wtorek, 24 stycznia 2017

Czesc 1 - We dwoje...

- Okej. Otwórz oczy - Smokescreen dzielnie próbował ukryć ekscytacje. Trzymając dłonie na barkach Mayvies rozglądał się po pomieszczeniu i znów skupił swoją uwagę na fembotce.
- Okej? - spytała i odwróciła się do bota. W  odpowiedzi wzruszył ramionami więc May ruszyła w głąb pokoju. Na metalicznych powierzchniach zebrał się czarny pył i kilka zardzewiałych plam. Na środku, osadzone w podłodze, znajdowało się półkole z siedzeń otaczające stalowy blat i skierowane doń krótkie schodki. Po lewej stały segmenty i kolejny blat a na przeciwległej ścianie była para drzwi prowadząca do kolejnych pomieszczeń. W prawej ścianie głównej sieni ziała duża dziura z obszarpanymi i powyginanymi rantami, widać przez nią było bok sąsiadującego bloku.
Nie licząc tej skazy i brudu budynek był w idealnym stanie. Fembotka obróciła się w łunie światła wpadającej przez otwór i podskoczyła do swojego partnera.
- Jak go znalazłeś? - pisnęła i złapała bota za ręce - Nigdy bym nie pomyślała że jakieś domy jeszcze stoją!
- Mam dobre kontakty - odpowiedział z  uśmiechem i wskazał kciukiem na wyblakły emblemat na piersi. Ray postukała lekko w insygnie jakby chciała zdrapać czerwony lakier.
Magatron zaginął. Optimus Prime również.
Chociaż statki z  uchodźcami  powróciły najwcześniej miesiąc po zniknięciu  obu liderów natychmiast rozniosła się fama o drużynie bohaterskich Autobotów, ostatnich towarzyszy Primea, odpowiedzialnych za uratowanie rodzinnej planety, dwa razy. Plotka szybko urosła do rangi legendy. I chociaż tamtym botów Mayvies nie znała to jednak  tego jednego nie zapomniala nigdy, przez  dzielące   ich eony, czuła głęboko jego wciąż płonąca  iskrę. Smokescreen.
On mogłoby się zdawać że  wieki  temu  zapomniał  o wybiedzonej fembotce z zaułka za  kantyną. W czasie  katorżniczego szkolenia w Gwardii nie  dało  się nie korzystać z każdej  nadarzającej  się okazji do   uniknięcia  wojskowego  rygoru i razem  z kilkoma  zaufanymi kadetami  wymykał  się do miejskich  knajp. Ryzykowali życiem bo w okresie ich szkolenia Decepticony trzymały już  łapy na  większości  energonowych  zasobów,  a przynajmniej tych  najlepszych. Tak więc  większość  kantyn była  patrolowana przez Lorda i żadne Autoboty nie były mile widziane. Także równie skutecznie tępiono złodziei.
Któregoś wieczoru na tyłach kantyny coś porządnie huknęło i echem poniósł się raban. Na sali  zapadła  cisza przerywana przekleństwami rzucanymi z zaplecza. Kiedy zaczęły się głuche świsty ze strzelających blasterów wszyscy goście ochoczo wrócili do konwersacji i tylko jeden podniósł się z miejsca zainteresowany aferą. Scourge pociągnął towarzysza za przegub sycząc żeby usiadł ale Smoke wyrwał rękę i mruknął  coś w  odpowiedzi. Przeszedł przez salę i czując na plecach spojrzenia. Mech stojący za ladą spojrzał ostro na młodego ale nic nie powiedział. No jasne, pomyślał rekrut,  tylko  głupek by się wtrącał. Jednak odsunął klapę oddzielającą oba pomieszczenia i wkroczył do ciemnej klitki. W tamtym momencie rozległ się dźwięk tłuczonego szkła i w pierwszej chwili oślepił go blask ze strzelającej broni. Ktoś wciągnął go w głąb a następnie mocno  pchnął do tyłu.
- Zgubiłeś się? - usłyszał  zgrzytający głos. Smokescreen nie zwrócił uwagi na pytającego. Przyglądał się skulonej w półmroku postaci. Klęczała w powiększającej się kałuży  energonu ale nie  wyglądała  na ranną. Młoda, przyrdzewiała fembotka upaprana cennym  trunkiem.
- Wynoś się - Decept pomachał bronią przed twarzą Autobota i znów go popchnął. Smoke jeszcze za nim pomyślał uderzył typa w bok głowy lewą dłonią i ten poleciał na stojące z boku skrzynki z energonem. Zwinnie rzucił się na pozostałych przeciwników.
Wspomnienie walki szybko sie zatarlo i pamietal tylko jak pociagnal za reke fembotke wyciagajac ja z kotlujacego sie tlumu decepticonow i razem wybiegli w rozswietlone miasto w nadziei ze zgubia poscig. Decepticony w koncu pozbierali sie z podlogi magazynu i ruszyli za zbiegami otwierajac ogien. Mlody bot wepchnal towarzyszke w najblizsza ciemna brame ratujac ja przed strzalami i wcisnal sie w zaulek obok niej. Zasapani sluchali swistu blasterow i chaotycznych krzykow na ulicy. Aktywnosc deceptikonow pobudzila do walki chowajace sie w poblizu sie autotoboty. W swiatlach lamp blyskaly na przemian kolorowe i czarne lakiery, recrptorami odczuwalo sie smrod palonego metalu a zeatrzelone ciala cicho padaly na ziemie. Fembotka wyjrzala za rog i wyszczezyla sie w usmiechu.
- Oni sie naprawde pozgaszaja 
- Mozesz sobie pogratulowac. Brawo.
I znowu poowiedzial cos zanim pomyslal, na jego ton fembotka cofnela glowe i zadalra ja patrzac na bota optyka zmruzona do szparek.
- A cos ty taki heroiczny? - zagrzytala glosem przepelnionym oburzeniem. Podjela probe cofniecia sie od nowego znajomego ale w zaulku bylo tak ciasno ze oboje zmuszeni byli do stania nieprzyjemnie blisko siebie. Pochylila glowe, opierajac czolo o jego klatke piersiowa i wyterzyla wzrok zeby pod warstwa ciemnej farby imitujacej brud dostrzec kanciasty wzor insygni - ha, autobot - w tamtej chwili od otaczajacych ich scian odbily sie wiazki pociskow. Strzelanina trwala w najlepsze ale dalo sie wywnioskowac ze obie strony stopnio zaczely oddalac sie od kryjowki - nie dolaczysz do kumpli? 
Powiedziala to z drwina a on nie mogl wydusic zadnej sensownej odpowiedzi.
Przygladal sie optyce ktora z pragnienia pociemna do koloru sufitu kosmosu nad ich glowami. Cienie na jej twarzy, na ciele, plamy rdzy i niebieskiego paliwa, byla piekna. Gwiazdy, swiatla lamp, blasterowe fajerwerki odbijaly sie w jej kiku czystych chromowanych czesciach a ona stala tam, piekna, nierzeczywista, przyciskajac sie do niego. Przestal postrzegac wszystko, tylko ona, stala tam i byla centrum swiata. Jego swiata. 
Mrugnela raz i zaczela przeciskac sie do wylotu zaulka. Kiedy otarla sie o kadeta przeszyl go dreszcz, niemal elektryczny. Wyszedl zaraz po niej i patrzyl za nia ale ona juz umykala w polmroku ulicy.
Potem wykradal sie z bazy szkoeniowej po to tylko by odlaczyc sie od kolegow i mknac przez miasto szukajac malej fembotki. Obdarowywal ja puszkami kradzionymi z dziennej racji energonu i uwielbial patrzec jak jej oczy z kazda kolejna porcja nabieraja zdrowego blasku, naturalnego neonowego blekitu. 
Wymienili sie imionami i z czasem zblizyli sie do siebie bardziej i mocnej niz w tamtej chwili w zaulku wciaz nie mogac sie oprzec magmetycznemu uczuciu wobec siebie.
W koncu wojna nie pozwolila im juz dluzej cieszyc sie wzajemna bliskoscia.
Smokescreen ukonczyl szkole Gwardii Elitarnej z najlepszym wynikiem na roku mimo rozbrajajacej obecnosci malej zlodziejki w zyciu. Bez jego zdania mentor zadecydowal o przeniesieniu go na dalsze nauki do Prima Alpha Triona. A fembotka za namowa autobota schowala sie w koloni uchodzcow umykajacych w dalekie uklady sloneczne. 
Jednak lata swietlne oddzielajace oboje nie ugasily przeczucia ktore rozpalilo obie iskry. I kiedy Arka na ktorej Mayvies opuscila ojczyzne przybijala do planety, fembotka wiedziala kogo chce wypatrzec w tlumie. A Smokescreen, po odniesionym zwyciestwie nad armia predaconskich szkieletow i zasluzonym wytchnieniu, ruszyl do dokow starej stolicy sluchajac iskry jak busoli i cierpliwie wyczekiwal tej z ktora byl na cale eony zwiazany. Kiedy wypatrzyl ja w tlumie wylewajacych sie Cybertronczykow i zlapali swoje spojrzenia strzelila ich ta sama blyskawica ktora polaczyla ich na zapleczu baru. 
Teraz oboje stali w pokoju dziennym, cieszac sie radoscia ze swierzo zaplanowanego wspolnego zycia. Mayvies objela Smokescreena i pozwolila by mocno utrzymal ja w ramionach. 
W jednej chwili doszedl ich wrzask kilku nieszczesliwcow i huk godny walacego sie budynku. May poczula jak momentalnie jej parner spial stalowe miesnie pod segmentami zbroi.
- Smoke... - szepnela ale kiedy podniosla glowe zobaczyla jak ukochany wgapia sie w podziurawiona sciane z ta mina "jestem gotowy na wszystko".
- Zostan tutaj - puscil ja i jednej chwili wyskoczyl przez otwor znajdujac sie w ciasnym korytarzu miedzy budynkami. Ruszyl za powtarzajacym sie krzykiem i wtorojacemu mu halasowi wgniatanej blachy. Zmienil marsz na bieg i wypadajac na prostopadla ulice  mijal umykajacych cywili biegnacychw przeciwnym kierunku. "cywyli" na ta mysl zasmial sie gorzko, sam przeciez rzucil wojaczke a odglosy walki doprowadzily go do zawalonego gruzem placu. Z otaczajacych go budowli zostala tylko jedna na wpolzawalona sciana pod ktora staly dwa wysokie o mocnej budowie transformersy. Jeden rzucil robotem o mniejszej postrzurze o glebe tuz obok pomaranczowej fembotki ktora nie omieszkala znowu krzyknac. Smokescreen gwaltownie zachamowal a na widok nowego przeciwnika towarzysz pierwszego wydal odglos podobny do skrzeku (smokowi przywial wspomnienie insecticonow) i obaj odwrocili sie do autobota. Przyjrzal sie czarnym jak stary olej pancerzom i fioletowym znakom na skrzydlach mysliwcow.
Ofiary skorzystaly z okazji i potykajac sie umknely oszalalym oprawcom. Na plecy mlodego bota cos wpadlo i odrazu zaczelo odciagac w tyl. Smoke wyrwal sie swojej partnerce i schowal za plecami w probie osloniecia jej jednak ona skulila sie za nim i wychylajac glowe zza jego boku popatrzyla na stojacych w bojowych pozycjach gosci. Spojrzala na Smokescreena, on na nia i oboje na roboty.
- Decepticony - wyszeptal w autentycznym szoku.


Dodatkowy opis wpojenia:
[...] Stała się całym jego światem, całym wszechświatem, każdą pojedynczą gwiazdą i wszystkimi migającymi naraz, częścią jego, która od teraz była mu niezbędna do życia, jak energon. Czuł się jakby bez niej miał się zaraz rozsypać. Stała się nim, a on nią, łączyło ich wspólne bicie iskry, niemal namacalna więź, łącząca losy młodego autobota i fembotki na zawsze. 
Nawet gdyby byli eony od siebie, wyczuliby swój najmniejszy niespokojny oddech. Teraz i na wieki spojeni uczuciem, iskrą, głębią swoich istnień. 
W tym krótkim momencie była i pozostanie całym jego światem. 
Na wieczność.
A to całkiem spory kawałek czasu.






May podbiegła do barierki i zgrabnie wskoczyła  na nią, przewieszając nogi wprost w jaśniejącą przepaść miejskiego labiryntu. Przez krótką chwilę patrzył  jak  wychyla się obserwując między stopami ruch daleko w dole i podszedł do niej, objął w pasie chroniąc przez upadkiem. Oparła głowę o segmenty płaszcza na jego piersi.
Stali w półmroku wieczora swobodnie obserwując znikającą za stalową linią horyzontu gwiazdę. Ciągnęło za sobą płomienny ogon z czerwieni i żółci, zalewający przez coraz ciemniejszy granat nieba. Ognista kula w końcu całkiem zniknęła z widoku zostawiając tylko pomarańczową łunę  która z  czasem również została wchłonięta w czerń nocy.
Światła miasta w dole jaśniały coraz mocniej. Fosforyzujące lśnienie budziło się, oślepiając niczym wschodzące gwiazdy nad ich  głowami. Na taras na ostatnim piętrze najwyższego budynku w stolicy docierały nikły szum ryczących silników, ciche trąbienie klaksonów i szmery nocnego ruchu. Ściany adamantium zbite w okazałe budynki odbijały blask ostrych niebieskich neonów i złotych lamp ulicznych czy wystawowych. Ulicami i obwodnicami przetaczały się rzeki pojazdów. Po chodnikach i placach po mimo później  pory nadal przechadzali się metalowi giganci, spokojni mieszkańcy którzy z tej wysokości wyglądali jak mrowie tycich skrapletów.
Nowy, błyszczący i beztroski widok.
Nie rozmawiali ze sobą. To była ich ulubiona pora dnia, czas w którym mogli nacieszyć się wzajemnym  towarzystwem. On mógł choć na chwilę zapomnieć o obowiązkach, odpowiedzialności i  całym  syfie który  miał na głowie. Pięknym syfie. Musiał  przyznać że Cybertron odzyskiwał dawny blask, powoli ale  wytrwale  z  jego pomocą  planeta i jej mieszkańcy wracali do życia. I on miał w tym swój udział. Ba to nawet jego zasługa, jego dzieło! Uśmiechnął się szeroko  na tę myśl.
Za plecami w pokoju cicho trzasnęły drzwi i po posadzce poniosły się ciężkie kroki.
- Demusie.
Demus