślił się z szerokim uśmiechem na twarzy.

- Pogoń szalonego doktora za władzą trwa - wyszczerzył się jeszcze szerzej ukazując rząd kłów i zaczął chichotać - Tak to leciało! Pamiętam jakby to było wczoraj. Zaklinał się, że rozprawi się z Ratchetem, za te zbrodnie. Wtedy uważał się za Oriona... ciekawym co teraz powiedziałby, gdyby zobaczył, do jakiej sytuacji doprowadziły jego psy.

Smokescreen musiał przyznać, że skojarzenie Megatrona naprawdę było na miejscu. Uśmiech zszedł mu jednak z twarzy.

- Zapewne teraz przewracałby się w grobie. Gdyby w jakimś leżał...

Przerwał zmieszany. W żadnym wypadku nie chciał obrażać Optimusa. Nigdy tego nie zrobił i nie chciał tego zmieniać, rzucając obelgi teraz po jego smierci. To cios poniżej pasa i świństwo. A on miał do Optimusa Prime sporo szacunku.

Megatron zaciekawiony jego propozycją zaprosił go do stołu i zachęcił do rozmowy. Z każdą minutą jednak Smoke czuł się coraz mniej pewnie, im bardziej nakreślał sytuację. Czuł się nawet jak dzieciak, który poleciał z płaczem do nauczyciela, bo koledzy podstawili mu nogę. "Plose, Pana, bo oni som oklopni i psujom wsytko". Dodatkowo Megatron miał w sobie coś takiego co nakazywało mu schować się choć trochę pod stół. Słowem nie miał w sobie jakiegoś magnetyzmu i rodzinnego ciepła, którym emanował Optimus.

Przed faktycznym schowaniem się przed wzrokiem Lorda albo jak najszybsza ucieczka, podtrzymywał go jedynie fakt, ze Lord Megatron podszedł do problemu na poważnie. Oczywiście, czego mógłby się spodziewać po gościu, który całe życie poluje i dąży właśnie do takiej okazji? Dla Władcy Conów to właśnie rozbita drużyna Autobotów, brak ich lidera i przynajmniej kilkaset przygotowanych do walki decepticonskich żołnierzy, bez realnego zagrożenia ze strony kogoś jeszcze kogo świerzbią rączki na władzę - to wszystko jest jak wygranie miliona w toto lotka.

Dla Smokescreena to wszystko było bardzo oczywiste.

Jednak ciągle denerwował się jednym. Tematem Matrycy.

***

O młodym mechu dowiedział się już dość, by zainteresować się jego zdaniem. Wiedział, że bot był absolwentem Elitarnej tak więc od razu rozpoznał skąd w młodym tyle charyzmy, wyprostowana sylwetka i żyłka do konkretów.

Autobot - choć jak już teraz wiedział tylko bot - Doskonale ukrywał zmieszanie i biła od niego pewność siebie. Mówił do rzeczy, stawiał warunki, nie dawał sobie wejść na głowę.

Megatron połączył całą jego mimikę i mowę ciała oraz ton, z tym samym władczym Autobotem, którego widział w Helex.

Urodzony przywódca.

- Rozumiem, że o zmarłych się złe nie mówi - przerwał cisze - Nie będę ukrywać, ze zachowanie Autobotow specjalnie mnie dziwi. Optimus zawsze świecił przykładem, że każdy może być taki jak on. Prawda jest taka, że nikt nigdy nie będzie kimś innym. A Autoboty mają tyle tupetu, by myśleć, że mogą zająć jego miejsce. To jedynie wina złego przykładu i układania się cóż, z pospólstwem. No bo, spójrz tylko. Czy któryś z decepticonów próbował być mną? Za bardzo się boją, fakt, ale ten strach właśnie utwierdza ich tylko w przekonaniu, że nigdy nie utrzymają stołka. Nie tak, jak ja.

- Starscream. Starscream próbował...

- Och - Machnąłem reka - To tylko przypadek kliniczny. A teraz powiedz mi tylko, co ja mam z tym zrobić?


~~~

- Co ty masz z tym zrobić... - Smokescreen powtórzył jak echo. Czas wyłożyć ostatnią kartę.

Sprzedać ciało.