Decepticony, które próbowały dorwać młodego bota w końcu odpuściły i zwróciły się ku lepszej zabawie. Ostatniego upierdliwca Smoke zdzielił jakimś prętem przez łeb i stoczył się on z górki przy wtórze trzasków.
Reszty Autobotów Smokescreen nie widział. Bulkheada, Wheeljacka ani Arcee. Nadal nie było Ratcheta, miał nadzieje, że stary medyk walczył tak dobrze, jak o tym wypominał i że nie leży już zgasły pod kopytami tego rozjuszonego stada. Że jeszcze wszyscy walczą.
Znalazł też to, czego szukał. Na tyłach bitwy największe z walczących Decepticonów trzymały w ryzach Predacona oplatając biednego gada łańcuchami. Na szczęście też nie daleko.
Smokescreen wyskoczył z pagórka i już na równej nawierzchni wylądował w trybie pojazdu. Na pełnym gazie ominął walczące bandy i dojechał do więzionego predacona. Pierwszy z conów odwrócił się w stronę pomruku silnika, ale nie zdążył się zorientować, kiedy mniejszy napastnik wbił mu w pierś krótki miecz aż po rękojeść.
Smokescreen z prędkością światła zostawił padające ciało i w tym czasie obezwładnił kolejne dwa. Pradawna bestia w tym samym momencie zatrzęsła cielskiem i rozłożyła ogromne skrzydła. Bot ucieszył się, że nie musiał ciąć grubych łańcuchów skoro gad nie był przywiązany i jednocześnie przestraszył się, gdy jaszczur stanąwszy na nogi odwrócił się i ponownie machnął skrzydłami.
- Ucieka! - krzyknął ze złością bot. Nie wiedząc nawet jak skoczył na gada i dopadając jego łba całą siłą i własnym ciężarem przygwoździł smoczą głowę do ziemi. Wściekły Predaking wydał z siebie mrożący energon wrzask i szarpnął się obnażając stalowe kły. Jeszcze bardziej rozzłoszczony Smokescreen prawie że wlazł na łeb bestii i zabijając ją spojrzeniem wrzasnął w odpowiedzi.
- Masz walczyć! - nie spuszczał z gadziego oka wzroku i nie żartował. Wymagało to od niego wielu sił, ale pokonał bestie w tym niemym pojedynku. Zamruczała gardłowo i ruszyła obciążonym łbem.
- Masz walczyć - powtórzył bot - Machaj skrzydłami nad wojskami Megatrona, pluj ogniem, ale nad nimi! Słyszysz? To ważne, bo tam wciąż są nasi. Musisz odgonić Decepticony, żeby mogli wstać i razem z nami uciec mostem. Zrozumiałeś? - Ostanie słowo niemal wysyczał do gadziego narządu słuchu. Ześlizgnął się na ziemie i obserwował jak predacon poderwawszy się do lotu zmuszał do odwrotu wrogich żołnierzy.
~~~
Klęcząc na jedno kolano pośród najwyższej ze stert gruzów twierdzy Helex Lord obserwował całe bitewne zajście. Śmiał się z cicha, kiedy widział jak każdy kolejny kolorowy Autobot ginął pod nawałem rozszalałej fali czarnych wojsk.
Nie zamierzał nic złego, kiedy podjął decyzje, by się tutaj zjawić. O decepticonach które chciały jego powrotu dowiedział się w błyskawicznym tempie i chciał tylko zobaczyć czy rzeczywiście jest ich tak wiele, jak mówiło się na Cybertronie. A w rzeczywistości było ich jeszcze więcej, co sprawiło mu niemałą przyjemność.
Otworzył jednak szerzej oczy, kiedy te opętane rządzą mordu decepticońskie jednostki rozpierzchły się w popłochu z lewego krańca bitwy. Zwracając tam swoją uwagę zobaczył bestie, Predakinga którego przez ostatnie kilka minut decepty dumnie więziły. Teraz cony uciekały w popłochu przed rozszalałą bestią, unikając stratowania przez szponiaste łapska i spalenia żywcem niemal żywą kolumną ognia wyplutą z trzewi blaszanego gada. Zaczął szukać winnego tego zajścia i spodziewając się dumnego Ultramagnusa lub chociaż bystrej niebieskiej dwukółki po raz kolejny doznał szoku.
- Optimus?! - wyszeptał.
Na już niemal całkiem opustoszałej z żywej iskry połowie placu po walce stał samotny Transformer. Patrzył na bestie potem na próbujące się do niego doczłapać wycieńczone Autoboty. Skąd, to nie może być on - otrząsnął się Lord. Tamten był niższy choć wśród kompanów do najniższych na pewno nie należał. Cały w brudzie i zdartym lakierze, tak bardzo, że prześwitywał jedynie bury granat pancerza, który też Lorda zmylił. Przede wszystkim zmyliła go jednak postawa Autobota. Wyprostowany z założonymi rekami roztaczał aurę dumy i władczości, pewności siebie. Z twarzą ściągniętą powaga, na pograniczu cichego zainteresowania i chłodnej obojętności.
Wyglądał jak mniejsza, mniej schludna wersja Optimusa Prima. Optimusa, który czekał aż jego niesforne owieczki, którym przyszło mu się opiekować znajdą do niego, pasterza, drogę. Bo to, co odróżniało młodego Autobota było malujące się w spojrzeniu politowanie i postawa, która zdradzała, że czuje się w tej roli pewnie i nie boi się owej odpowiedzialności. Na te myśl Lordowi znów zachciało się parsknąć śmiechem. Ileż to razy widział po optimusie ze rola jaka na siebie wziął wcale nie była dla niego tak naturalna i komfortowa jak to widziały po nim jego Autoboty.
Autoboty. Za plecami władczego młodzieńca otworzył się most i ranne, upokorzone i wyczerpane owce zniknęły w wirze, który zamknął się chwile po tym, jak ostatnia zniknęła końcówka ogona wlatującej wen bestii.
***
Autoboty wypadły z zielonego wiru i natychmiast większość padła na podłogę, żeby choć trochę zregenerować siły. Wheeljack wspierając Bumblebee doczłapał się do niskiej sofy i prawie delikatnie rzucił rannego na mebel, samemu siadając u podnóża i próbując złapać oddech. Knockout niemal od razu pojawił się obok zwiadowcy, biorąc się do roboty.
Ostatni i o własnych siłach wyszedł Smokescreen i zaraz obok wylądował blaszany gad.
- Wszystko w porządku? - Zapytał młody, kładąc dłoń na wielkim barku stworzenia. W odpowiedzi łypnął na niego wielką żółtą optyką i ze spuszczonym łbem poczłapał do przeciwległej ściany gdzie położył się z hukiem.
Z pyskiem schowanym między wyciągniętymi lapami wyglądał niemal jak zbity domowy zwierzak. Nijak nie przypominał dumnej zadowolonej bestii. Bot uparcie zwalił to na wyczerpanie po bitwie i wolał nie myśleć ze to z jego winy predacon zrobił się taki uroczo potulny...
- Hej! Cybertron do Smokescreena!
Okropny wrzask zmusił młodego bota do odwrócenia głowy w stronę jego źródła. Krzykaczem okazał się nie kto inny jak Ratchet którego Smoke leniwie zmierzył spojrzeniem. Doktorek wyglądał gorzej niż on po trzech dniach pracy w kopalni z rzędu. Jego niegdyś śnieżny lakier przeszedł w obrzydliwą szarość, lśniąca pomarańcz wygląda jak rdza a cała karoseria była cała w gnieceniach. Przez lewy policzek ciągnęła się brzydka szrama, z której powoli sączył się energon.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz do cholery!?
- Nie - odpowiedział Smokescreen szczerze i przeniósł wzrok na resztę wojowników zauważając ze swoim stanem nie różnią się zbytnio od doktora a widząc ze twarz tamtego wykrzywia furia nie mógł się powstrzymac - Co mówiłeś?
- Ratchet pytał się - wycedziła Arcee powoli podnosząc się z podłogi do pionu i wyraźnie utykając na jedna noge - C o.T y.TU. R o b i s z!?
Ryknęła tak głośno, że wszyscy poczuli, jak ściany auli zadrżały.
Smokescreen tylko zmiął przekleństwo. Szczerze nie miał najmniejszej ochoty dyskutować, dla niego cala sytuacja zwyczajnie zaczęła być absurdalna. Najchętniej już by wyszedł i wrócił do domu ale czuł, że jest to sprawa, którą muszą wyjaśnić.
Temat, który końcu muszą zamknąć.
- Co ja tu robie? Zdaje się uratowałem wam zderzaki - odpowiedział siląc się na beztroski ton.
- Tak jakby ktokolwiek cię o to prosił! - Prychnęła jak rozwścieczony kot. Smoke już otwierał usta ale uprzedził go wyjątkowo nieśmiały głos.
- Właściwie - Knockout podniósł niezgrabnie rękę - Ja go znalazłem...
Urwał, kiedy pięć autobotów jednocześnie zabiło go spojrzeniem. Spuścił głowę od razu poświęcając całą uwagę ranie Bumblebee.
- I bardzo słusznie - wtrącił poważnie Smoke stając w obronie czerwonego. Nie podobała mu się atmosfera, która stężała tak, że można by ją kroić nożem.
- A skąd! Nikt cię nie zapraszał do tańca - warknął Wheeljack ze swojego miejsca i przewiercając wzrokiem klatkę piersiową młodego gdzie została tylko obdrapana blizna - Nie potrzebujemy tu cywili, wynoś się!
Młody aż otworzył usta ze zdziwienia ale zamknął je momentalnie, gdy tylko twarz Arcee rozjaśnił triumf.
Poszukał spojrzeniem Bulkheada ale zamiast wsparcia zobaczył jak wielki zielony odwraca głowę.
- To żart? Nie wytrzymaliście tam nawet pięciu minut - wycedzil - Tylko z dobroci iskry zareagowałem. Ze względu na starą znajomość.
- Zbytek łaski
Bumblebee. Kto by pomyślał! Zbytek?!
- Nie myśl, że nie żałuje - powiedział siląc się na jak najzjadliwszy ton.
- Ja też - Ciche mrukniecie usłyszeli chyba wszyscy. Bee posłał wściekle spojrzenie czerwonemu.
- Coś. Mówiłeś?
- Mogę ci ją obciąć? - Odpowiedział Knockout wskazując na rozoraną rękę pacjenta, udając chorą fascynację.
- Zamknij się! - Zakrzyczał go Ratchet. Smoke aż się zachłysnął.
- Nie wrzeszcz na niego! - Ryknął na doktora widząc jak czerwonemu wciąż czerwone źrenice rosną do rozmiarów spodków. Jak on śmiał traktować w ten sposób biednego Knockouta? Lekarza! I osobę tak niestabilną... społecznie - Od kiedy autoboty zachowują się jak ostanie szuje?! Myślisz ze kopanie go w zderzak tylko wzmocni zaufanie? Megatron wrócił doktorku! Za chwile poleci pod tron błagać o przebaczenie - Ciągle nie schodził z tonu.
- Proszę cię...
- Proszę cię?! Jasne! Pewnie byłby więcej wart, gdyby decepticony choć trochę oberwały od was po głowach ale oczywiście, pewnie zadrapaliście im tylko blachę, o ile w ogóle, więc najpewniej sami sobie świetnie poradzą z polerką! - Krzyknął wściekły jednocześnie posyłając przepraszające spojrzenie Knockoutowi. Ten jednak nie sprawiał wrażenia zbyt urażonego, ba nawet na ustach błądził mu uśmieszek co tylko potęgowało niechęć na twarzy żółtego zwiadowcy.
- Przestań się rządzić szczeniaku! - Ryknął wytrącony z równowagi Ultramagnus.
Sala znów za drażała a od tubalnego echa, jakie opanowało pomieszczenie nawet Predaking jeszcze bardziej nakrył się skrzydłami. Stary robot wstał chwiejnie a optyka zdawało się miotała piorunami na wszystkie strony a te trafiały rykoszetem w niegdysiejszego autobota.
Tylko ślepiec mógł nie zauważyć kontrastu pomiędzy obiema sylwetkami. Stary Transformer, doświadczony żołnierz i komandor stal w opłakanym stanie próbując bezskutecznie zasłonić wyrostka doswiadczeniem ale z trudem wyprostowana sylwetka tylko potęgowała żałosny widok.
Młody bot. Umiejętny, bystry i śmiertelnie poważny. Cały w brudzie, z założonymi rekami i prosty jak struna, pomimo niższego wzrostu zdawał się wypełniać całe pomieszczenie.
Nie było wątpliwości, który z nich wygrywał w tym kuriozalnym pojedynku. A fakt ten tylko wzmacniał nienawiść i zazdrość w Iskrach starych towarzyszy.
- Ja się nie żądze - powiedział młodzieniec przerażającą cichym glosem - Wy, to inna sprawa. Dlaczego mam wrażenie, że śmierć Optimusa była ci na rękę? Kiedy odszedł, podobnie jak Megatron jakoś szybko pogodziłeś się z obowiązkiem zadbania o Cybertron...
- Jak śmiesz! - krzyknął Magnus ale Smoke wszedł mu w słowo.
- A śmiem! Lubisz trzymać rękę na pulsie, co? Podoba ci się, że nie pada już na ciebie jego cień?
Komandor miał jeszcze dość werwy, żeby zerwać się z podłogi. Jednym susem niczym pantera znalazł się przy młodym i wymierzył cios pięścią w policzek. Młody upadł ale tylko na jedno kolano. Spodziewał się tego. Sprowokował go i nie miał zamiaru się bronić. Chciał dać lekcje. Im wszystkim.
Żaden z autobotow nie pomógł mu wstać, Bulk stał jak sparaliżowany i nikt nie kwapił się, żeby odciągnąć oficera od niego. Młody wstał powoli i nie przestając rzucać Magnusowi spojrzenia pełnego satysfakcji, splunął mu zebranym energonem pod nogi.
- I wszystko jasne... - skomentował Knockout stając na równe nogi jakby zaszła w nim jakaś zmiana ale Komandor natychmiast odwrócił się do czerwonego i, jak Smokescreen się domyślił, posłał medykowi tak zabójcze spojrzenie, że tamten z powrotem się skulił.
Młody tylko uśmiechnął się i po chwili, nie mogąc się powstrzymać, zaczął się po prostu niewesoło śmiać.
- Nie potraficie myśleć samodzielnie, nie radzicie sobie bez Optimusa!
- Ah, tak? - Zapowietrzył się Rachet - Doskonale radzimy sobie z Primem i bez niego, doskonale poradziliśmy sobie s a m i kiedy siedział z amnezja na i c h statku! - Krzyknął jednoznacznie -wskazując Knocka palcem - I teraz tez świetnie sobie radzimy!
- Naprawdę wątpię, czy by pochwalił te sytuacje i kilka poprzednich...
- Nie wiemy co by zrobił, bo go tu nie ma! - Krzyknęła Arcee.
- I to jest problem, złotko! Na siłę probujecie robić to, co on. Być jak on. Smoke ma racje, jesteście jak marionetki, Optimus wam nie rzuci rozkazu a wy już gubicie się we własnych wymysłach... - Zaczął nieśmiało Knockout.
- Nie jesteśmy niczyim marionetkami, w przeciwieństwie do was decepticonów - wysyczała do czerwonego, na co wzruszył ramionami.
- Otóż to! - Zawarczał stary medyk - Bardzo dobrze radzimy sobie sami, nazywasz nas marionetkami? Nie potrzebowaliśmy lalkarza, żeby mówił nam jak mamy odzyskać Prima, kiedy stracił pamięć! A odzyskaliśmy go.
- Z tego, co słyszałem, autorem pomysłu był Jack. A i to on otrzymał Klucz, to też słyszałem - odpowiedział Smoke beznamiętnie i uśmiechnął się rozbrajajaco - Czy to o czymś nie świadczy? Optimus najwyraźniej... Nie był do was przekonany...
- Bzdura! - Bumblebee.
- Dość! - Warknął medyk autobotów - Ostatni raz to powtarzam. Przestań się rządzić!
- Ja się nie rządzę - odparł spokojnie - Ale zamierzam to zmienić w niedalekiej przyszłości. Bo widząc wasz płytki poziom i idiotyczne pomysły, mam pewność, że ta planeta długo nie pociągnie...
- A co TY możesz zrobić dla niej? Dla nas? - Wydusił Bumbee przez śmiech wyrywając się spod rąk medyka, nie dbając o wciąż otwarte rany.
- Dla was? - Odparł tonem przesyconym niemal odraza - wam nic już nie pomoże. Ale bez względu na wasz wątpliwy stan psychiczny nie zamierzam zaprzepaścić szansy, jaką Optimus dal tej planecie! I zrobię wszystko, żeby chronić ją przed takimi jak wy.
Ostanie słowa już zagłuszył natrętny chór w głowie.
Już rozumiał co mu intonuje. Już wiedział co musi zrobić. Wiedział z kim. Wyraźnie to widział. Cel, plan. Konsekwencje.
Ale czy cel nie uświęca środków...?
Zanim jednak na dobre się stąd wyniesie, musi zabrać ze sobą jedną ważną rzecz. Dopóki Knockouta nie ma w pobliżu...
***
Starscream sapnął poirytowany i skulił się za powalonymi kamieniami. Oczywiście, że przeczekał całą bitwę schowany, bezpieczny, za gruzami!
Nie miał ochoty dostać się w łapy tej głupiej bestii.
Resztki, decepticonów zbierali towarzyszy i rozglądali się zdezorientowali po innych.
- Świetnie - skrzyknął i wychylił się z kryjówki, wiedząc, że zagubione cony będzie łatwiej przekonać.
- Decepticony! - Zaskrzeczał, sunąc powoli w stronę braci ale cofnął się, gdy kilku z pierwszych rzędów zbliżyło się do niego z chęcią mordu.
- Hehea! - Zająknął się, nie wiedząc jak tym razem ratować skórę. Wybawienie nadeszło z najmniej oczekiwanej strony. Przez niebo przeleciał bezszelestnie cybertroński myśliwiec i transformował nad ziemią - Ha, Decepticony! To... Ha, to jest prawdziwy Lord!
Wrzasnął wskazując szponem Megatrona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz