piątek, 24 lutego 2017

Czc 3 - Poki zyje, nie pozwole


***
Smokescreen został w klasie dopóki diaskop nie przeszedł w tryb czuwania i hologram nie zgasł po czym z posępnym humorem wyszedł na korytarz. Ruszył wzdłuż z zamiarem odnalezienia pracowni w której Bumbee zgromadził najlepiej działający sprzęt, radiostacje i broń przerabiając ją na centrum dowodzenia. (bla bla bla, jak nazywa się pokój który robi za namiot dowództwa? XD )
Most którym przeszedł był skierowany właśnie na ten pokój i to z niego przeszli do sali lekcyjnej gdyż z całym postawionym sprzętem był za mały żeby osiem transformersów rożnych miar mogło swobodnie w nim planować.
Młody dobrze radził sobie z orientacja w terenie wiec najlepiej jak umiał zapamiętał tez trasę którą wtedy pokonał. Nie mniej ogromny gmach, choć na wpół zbombardowany stanowił zdradliwą siatkę korytarzy. Tym samym trafił do jednego który usiany był na wpół zamkniętymi drzwiami i po którym niosła się won typowych medykamentów. Zza kilku drzwi i zakrętów, które na pewno prowadziły do innych pokoi, niosły się pojękiwania i ochryple, ciche krzyki. Ktoś wołał o więcej corzepamu albo nalocoru, gdzieś roznosił się lament i dźwięk kwilenia. Smoke wyczuł ze wszedł na teren Racheta.
Szpitale, salki operacyjne, infirmerie czy nawet najmniejsza zastępcza koja i jeden chory Cybertrończyk były oczkiem w głowie Doktora, jego słabym punktem i, jak nazywają to na Ziemi, miłością. Teraz autobot rozumiał ile medyk dawał w swojej pracy uczucia i tyle samo uczucia z niej czerpał. Był tego pewien i rozumiał to odkąd dzieli podobne uczucia i doświadcza ich z Mayvies.
W tej chwili nie był jednak pewien czy zacząć szukać innej drogi do radiostacji. Zupełnie nie mógł sobie przypomnieć czy mijał szpital podczas poprzedniej wędrówki. Był natomiast pewny faktu ze taka ilość rannych rodaków była porażająca. A to wszystko ofiary tych przeklętych decepticonów! 
Coś z sumienia kazało mu iść głębiej w lecznice. Im dalej, tym głośniejsze docierały do niego strzępki rozmów. Przesuwając się wzdłuż kolejnych wejść widział przez szpary swoich, jak zajmowali łózka i blaty a na ciałach błyszczały świeże łaty. Na twarzach mieli grymasy bólu, strachu i bezradności.
Minął kolejne drzwi i zobaczył fembotkę leżąca zaraz przy wejściu. Można ja zaliczyć do starszego pokolenia, na pewno z bagażnikiem doświadczeń. Niemłoda już mruczała w ojczystym, z na wpół przymkniętymi fotoreceptorami. Lewa rękę położyła nad głową i bot nie mógł oderwać wzroku od gołej ramy protezy. Nagi szkielet z trzech prętów i paru kabli pokrywała gruba warstwa rdzy. Na widok autobota stary robot z głębi sali podniósł się i ciężkim krokiem ruszył do towarzyski. Nakrył ją płótnem i szturchnął przy tym jej ranę na brzuchu przez co głośno stęknęła. 
Smokescreen miał ogromną chęć zajrzeć do wszystkich sal. Podejść do tych niewinnych botów. Potrzymać za dłoń, szepnąć ze wszystko będzie dobrze, wziąć ten ból na siebie. Chciał żeby ci wszyscy uśmiechnęli się, poczuli ciepło i radość jaka on sam w sobie nosił. Chciał dać im trochę nadziei.
Ale wycofał się na korytarz. Znowu coś go powstrzymało i tym razem były to głosy. Szepty rozsadzały mu czaszkę, mroziły i kłuły jakby wbijano mu setki igieł. Nie rozumiał znaczenia, wszystko było głośne, od głosu o brzmieniu jak pila tarczowa tnąca metal po buczenia i syk jak powietrze uciekające z dętki. Czuł że za chwile straci przytomność. Och! Jak bardzo tego by chciał, żeby to wyłączyć! 
Nie widział nawet kiedy zatoczył się do kolejnej sali chorych. Przez okropne podszepty przebił się ciepły baryton i Smoke odzyskał ostrość widzenia. 
- Od początku mówiłem ze to podpucha! - Usłyszał gniewny głos. - Ściągają nas kłamstwem na ruiny, wmawiają jak to w planecie wciąż tli się życie i że możemy żyć w pokoju a ja wam mówię że to ma na celu nie co innego jak znaleźć sobie nowe naiwne pionki! Wszyscy którzy zostali, już dawno pozdychali i nie ma komu walczyć wiec szukają głupich którzy wezmą za bron. Decepticony oczywiście już to zrobiły ale ja nie zamierzam! - Robot miotał słowa z coraz większą złością. Jego rudobrązowy lakier wyglądał jakby specjalnie wyrażał wściekłość ogarniającą właściciela.
Pokój był prawie pusty. Na przedzie dwie koje zajmowały dwa roboty zwrócone do siebie twarzami. Na podłodze, miedzy ich nogami przycupnęła młoda fembotka. Oplotła rękoma kolana i wtrąciła się do rozmowy. 
- Wiec chodzi tylko o wcielenie do armii? Nie tak wyobrażałam sobie powrót.
- To nie takie proste - wtrącił bot o którego nogi młoda się opierała - Przede wszystkim trzeba kom dowodzić a wszyscy już wiedza ze Megatron i Prime wykończyli się nawzajem. A decepticony tylko palą to zostało z miast. Nie chcą walczyć tylko zniszczyć wszystko. Po co mieliby silić się na pobór skoro konflikt sporu to już tylko garstka popiołu.
-  A co, chcesz czekać aż któryś z nich wymyśli sobie ze jest ponad nimi? - Znowu zaczął drugi, siedzący do drzwi tyłem - Kolejny Megatron, właśnie tego chcesz? Kolejnego tyrana?! Pamiętaj Prime zginął a wątpię by pojawił się ktoś równie dobrotliwy i naiwny jak on, nawet te jego a u t o b o t y nie są tak wspaniałe. Więc gdy jakiś parszywy decept ubzdura sobie, że jest wybrańcem... z Cybertronu nie zostanie nawet blacha metalu. A nas chcą w to wszystko wplątać. Ustawić w szeregu i wydawać rozkazy!  Gdyby radni pomyśleli to przynajmniej wysłaliby kogoś na zwiad a nie lecieli tu jak skraplet na żywe gdy tylko kilka kontrolek mocniej im się zapaliło - prychnął - Śmieszne, jakiś potężny impuls energii. Zwykły wabik i tyle! A przylecieli tu całą kolonią, na stare śmieci zamiast myśleć o tym co już udało nam się zrobić. Zwykły wabik. Nie mam pojęcia jak ta zgraja podwładnych Prima zrobiła taka sztuczkę ale jestem pewien ze nie mieli zamiaru ściągać nas tutaj żebyśmy sobie pożyli. Potrzebowali żołnierzy, nie obywateli.
Zwykłe ohydne kłamstwo! Co?! 
Bot wygłaszający monolog spytał gniewnie po tym jak towarzysz kopnął go i znacząco kiwnął głową na intruza stojącego w drzwiach.
- Kim ty... - Dopowiedział zezłoszczony robot mrużąc optykę a kiedy rozpoznał w młodym legendarnego robota  uśmiechnął się złośliwie - Autobot! Kto by pomyślał ze jeszcze zniżycie się do posług pocieszania. Słyszałeś mnie dobrze, bocie? Nas nie nabierzesz na ładne słówka i obietnice! 
Smokescreen zignorował ostatnie słowa, mające na celu widocznie tylko go obrazić lub sprowokować.
- To nie nasza wina - miał dziwna potrzebę stanięcia w obronie przyjaciół. Wiedział, że chcieli dobrze... tylko może nie do końca wiedzieli jak to osiągnąć  - Nie mieliśmy zamiaru wywoływać  kolejnych potyczek i niepotrzebnie przelewać energon - Zaczął spokojnie, choć po nietęgiej minie jednego z botów i nieufnej postawie drugiego wnioskował, że nie łatwo będzie ich przekonać. Kontynuował.
- My po prostu przywróciliśmy Cybertronowi dawne życie... - nie zdążył dokończyć bo buntowniczy robot wstał i wolnym ale pewnym siebie krokiem zbliżył się do niego. Wyraźnie utykał na prawa nogę. Smoke zauważył świeżą, głęboką szramę na udzie awanturnika posmarowaną perląca się złotą maścią, zapewne zaaplikowaną mu przez Ratcheta. Rana już wyglądała jakby się goiła, 
wokół błyszczała miękka metaliczna tkanka.
- I co? - Ranny Buntownik tyknął młodego placem w pierś - Niby teraz jest lepiej? Widzisz jakąś poprawę? Ściągacie nas na zgliszcza, słodką obietnicą, a oferujecie tylko gorzką rzeczywistość. To żadna zmiana - Wyprostował się i z pogardą spojrzał na swojego rozmówcę. Był co najmniej o głowę wyższy od Smokescreena. 
- Okej, coś się uwzięło na nas, na naszą planetę. Ale t o nie n a s z a wina! - odpowiedział twardo. Buńczuczność starszego ani trochę mu się nie podobała ale wiedział ze nie może mu ustąpić. Spojrzał na towarzysza Buntowniczego, który nie odzywał się tylko lustrował obydwu czujnym wzrokiem. Mała fema, też milczała i podobnie jak większy osobnik jej rasy uważnie przypatrywała się sytuacji lśniącymi optykami. 
- Nie w a s z a? Widać że nawet do błędu nie potraficie się przyznać!
- Nie popełniliśmy żadnego. To na waszych statkach tu przylecieli...
- Och! To teraz m y jesteśmy odpowiedzialni za ten bajzel? - botka nie potrafiła dłużej zdusić śmiechu, w końcu parsknęła i zaraz zmieszana zaczęła chichotać w ręce - Coś ci powiem kdaev'phia na m o j e j koloni nie było ani jednej parszywej decepticońskiej hoetAo'k, nie waż mi się mówić w twarz ze to ja nie zadbałem o pozbycie się wszystkich śmieci! Wiec powtórzę jeszcze raz bo wydaje mi się, że niedosłyszałeś - bot z raną postanowił dalej drążyć temat. - I niby według ciebie teraz jest lepiej?
- Nie - Smokescreen odparł bez wahania. - Nie jest - Szybkim ruchem wycofał się do korytarza i tylko odkrzyknął na odchodnym - Ale ja to wszystko naprawię!    Próbując zachować pion ruszył tam skąd przyszedł, na początek korytarza.
Rozmowa nieznajomych wcale nie poprawiła jego nastrojów. Mógł się wypierać przed pobratymcami ale w  głębi iskry czuł że jest odpowiedzialny za to się dzieje na Cybertronie. Do tego przeraźliwy chłód zacisnęły obręcz wokół jego procesora przez co raził go okropny ból i ciągle był w szoku po tym co się stało. A co się właściwie stało?...
Gdy już prawie dotarł do końca oddziału o mały drut nie wywrócił się, nie turbując przy tym swoim bądź co bądź dużym cielskiem kilku sprawców zamieszania. Małych sprawców.
Fembotka, jeszcze maluch, młode właściwie, razem z rówieśniczym botem pędziła z piskiem, na krótkich nóżkach bez reszty pochłonięta przednią zabawą. Autobot zatrzymał się i mimowolnie uśmiechnął na widok radosnych dzieciaków. Za tamtą dwójką dzielnie próbował gonić trzeci mały bot. Mocno utykał na jedną nogę i Smoke dopatrzył się gołych drutów, podobnych do tych w ręce starej femy. Nowiutkie, przyozdobione kilkoma mocnymi nitami, jeszcze czyste błyszczały stalą i chromem. Uśmiech Smoka przygasł kiedy zrozumiał ze młode zostało kaleką. Niedawno. Teraz. W tej chwili, w której ogłoszono pokój i neutralność.
Koniec pragnienia, strachu, bólu. Koniec wojny. W chwili w której Cybertrończycy powinni wspólnie na gruzach budować nowy lepszy świat. 
Powinni znajdować schronienie,  zakładać rodziny, pracować dla odzyskania wspólnego, równego kraju. Kochającego i bezpiecznego domu.
Nie uciekać przed bandytami, w obawie o swoje  zdrowie, życie czy wolność. Optyką wyobraźni widział jak ten mały ucieka przed potężnym Deceptem. Wściekła, ogromna, czarna masa o czerwonych ślepiach...tnie młode ostrzem? Toporem  albo może strzela mu w plecy? Może malec wpędzie wpada między stare kamloty, gruzy zmiażdżyły mu stopę? Przerażająca wizja.
W tej chwili, wszyscy, są w epicentrum nowego konfliktu. Wszyscy są tak samo narażeni...
Nie! On, Smokescreen, nie pozwoli by doszło do kolejnego. Nie pozwoli wszcząć kolejnej wojny!
Bez względu na to czy do tego dążą zwyrodniale decepticony czy w tej opcji autoboty widzą jedyne wyjście.
Nie pozwoli by jego rodacy gaśli lub cierpieli w jeszcze jednej bezsensownej batalii. Nikt więcej nie będzie zebra o energon, nie będą wpełzać w progi szpitali w nadziei na odrobinę ukojenia, nie będą ginąć od strzałów ani pod gruzami. 
Nigdy więcej, dopóki w nim bije światło, płonie iskra! 
Wybije Rachetowi, Magnusowi i choćby samemu cholernemu Lordowi wojnę z głowy!

***

Granatowy wojownik nie wiedział jednak że ma widownie. 
Knockout stał w progu kantorka nieopodal sali na której wciąż żywo narzekali pacjenci. Słyszał każde słowo i ciągle nie mógł uwierzyć że ten młody poczuł się w obowiązku wziąć wine za zaistniała sytuacje na siebie. I jeszcze im obiecał że coś z tym zrobi!
Z ciągle prowadzonej rozmowy medyk wywnioskował że Smokescreen zwyczajnie się wygłupił a poszkodowani rozmówcy należą do tej grupy której nigdy nie dogodzisz. 
Z drugiej strony nie mógł wyjść z podziwu dla charyzmy młodego. Widział jak chodził od pokoju do pokoju, jak jego mina z szoku i konsternacji przechodzi do skrajnego oburzenia aż w końcu do determinacji. Dla samego medyka widok takiego zainteresowania był nowy. Znaczy jasne, może wśród autobotów przełożeni czasem odwiedzali rannych, interesowali się dobrem żołnierzy ale u decepcticonów? Na wojnie z czasem Megatron sam rozkazywał likwidować szpitale.
Dlatego nie mógł przestać patrzeć jak młody ogromnym wysiłkiem woli powstrzymuje się od odwiedzenia wszystkich i być może szepnięcia słówka otuchy. A kiedy odwrócił się do wyjścia minę miał tak zaciętą że wyglądał co najmniej jakby chciał komuś urwać łeb.      
Czerwony transformers był bardzo ciekawy co z tego wyniknie.

-------------------------------------------------

Zdecydowałam się was uszczęśliwić!
Większość pewnie  właśnie westchnęła "No w  końcu"  ;)
Nie ukrywam że  też się cieszę, oczka ff biją  w górę a samo opowiadanie zyskuje nowych czytelników  *faaanfaaaryyyy!* ^^
Oficjalnie! Jeden... Dwa... Trzy...

Lecimy z M A R A T O N E M! ^_^                                 

***    
                                
- Optimus powiedział że mamy walczyć o pokój!
- Jasne, mieczem i toporem - prychnął Smokescreen.
I tak już od przeszło godziny. Jak postanowił, tak też zrobił ale narada wojenna zamiast przejść do łagodnego paktowania zupełnie zmieniła tory, dokładniej na wojnę domową.
A jeszcze jakiś czas temu po prostu stali i śmiali się z siebie...
***
Bumblebee pochylał się nad klawiaturą i pochłonięty oglądaniem gęb conów i zastanawianiem się który jest brzydszy prawie nie zauważył jak dwuskrzydłowe drzwi rozsunęły się wpuszczając granatowego bota.
Smokescreen wolno obszedł stojący pośrodku stół, łudząca podobny do operacyjnego i zainteresował się sprzętem położonym na blatach pod ścianą.
- Potrzebujesz czegoś? - Spytał żółty zainteresowany wędrówka bota i wymownie spojrzał na trzymane przez niego kwadratowe urządzenie - Albo tego...
- Nie, nie - usłyszał w odpowiedzi.
Smoke nie przestawał obracać w palcach przedmiotu. Potrzebował czegoś do bezpośredniego nawiązania kontaktu z may.
Na Ziemii wszyscy byli podpięci między sobą i bazą i tak też zostało chociaż teraz, na Cybertronie nie uważał że takie uwiązanie było potrzebne.
Nie chciał jednak wzbudzać podejrzeń wyłączeniem czy chociaż zakodowaniem swoich fal, a już nade wszystko nie chciał, żeby ktoś z drużyny przypadkiem usłyszał jego prywatną rozmowę z partnerka. Sieć potrafiła być zawodną, zwłaszcza na zielonej planecie i o ile była bezcenną na misjach to w czasie wolnym bywała utrapieniem. Na przykład, wtedy kiedy Wheeljack uznał za niezwykle zabawne adorować tak twardą sztukę jak Arcee sprośnymi tekstami. Na ich nieszczęście ich riposty przez błąd systemu poszły do słuchawek wszystkich. I kiedy on razem z bee i Bulkiem rżeli że śmiechu Optimus robiąc użytek że swojego czarnego humoru wywołał jeszcze większą salwę śmiechu u wszystkich obecnych w bazie robiąc Weeljackowi wykład między innymi o przyzwoitości i poszanowaniu prywatności w s z y s t k i c h na tak ciasnej przestrzeni.
Pamiętał jak Miko zaklinała się wtedy że wrecker dostał rumieńców, jakkolwiek by to miało wyglądać.
Na zielonej planecie takie bezprzewodowe słuchawki nazywano krótkofalówkami albo komórkami.
Teraz korzystając z okazji że żółty odwrócił się do ekranów, po cichu schował dwie takie kanciaste zabawki do kieszeni pod pancerzem i zajął się innym cudem. Sprzęt był owalny, spłaszczony na górze a średnica podstawy rozszerzała się. Ciemne, wyłączone diody śmiały się do niego szeroko prosząc o przygarniecie.
- Ale właściwie - z uśmiechem podrzucił wykrywacz w powietrze i złapał - szukam jakiegoś czujnika zbliżania...
- Znalazłeś - mruknął zwiadowca, rzucając okiem przez ramię.
Zadowolony Smoke i ten bajer schował w kieszeń, po czym podszedł do kolegi patrząc na zdjęcie, które właśnie przedstawiało wyjątkowo obrzydliwy przypadek ich gatunku.
- Fuuuj, Bee jak ty będziesz mógł po tym spać? - Zapytał udając przerażenie.
Bee odwrócił się do kolegi i zmierzył spojrzeniem.
- Twój wygląd wcale nie mniej odstrasza - zauważył.
I nie było to wcale przesada. Lakier kompana był cały w kurzu, rysach i brudzie niewiadomego pochodzenia.
- Może pożyczyć ci polerkę? Jakaś powiną być w skrzyni pod ściana - wskazał paczkę co Smokescreen skwitował przewróceniem oczu że śmiechem.
- Jasne, o ile Knockout wszystkich nie przywłaszczył - Drzwi zamknęły się za dwukółką która swoje słowa skwitowała śmiechem, Wheeljack który wszedł za nią zawtórował jej...
***
Jak zdecydowali zaczęli o wschodzie słońca ale teraz na niebo już zupełnie pociemniało.
- Więc jednak wymyśliłeś lepszy plan, chętnie posłucham - Ratchet wykonał nieokreślony gest.
- Nie! Ja tylko uważam że... - Zastanowił się chwilę - możemy to załatwić inaczej...
- J A K? - Zapytali chórem.
- Wyciągnąć do nich rękę z hasłem "no cześć! Może usiądziemy, napijemy się, pomyślimy o istnieniu?"! - Sarknął Wheeljack
- Nie... - Zaczął zirytowany Smoke.
- Wiem! Może, zamiast czekać aż sam się pofatyguje, od razu przedzwonimy do Megatrona? "Cześć, stary! Kilka conów się obudziło może wpadniesz i skrócisz im smycz?" - zakpiła Arcee, co spotkało się z ogólnym rozbawieniem.
- Nie rozwiążesz tego herbatka, Smokescreen - spoważniał Rachet - Bez Optimusa, on przynajmniej wzbudzał strach...
- Tylko dlatego, że był wielki jak stodoła i miał nazwisko.
Tym razem wszyscy zamilkli, Knockout coraz bardziej rozbawiony odwagą młodego odwrócił wzrok.
- Czy ty... Czy on go obraził? - Arcee nie zwróciła się do nikogo konkretnie po czym, jak stwierdził smoke, o mało nie opluła się jadem - Jesteś bezczelny, dzieciaku!
- Gorzej niż Miko - warknął Rachet.
- Nie - odezwał się Bee i oparł się rękami o stół - On myśli, że może sobie na to pozwolić bo - zaczął go przedrzeźniać - Optimus go wybrał.
To było jak cios w policzek. O ile nie poniżej pasa. Smoke najpierw otworzył usta, żeby dodać coś na swoją obronę ale zmienił zdanie. Posłał przedmowcy nienawistne spojrzenie. Przez to o mało nie umknęło mu jak Ratchet z Magnusem wymienili że sobą szeptem parę uwag.
- Do czego - Wheeli próbował zachować resztki humoru - do czyszczenia magazynów?
- Wheeljack - Ratchet skarcił go i zwrócił się do żółtego - Skąd wiesz?
- Powiedział mi - odpowiedział nie przerywając kontaktu wzrokowego z granatowym. Z punktu widzenia czerwonego medyka prawdopodobnie dałoby się dostrzec ciskane przez stół błyskawice.
- Kłamał - stwierdził stary rzucając spojrzenie na młodego. Arcee zaśmiała się głośno.
- Ja? - granatowy udał niedowierzanie.
- Optimus nie ukryłby przed nami takiej informacji - odezwał się Ultramagnus.
- A jednak. Wiedział jak zareagujecie, to wystarczający powód, żeby to przemilczeć...
- A co to niby miało znaczyć? - Zasyczała dwokolka zbliżając się do bota.
- Od początku mi nie ufałaś - prychnął patrząc na nią z góry. Nawet May jest od niej wyższą, pomyślał z rozbawieniem - Żadne z was nie traktuje mnie poważnie a w niego wgapiacie się jak w święty obrazek! Żałosne.
- Odszczekaj to - ciągle syczy.
- Wątpię. Nigdy nie pogodzilibyście się z takim wyborem. Gdybym został Primem...
- Został? - czknął rozbawiony Wheeljack - Nie powąchałbyś matrycy przez milenium, gdyby nie zabawa z Unicronem. Optimus to twardy zawodnik i nigdy nie śpieszyło mu się na drugą stronę...
- Dość - warknął stary medyk - Nigdy jej nie powącha, my zresztą też. Przepadła.
- No i świetnie - Smokescreen wzruszył ramionami i uśmiechnął się cukierkowo - Jak wasz przywódca na koniec zauważył, nie potrzebujecie jej, żeby podnieść Cybertron z popiołu. Więc co zamierzacie z tym fantem zrobić?
- Jakim fantem? - wtrącił Bulkhead. Młody tylko przewrócił oczami.
- Powinniśmy się zająć naszymi przyjaciółmi, rodzinami, które wróciły na planetę - wytłumaczył - Planujecie masową rzeź, a nie potraficie na chwilę zająć się taką sprawą jak brak prądu w miastach - zastanowił się i w końcu rozłożył ręce - Albo w ogóle brak miast. Dwie trzecie są zrównane z ziemią.
- Bulkhead nad wszystkim pracuje! Myślisz że postawienie domu trwa dwa dni? - parsknął stary medyk.
- I w ogóle jakie "my"? - wtrącił żółty - Nie interesujesz się naszą działalnością od dobrych trzech miesięcy. Szlajasz się primus wie gdzie, a kiedy cię o to pytamy, unikasz odpowiedzi. Jestem gotów podzielić zdanie Wheeljacka że otwierasz rashux rai, dom publiczny.
Końcowke umiejętnie doprawił perfidnym uśmiechem niesięgającym oczu, które z kolei wyrażały gniew.
Smokescreen dla odmiany próbował powstrzymać się od zawtórowania Knockoutowi, który zwyczajnie wybuchł śmiechem. Pomyślał o Mayvies i tym razem nieomal parsknął podsumowując w procesorze idiotyczne zdanie towarzyszy.
- I nie zmieniaj tematu - podsumował Ultramagnus już zupełnie wytrącony z równowagi przebiegiem narady. Wiele razy zastanawiał się jak też Optimus mógł znosić takie rozprzężenie w oddziale. Z drugiej strony pod tym względem zawsze się różnili. Do tej pory uważał że wynikało to z faktu że obaj szkolili się w różnych Akademiach... - Decepticony narobią jeszcze więcej szkód więc musimy ich powstrzymać, czy to jasne? Zanim Megatron zainteresuje się potencjalną siłą bojową...
- To samobójstwo - jęknął znowu Smokescreen, nie mógł pozbyć się wrażenia że znowu nawiedza go ból głowy - Jest nas tylko siedmiu. Siedmiu! - dodał widząc jak Knockout próbuje się wtrącić - Ty zostajesz, ktoś musi zająć się mostem... i tymi głupkami jak już wrócą na wpół martwi z tej akcji!
- Głupkami? - zaniemówił Jack. Wśród oburzonych rozgorzała dyskusja.
- Kdaev'phi! - wrzasnął Ultramagnus do Smokescreena tym samych uciszając spór - Dzieciaku, jeszcze jedno słowo a osobiście cię stąd wyprowadzę.
Na sali zapadła taka cisza że dałoby się usłyszeć chrapanie skrapleta, gdyby jakieś były na sali. Smokescreen uniósł głowę, żeby choć trochę ukryć optyki wielkie jak spodki.
Jeszcze żaden spór w drużynie Optimusa Prima nie wyglądał tak okropnie.


- Jak zwykle, przepraszam za prawdopodobne literówki i błędy w tekście - Mimo pomocnych generatorów nie jestem w stanie dostrzec i naprawić wszystkich.
-- Zdecydowałam się podzielić jedną część (której połówki i tak są dość długie) ponieważ rozdział poprzedzający... No cóż Wszechświat nie chciał by sprawa z jego ukończeniem doszła do skutku :// Ale nie ma tego złego... Przepraszam jeśli tylko tekst wydaje się trochę chaotyczny ^^
***


- Jak mnie nazwałeś? - zdenerwował się. Tym razem nie na żarty. Nie jest, xachs, dzieckiem. Ani rekrutem gwardii! Magnus zmrużył niebezpiecznie optykę. Teraz dopiero atmosfera zrobiła się napięta. Powietrze skrzyło między starymi kompanami jakby po sali lekcyjnej latało conajmiej dziesięć gromów kulistych.
- Ostrzegam cię - powiedział śmiertelnie poważnie - Mam gdzieś za kogo się uważasz lub być może uważał cię optimus. W tej sytuacji, szczególnie w tej! Powinieneś wykazać się szacunkiem i dyscyplina a przede wszystkim rozumem! Nie mam zamiaru więcej słuchać twoich absurdalnych pomysłów. Nie będzie żadnych rozmów z Megatronem, żadnego pokoju! Zabiję każdego decepticona który zamierza pokiwać palcem na "nie" wobec naszej władzy. A jeśli i ty masz z tym szczególny problem, jestem gotów zlikwidować i ciebie!
Po tych słowach zapadła cisza. Nawet knockout otworzył szeroko oczy i zaraz przybrał pokerowa twarz. Wśród autobotów ostre słowa najstarszego z kompanów nie wywołały większego wstrząsu. Arcee poderwała do Smokescreena głowę patrząc z wyzwaniem. Tylko Bulkhead wyglądał jakby wypowiedziana groźbą była naprawdę nie na miejscu.
Smokescreen westchnął głośno wlepiając wzrok w ścianę. W żadnym razie nie miał zamiaru poznać po sobie jak bardzo dotknęły go słowa Magnusa. Groźbą, po prostu mi zagroził! Kołatało mu po głowie - i tak już wymęczonej pulsującym bólem.
- Nie traktuj mnie jak zdrajcy - wysyczał.
- Nie zachowuj się tak - warknął zwiadowca ale młody nawet na niego spojrzał.
- Ani jak rekruta - dokończył Smoke co spotkało się z ogólnym prychnięciem.
- Ukończyłeś Akademię tylko za przepchnięciem Optimusa Primę - ogłosił Ultramagnus, wszyscy z zainteresowaniem popatrzyli na niego. Wszyscy doskonale pamiętali jak Smokescreen trafił na Ziemię i dlaczego Optimus zdecydował się mu zaufać. Już wtedy Rachetowi wydawało się to podejrzane.
- Ach tak? Czym sobie na to zasłużył? - zagaił medyk swojego przyjaciela.
- Bez znaczenia - wściekł się młody - Podobnie jak ta rozmowa, donikąd prowadzi! Czy wy naprawdę nie rozumiecie że narażacie c a ł ą naszą rasę? To, co z niej zostało?! Jak możecie siedzieć i czekać na zderzaku aż cony podejdą do jakiegoś złomowiska, to zajmie dni albo tygodnie, jeżeli już wywęszyły kopalnie! Tak, tak bee nie patrz się tak na mnie, jeżeli ty je znaleźć to oni też się zainteresują złożami a wtedy w ogóle nie przestaną terroryzować mieszkańców! Skoro uważacie że masz t a k a władzę, to proszę! Spróbuj je przepędzić!
- Przepędzić!? Jak zagłodzonego kundla, który kiedyś węszył pod naszą bazą?! Absurd! Co ci w ogóle odbiło!?
- Nie będę walczyć...
- Będziesz!! Wszyscy będziemy! Choćbyśmy mieli być ostatnim punktem obrony, zabierzemy do Wszechiskry wszystkie decepticony! I samego lorda też!
- Ja się na to nie piszę! - wrzasnął jeszcze głośniej niż przedmówca - A b s u r d e m jest to że chcecie dać się zabić w idiotycznej bójce, w czasie pokoju, zamiast go utrzymać!
Pięścią uderzył w stół. Był tak wzburzony że tylko pogorszył kwestie z pękającą mu głową. Rozmasował ją drugą wolną ręką nagle zupełnie wycieńczony. Miał dość. Ktoś z zebranych zamierzał znowu zabrać głos ale on już nawet niczego nie widział wyraźnie. Mój łeb...
- Jeśli tego chcecie, to ja odchodzę - sapnął i zmienił ton na twardy jak ruda stali - Odchodzę.
Jednym szarpnięciem zerwał z piersi czerwoną insygnie. Nie zwracając uwagi na zassane przez nich z szoku powietrze ani oniemiałe, rozdziawione buzię definitywnie zmiażdżył znak w dłoni i rzucił resztki na stół.
- To świętość! - Krzyknęła rozwścieczona Arcee odzyskując głos.
- To podział! - Wrzasnął w odpowiedzi i skrzywił się boleśnie, pole widzenia powoli zasłaniała biel. Pokręcił głową żeby odzyskać wzrok. Jęknął wyczerpany - Jak chcecie cokolwiek budować skoro nie przestajecie dzielić społeczeństwa na frakcje? Na kasty? Wszyscy! Jesteśmy tacy sami!
Nawet nie spojrzał na pozostałych uczestników konwersacji. Wiedział że na twarzach mają ten sam grymas i w iskrze są tak samo zdradzeni, oburzeni i wściekli jak zauważył to w oczach niebieskiej dwokolki. Dalsze negocjacje nie miały sensu.
Odwrócił się na pięcie a kiedy już wymaszerował, prawie równym krokiem, z sali z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi.
***
Bulkhead wyszedł z sali najciszej jak potrafił gdy tylko przyjaciele zaczęli przekrzykiwać się, jednocześnie klnąc na zachowanie młodego.
Zastał go opartego o ścianę na końcu odnogi korytarza po lewej. W tym miejscu kończyła się tarasem, łagodnie ujmując, gdyż całą ścianą kończącą korytarz została zburzona. Zakurzony fragment podłogi zawalały gruzy i potłuczone szkło, otaczało jeden ocalały fragment ściany ozdobiony lustrem o popękanej tafli. Znad krawędzi można by dostrzec ziemię oddzieloną wysokością siedmiu pieter.
Bury, do niedawna autobot, stał przodem do resztek lustra a oświetlony ciepłymi promieniami słońca niespieszącego się do zajścia, wygląd wyjątkowo ponuro.
A bulk nie wiedząc właściwie jak zacząć rozmowę stanął tylko obok i tak jak Smoke delektował cisza wieczora.
- Kazali ci tu przyjść? - Burknął w końcu młody bot - Masz mnie zawlec do kółka, żebym cofnął to co powiedziałem.
- Wszystko już zostało powiedziane. I nijak da się cofnąć czas. - odpowiedział bulk a widząc zdziwiona minę Smokea dodał ze śmiechem - Nawet mi zdarzają się przebłyski.
- Ale też nie przeproszę - powiedział kwitując żarcik starszego uśmiechem, który natychmiast zgasł - I nie wrócę.
Zielony kiwnął głową na znak że rozumie. W rzeczywistości zupełnie nie pojmował dlaczego młody Smokescreen tak bardzo się od nich odwrócił, nikt nie pojmował. Więc mimo wszystko zapytał.
- Dlaczego?
- Nie mogę brać udziału w tej rzeźni - usłyszał. Nie mogąc się powstrzymać spojrzał na granatowego że zdumieniem. Właściwie myślał że ten rozwinie co ma do powiedzenia ale zupełnie zignorował starego wreckera.
Więc obaj wgapiali się w złota kule która leniwie zaczęła chować się za horyzontem. Gdy tylko zauważalnie zmieniła kolor na pomarańcz zielony autobot poruszył się i zamiarem odejścia zawrócił w głąb korytarz.
- Bulk - Smoke zawołał za nim i zaczął niemrawo nie patrząc na bota - Ten dom, który mi wskazałeś. W ścianie jest dziura, pewnie po jakiejś detonacji, ale nie jest mała i przeszkadza, tak trochę...
Zielony bot który zupełnie nie wyczuł związku między sytuacja a prośbą, ochoczo zaproponował młodemu kilka rozwiązań budowlanych.
***
Smokescreen odetchnął z ulgą i śmiechem gdy tylko wreckers zniknął w korytarzu i już z pola widzenia czy słuchu. Był najwyraźniej bardzo zadowolony z zainteresowania młodego i najchętniej rozwinąłby temat o budowlance, gdyby tylko ten mu na to pozwolił.
Jednak Smokescreena interesowało tylko skuteczne załatanie dziury w ścianie mieszkania.
I był też bardzo zaabsorbowany przypadkiem lustra przed sobą.
Gdy tylko zielony się odwrócił tafla rozbłysła jak wewnętrznie podświetlaną bialą lampą a w świetle tłoczyły się kontury form tak bardzo że Smoke doznał leku że zaczną wypełzać z lustra. Jak w ludzkim horrorze. Po chwili ciała zastąpiły trzy postacie, każda lśniła jakby stojąc w biały świetle z wewnątrz, jeszcze biła na nią luna promieni i wszystkie nieruchome, a jednocześnie wprawiające miraż w ruch.
Przyprawiając młodego bota o ciarki nie chciały zniknąć i tylko potęgowały hałas w głowie Smoka jakby wsadzono mu tam wrzącą kadź do przetopu razem z całą fabryką.
I te mrożące szepty...

-------------------------------------------------
Część C:

- Smokie. Co to są za rysy na piersi, he? - Pytanie padło tak nagle i tak niewinnie ze sam Smoke pomylił je najpierw z glosem sumienia. Obejrzal sie na May ktora jak dotąd była bardzo pochłonięta upinaniem pod sufitem wiązanki z adawy. Albo udawała...
Stojąc na stołku wyciągała się na czubkach stop by móc dotrzeć do rogu sklepienia.
Niebieskie żyłki na stalowych płatkach oswietlały jej buzie słabym swiatlem, uwydatniajac gladkie policzki i zmarszczone brwi. 
- Smokie? - ponowila pytanie i zaraz zamknela usta z ktorych wychynal tylko czubek jezyka. Jak zawsze gdy skupiala sie mocno, tak jak w tym przypadku, by kazde kwiecie mocno trzymalo sie na drutach. 
- Slucham? - Spytal zaczepnie po tym jak zaszedl partnerke od tylu. Zaskoczona bezszelestnym pojawieniem sie bota, zakolysala sie niebezpiecznie i pochwili wpadka w ramionia Smoka. Zakwitle kwiaty ktore dotad trzymala z cichym szelestem opsypaly dwojke robotow tworzac tez malowniczy krag wokol nich.
Smokescreen byl dumny z siebie kiedy  udalo mu sie znalezc cale zrodlo swiezych kwiatow po tym jak skopiowal wspolrzedne z map Bumbeego.
Czy to bylo male oszustwo? Nie. Tylko mala wskazowka, albo trzy. Przeciez liczylo sie tylko to jak jego wybranka byla zachwycona polaciami kwiecia ktore eony temu dziko porastalo powierzchnie planety. Bylo tak wrazliwe ze roslo tylko raz na 4cykle*, rozkwitajac tylko przy wplywal dwoch blizniaczych ksiezycow. Przez wojne wymarlo calkowicie. 
Dlatego tym bardziej cieszyl sie ze sprawil kochanej femie taka niespodzianke...
I dopiero zorientowal sie ze ona cos do niego mowila. Dokladniej w chwili gdy uparcie odepchnela sie od niego w probie staniecia na wlasne nogi.
- Przepraszam... - Zaczal.
- Przepraszam?  Smoke! Ty mnie w ogole nie sluchasz - spojrzala na niego z wyrzutem nieudolnie maskujacym troske szklaca sie w optykach. Kiedy postawil ja juz na ziemie, przewrocila oczami w udaeanym poirytowaniu - Co sie dzieje? 
- Nic - tylko tyle, az tyle mogl przecisnac przez przetwornik. Kiwnela glowa zaznaczajac ze niepodobaja jej sie te zagrywki. Ani strzepione rysy na srodku klatki piersiowej. - Ach, to?! Ehm, zdjalem ja. Wiesz jestem slawny, nie chesz przeciez zeby inne rzucaly mi sie na szyje z powodu glupiego znaczka, nie? 
Usmiechnal sie tak nienaturalnie jak dla niego ze May nieomal sie przestraszyla. 
- Glupiego znaczka? - Zapytala cicho. O n a lubila tez znaczek. A dla niego ten znaczek byl wszystkim! Przeciez...nawet wiecej niz ona, bo inaczej nie rozdzielono by ich. Poslala mu spojrzenie ktore wyraznie mowilo ze nie pyta o to po raz pierwszy w ciagu ostatnich dziesiecu minut. 
- Smokrscreen, co sie stalo? Z insygnia - spojrzala na niego smutno - Z toba? 
Ach! Spodziewal sie po niej przynajmniej jakiegos zartu, moze "nie udawaj ze mial bys z tym problem" albo chociaz usmiechu.
Ale ona tylko stala przed nim, sztywna z zadarta glowka i placzem na czubku nosa. 
Jest smutek i niewinny brak pojecia byly okropnie ciezkie. Mimowolnie czul jak emocje go powoli przygniataja. Jakby z kazda troska dorzucano mu do paki kamien...
I dopiero teraz zrozumial ze ona czuje to samo caly czas! Caly jego niesmak, zal i i cala reszte, ona nosi jego brzemie codziennie  odkad szesc dob temu wrocil zgorszony i wsciekly z narady autobotow. 
Glupi, egoistyczny mech! 
Natychmiast palnal sie jedna reka w czolo i wolnym ramieniem przyciagnal kochana May zamykajac drobne cialko w uscisku. Mruczal "przepraszam, przepraszam..." we wszystkich znanych mu jezykach, nie zwazajac na to ze wpala jezyki przodkow jak i ziemskie "Im sorry, lo sino" czy "seiro" dopoki choc troche udobruchana botka nie przypomniala sobie o sponiewieranych zyjatkach hibitis** na podlodze.
...
*4 cykle - 4 pory roku? XD
** adawa hibitis 

***
Po tym jak May spowrotem poswiecila swoja uwage habziom i kurzom na polkach a Smoke wrocil do latania dziury w scianie czas minal im tak szybko ze bot nie zdazyl zdecydowac sie jak ma przekazac dziewczynie prawde. Cala prawde. Albo chciaz wiarygodne klamstewko...
Nie! Pfuj, badzmy szczerzy; lepiej mu wyjdzie gra na zwloke niz gdyby mial powiedziec jej w twarz jedna nieszczera uwage. W te wielkie, inteligentne, czyste jak wody w strefie rownikowej Ziemi, optyki.
Obawial sie tej rozmowy bo wiedzial ze ukochana przelozyla ja tylko ze wzgledu na jego komfort ale predzej czy pozniej zacznie go cisnac. Nie zniesie dluzej jego humorow, poczuje sie oszukana albo poprostu obrazi sie przez wystawianie jej ciekawskiej natury na pokuszenie. 
A ze "pozniej" nadeszlo predzej niz by sobie tego zyczyl, obwieszczone przez adawy otwierajace na oscierz paki po zmroku wiec zostal prawie sila wciagniety do pokoju sypialnego. Choc jeszcze rano tak sie cieszyl na kolejna noc z drobnym cialkiem ukochanej wtulonej w jego bok.
***
- O czym myslisz? 
Polozyli sie na meblu na plecach i tylko may odwrocila sie lekko w strone partnera. Ten zalozyl jedna reke pod glowe i udawal powage. 
- O takich malym botach ktore widzialem w szpitalu - odpowiedzial szeptem - Trzy slodkie, stworki.
Ona nie odpowiedzia ale po upartym wgapianiu sie w niego, smoke w koncu odwrocil glowe w jej strone posylajac szeroki usmiech.
- Tylko zartowalem - zasmial sie a niebieskooka mu zawtorowala poczym spowazniala
- Dlaczego w szpitalu? - Otworzyla szeroko optyki - Dlaczego tam byles?
- Z zadnego powodu - odpowiedzial szybko - Nic mi nie jest. Tylko...zgubiłem się, tak troche.
No i ma, przynajmniej nie mozna mu zarzucic ze klamal. Mayvies jednak nie wygladala na przekonana.
- No to powiesz  mi o co chodzi? - spytala z marsowa  miną ktora dostrzegl w slabym swietle swoich optyk - Wychodzisz jako  autobot,  a wracasz jakos tak...
Na to juz nie wiedzial co odpowiedziec.
Miala racje. Kiedy wrocil w srodku nocy z bazy autobotow, jak uparcie to sobie katalogowala, nawet nie wszedl do sypialni. Zalegl naburmuszony na sofie i nie zmruzyl optyki do rana a kiedy may wyszla do niego zaniepokojona halasem, zbyl ja nie silac sie na delikatnosc i kazal wracac do lozka. 
Pol nastepnego dnia nieodzywali sie do siebie, jemu nie przechodzil zly humor a ona uznala za punkt honoru unikac go jak ognia. Dopiero wieczorem nie wytrzymal chorej relacji i jak najszybciej postanowil naprawic te bledy. Do dzis nie mial jednak pojecia, czym sobie zasluzul ze mu wybaczyla. 
Przymruzyl optyki, ciagle zastanawiajac sie nad odpowiedzia. Najchetniej w ogole nie obarczal by jej tymi problemami ale  z drugiej strony... I tak wiedziala. No i tylko bardziej ja narazal...
- Poprostu...mamy kilka problemow. Mam wrazenie...wiem jak je rozwiazac! Ale oni nie chca mnie sluchac - jeknal zalosnie - Nie wiem, co mam robic.
- Nie mozesz wszystkiego naprawic - zauwazyla i tym razem polozyla sie u jego boku - A decepticony byly, sa i beda. Mysle ze na to tez nic nie poradzisz, to nie moglo sie udac...
Zwrocil spojrzenienie na nia i gapil sie zdawalo sie wiecznosc... Wiedzial jednak co chciala osiagnac.
- Nie wierzysz w to. Wierzysz we mnie - usmiechnal sie szeroko - Poklocilem sie ze znajomymi o sposob pokonania conow. Wszyscy boimy sie ze... Sprowokuja wiadroglowego. A kiedy juz wroci... 
- Nie bedziecie miec silnego lidera ktory mu sie sprzeciwi? - Zapytala unoszac brwi - Ilu was jest? Raz, dwa, piec... Niewazne. Jestescie zgodni i to czyni wasz silnymi, jeden megatron nie powinien sie w ogole wychylac.
Kiedy nieodpowiedzial kontynuowala
- Na kolonii byla Rada, Rada zawsze sluchala za czym glosuja mieszkancy koloni i wszyscy byli szczesliwi.
- Mowisz o demokracji? - spojrzala na niego - taki ustroj, wladza ludu. A Dynastia Primow byla od zawsze...
- I jak nazywa sie cos takiego?
- Chyba wladza absolutna - odparl po krotszym namysle 
- I takiej chce megatron? Pamietaj ze mieszkancow tej planety czy jakies innej jest wiecej niz jeden glupek ktory ubzdural sobie rzadzenie swiatem - w odpowiedzi uslyszala ciezkie westchniecie - Dlaczego autoboty nie porozmawiaja z Rada? Sa tutaj tak jak my wszyscy. Mogliby, napewno mogliby zebrac kilku dobrych wojownikow...
- Ludzie nie chca walczyc - przerwal jej - Wiem ze nie chca. Ale autoboty dążą do kolejnej wojny, nie widza innych rozwiazan. Nie chca widziec. Sa uparci jak osly!
- Co to osiol?
- Takie koniowate, powiedzenie. Nie rozumiem dlaczego oni nie potrafia wrocic do codziennosci, zadbac o rodakow. Siedza w tej swojej norze i tylko knuja knuja knuja. Wyobrazasz sobie ze bumblebee siedzi godzinami przed komputerem i sprawdza aktywnosc decepticonow?
- Co w tym zlego?
- Co w tym zlego? One sa wszedzie! To jest zuo. Wszyscy chodza wsciekli i nie wiedza czego chca, czekaja tylko az komus beda mogli strzelic w leb... Zrobili sie okropni odkad dowiedzieli sie o nowych conach. Nie widza zadnego problemu w masowej rozróbie z decepticonami, sa przekonani ze walka to najlepszy pomysl. A mnie uwazaja za niedoswiadczonego rekruta! Sami nie maja pojecia... Do tej pory wszyscy bylismy rownymi sobie kompanami a teraz... - Zagorzały medyk ostatnio zrobił się bardziej skory do walki niż Wheeljack. A ten już od lat był znany ze swojego porywu. Na wspomnienie dawnych lat na ustach autobota bezwiednie zagościł nikły usmiech. Wtedy mimo otwartej wojny z decepticonami w drużynie Prime'a panowała zgoda, nie kłótnie który truły i dzieliły ją teraz. Usmiech jednak znikl tak szybko jak się pojawił. Mruknal - Wszyscy zmienilismy sie odkad stracilismi optimusa ale odnosze wrazenie ze oni calkowicie sie cofneli.
- Wiec dlatego wrociles taki wsciekly - zamyslila sie chwile - wiesz ze nie mam nic przeciwko jezeli ciagle bedziesz zolnierzem...
- Ale ja nie chce nim byc! - Podniosl sie gwaltownie do siadu - I nie chce by ktokolwiek nim byl, nie widze takiej potrzeby. Uwazam ze mozemy zalatwic to pokojowo ale oni nie chca sluchac. Zrobili sobie plan, chca cala ekipa wysiekac legion decepticonow.
- Dlatego od nich odszedles?
- Tak
- W ten sposob tylko bardziej odsunales sie od sprawy... Powininies porozmawiac z czlonkami Rady, moze wspolnymi silami przekonacie ich.
- Nie... Nie chce nikogo wiazac w ten konflikt, juz i tak tobie niepowinienem o tym mowic - uniosl optyki i wgapil sie w sufit - To moi przyjaciele. Nie chce walczyc z nimi. Nie chce walczyc w ogole.
Mavies polozyla dlon na jego klatce piersiowej i sila popchnela na poduszki.
- Czasami nie mamy wyboru...
Mruknela ukladajac glowe na jego piersi i przymykajac optyki - A teraz idziemy ladowac ako.
Smokescreen polozyl wolna reke na jej talii wciaz zbyt pochloniety myslami zeby zmruzyc optyke.
- Dobranoc - szepnal.

***
Nagle wszystko pociemniało, a Smokescreen poczuł się jakby jakaś niewidzialna siła ciągnęła go w dół.

Usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Dźwięk którego nie powinno być słychać. Energon zaczął buzować w przewodach, przyśpieszając bicie jego iskry. Smokescreen wyćwiczonym wojskowym ruchem szybko ześlizgnął się z łoża i przykucnął na podłodze, transformując rękę w działko. Miał ku temu powody. Był środek nocy, a on n i e zapraszał gości.
Zareagował błyskawicznie - spuścizna po Akademii. Jej nauki mocno wryły się w pamięć.
Z głównego pokoju sączyła się do sypialni słaba łuna światła. Intruz penetrował ich mieszkanie w najlepsze. Autobot spojrzał na śpiącą fembotkę, nie obudziła się, czyli nie usłyszała hałasu. Chociaż tyle dobrego. Bezszelestnie przemknął się do pomieszczenia dziennego. Wyjrzał zza rogu.
Nic.
Nikogo nie było. Tylko niebieskie małe lampki w suficie dawały nikły blask. Rozejrzał się dookoła, penetrując wzrokiem mgliste ciemności. Wszystkie zmysły i sensory miał maksymalnie wyostrzone. W najwyższym skupieniu zaczął powoli posuwac się na przód. Broń trzymał na wysokości klatki piersiowej, w każdej chwili gotową do strzału. I wtedy znowu usłyszał hałas ale tym razem były to kroki robota. Obrócił się i zobaczył na ścianie kawałek cienia włamywacza, pokaźny bark mocno opancerzony, wydał mu się on dziwnie znajomy. Nagle enigmatyczna postać zaczęła szybko przemieszczać się w kierunku wyjścia.
- Stój! - krzyknął  Smokescreen. Wystrzelił z działka ale chybił. Puścił się w pościg za intruzem, lecz
cień umykał coraz szybciej. Do audioreceptorów autobota dotarł, zdawałoby się, szyderczy śmiech. Smoke wytężył się i rzucił do przodu, już prawie złapał napastnika, gdy wtem poczuł potworny ścisk w głowie. Nie! Nie teraz - zabłagał w duchu. Ale było już za późno nieznajomy zniknął w ciemnościach. Smokescreen szybko oparł się o najbliższą ścinę, zrobiło mu się słabo. Świat przed jego optykami zawirował jak myśliwiec w dzikim korkociągu. Ale nie to było najgorsze. Najgorszym był dziwny, donośny głos przeszywający głowę młodego bota na wylot, niczym kula pokaźnego kalibru. Kolana się pod nim ugięły. Nie wiedział, czy osuwa się na podłogę, czy jeszcze stoi. Ale jednego był świadom aż za dobrze, swojego imienia rozbrzmiewającego wszędzie.
"Smokescreen"
I nagle... nicość. Cisza.
Otworzył optyki i ze zdumieniem rozejrzał się wokół, znajdował się nigdzie, w eterze jaśniejącym białym światłem. Oślepiająca łuna zdawał się być żywa. A co jeszcze dziwniejsze mimo iż pod swoimi nogami nie dostrzegł żadnej powierzchni na której stopy znalazły by oparcie, stał. Nie miał pojęcia gdzie był, gdzie trafił... Może to Strefa Cienia? Ale nic w tej "krainie" nie odpowiadało opisowi Strefy. Tu wszystko jaśniało, błękit mieszał się z bielą. Przepływały przez siebie i opływały Smokescreena.
- Halo! - krzyknął. Odpowiedziało mu tylko echo.
Ruszył przed siebie, ale nim zrobił kilka kroków. Żywa, mglista materia wyprzedziła go i zlepiając się przed nim uformowała piedestał na którym zmaterializowała się Matryca Przywództwa. Artefakt z wolna obracał się wokół własnej osi. Bot nie mógł uwierzyć, nigdy nie widział jej na własne oczy, pamiętał jedynie ryciny z nauk u Aplhatriona. A przecież sam przedmiot zniknął, wraz z Optimusem... Podszedł i delikatnie musnął drogocenny, mistyczny przedmiot. Metaliczna rama z mnóstwem elementów prowadzących do świetlistego niebieskiego środka, który nieustannie promieniował siłą. W cichej do tej pory przestrzeni rozległ się tubalny głos rozchodzący się we wszystkie strony. Pradawny, wszechobecny i pełen potęgi wydobywał się jakby znikąd. Smokescreen nie znał go ale jego świadomość sama rozszywfrowywała znaczenie rozlegających się słów. Tak jak gdyby od urodzenia był zaprogramowany na rozumienie go. Język Primeów.
" Matrycy Przywództwa nie można znaleźć, tylko otrzymać".
I oto w błysku światła stanęła wielka postać robota. Młody autobot cofnął się o krok. Ale zaraz rozpoznał starszego bota stojącego przednim.
- Alpha Trion? - zapytał pełen zdziwienia.
Dawny mentor, którego Smoke rozpoznał w monstrualnym osobniku spojrzał na niego głęboko niebieskimi optykami, ale nic nie odpowiedział. Wyciągnął rękę i gestem przywołał do siebie cybertrojański atrefakt. Ten zaczął wirować coraz szybciej, aż nie zamienił się w błękitnawą kule. Od jej energii powietrze zaczęło wibrować. Wnet wokół Smoka pojawiło się więcej postaci, zamykając młodego w kręgu. Aytobot obrócił się aby przyjrzeć sie nieznajomym, ale już po chwili wiedział kim są.
Primowie.
Wszyscy, po kolei, Trzynastu wielkich Primeów. Na środku Alpha Trion, po jego prawej Prima, z lewej strony Vedor Prime. Smokescreen rozpozanał wszystkich. Solus Prime, Onyx Prime... Ich też znał jedynie z lekcji, z obrazków. 
Były mistrz młodego uniósł matrycę, która rozdzieliła się na dwanaście takich samych, każda przypadła na jedna pradawną postać przywódcy. Teraz wszyscy trzymali wirujące coraz szybciej artefakty i w jednej chwli spojrzeli na zamkniętego w kole bota.
- Co? - Smoke oprzytomniał i cofnął się o kilka kroków. - Co chcecie zrobić?
Lecz i tym razem nie otrzymał odpowiedzi. Zamiast tego Pirmowie posłali rozpedzone bęłkine wiry z prędkością światła wprost na Smokescreena.
- Nie! - krzyknął, ale było już za późno. Nie mógł uciec bo pociski nadciągały ze wszsytkich stron, otaczając go i krążąc z niebezpieczną prędkością wokół swojejosi. Ostanie co zobaczył to błyszczące oczy Triona.
***

Znalazł się w ciemnościach. Smokescreen poczuł się jakby jakaś niewidzialna siła ciągnęła go w dół, w otchłań. Mrok pochłonął go i wciągnął, a jedym dzwiękiem towarzyszącym mu w Czerni było jego imię. Wypowiedziane delikatynym przeszywającym szeptem.
"Smokescreen"...
***
Wyrwał go krzyk. Chwile mu zajęło zanim zrozumiał ze to jego własny. / Gwałtownie podniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał dookoła ciężko oddychając. Cały rozdygotany jedną rękę wsparł na łożu, a drugą jak najszybciej zaczął obmacywać swoją karoserię. Żył, czyli to był tylko sen. Przerażający sen... koszmar. Albo wizja... gdyby jeszcze dokładniej uściślić.
May podparła się na łokciu i półprzytomna wpatrywała się w niego optyka lśniąca w mroku jak ślepia jakiegoś kociego ssaka. Próbował pozbierać myśli ale głos zajął i zmroził jego umysł doprowadzając niemal do paniki. Powstrzymał w pół drogi dłoń partnerki która chciała dotknąć jego ramienia.
 - Kładź się. Proszę, już wszystko w porządku - wyszeptał, złożył na jej czole całusa, popularnego na Ziemi, i wykradł się z sypialni na dwór.

To już trzeci raz w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Oparł się ciężko o ściane domu i zaczął kreślić kółka na skroniach. Aphatrion, Primowie... Matryca. Zbyt wiele powtarzających się elementów by uznać to za szczęście albo przypadek.
Dlaczego teraz? Teraz gdy całe dziedzictwo umknęło mu, zostawiając go z nową nadzieją. Nowym Życiem.
Musiał znaleźć odpowiedzi.
Chociaż już jedną znał aż za dobrze. 
Cybertron. Ktoś musiał powstrzymać decepticony zagrażające planecie i życiu jej mieszkańców.

sobota, 4 lutego 2017

Cześć 2 - Zastępy na drogach...

– Dwóch, dwóch, jeden, dwóch i… dwóch – Rachet zaczął wymie­niać – A Kaon roi się od tego robac­twa.

– A czte­rech obsta­wiło stare Dark­mo­unt – wtrą­cił Bum­ble­bee – Na pół­nocy są liczeb­niej­sze grupy.

– Zro­bili sobie zjazd absol­wen­tów? – spy­tała reto­rycz­nie Arcee – dopiero co wygra­li­śmy z jed­nym mania­kiem cha­osu i kolej­nym a teraz kiedy wszystko powinno wyglą­dać jak kra­ina ener­gonem pły­nąca to jakieś bandy zwia­stują dobra nowinę? To błędne koło!
Nie­bie­ska dwu­kółka sta­nęła w roz­kroku i z obu­rze­niem splo­tła ramiona na piersi.

Dru­żyna zwy­cię­skich auto­botów zebrała się w pół­kole sto­jąc przed ekra­nem holo­gramowym zawie­szo­nym na ścia­nie. Whe­el­jack sie­dział na bla­cie naj­bliż­szego stołu, jed­nym z wielu usta­wio­nych w trój­sze­regu. Wszy­scy razem wyglą­dali gro­te­skowo, jak grupa uczniów kon­tem­plu­ją­cych nad jakimś wyjąt­kowo pro­blematycznym wąt­kiem nauko­wym bo oto roz­wa­żali istot­nie ważną kwe­stie w sali do naucza­nia o bio­tech­no­lo­gii.

Rachet wybrał to miej­sce losowo, spo­śród pokoi nie­za­le­ga­ją­cych pod gru­zem, jak więk­szość pra­wego skrzy­dła uni­werku, i tych które w cza­sie wojny prze­ro­biono na uży­teczny szpi­tal polowy. Byli bowiem w Cyber­troń­skiej Aka­de­mii Nauk Medycz­nych. Świę­tym Przy­tułku Racheta, jak lubił żar­to­wać Whe­el­jack. Rach zajął nie­gdyś oka­zały przy­by­tek w Pro­ti­hex ponie­waż mia­sto sąsia­do­wało ze Stud­nią Iskier i na miej­scu mógł zapew­nić poprawną opiekę ran­nemu Ultra­ma­gnusowi. Po tym jak sta­tek Neme­sis został trwale znisz­czony w bitwie z Uni­cro­nem pozo­stałe Auto­boty dołą­czyły do medyka w jego świą­tyni nauki orga­ni­zu­jąc tam swoją tym­cza­sową bazę i dom.

Smo­ke­screen który zde­cy­do­wał się na wspólne życie z Mayi dostał się na zebra­nie mostem który otwo­rzono mu natych­miast jak tylko prze­ka­zał Bum­ble­bee przez łączę wie­ści o ata­kach w mie­ście.

– Obry­wają cywile, Rachet wziął się z Knoc­kautem do pracy ale nastroje są bez­na­dziejne – zabrał głos Ultra­ma­gnus. Czer­wony lekarz na dźwięk swo­jego imie­nia podniósł wzrok znad cyber­troń­skiej wer­sji mikro­skopu któ­rym bawił się z zain­te­re­so­wa­niem. Odkąd on i Rachet zamiesz­kali stare kąty czuli się jak w swoim żywiole – Te bandy, jak je nazwa­łaś, zmu­szą auto­boty do powrotu w kosmiczną pustkę – dokoń­czył Magnus.

– A to wszystko przez jakieś bzdury o Mega­tro­nie. Zastępy Znisz­cze­nia podno­szą się z pie­śnią o powro­cie Pana na ustach – Burk­nął Bul­khead i prze­drzeź­nia­jąc cony zain­to­no­wał – Nasz Lord powróci zasiąść na tro­nie wszech­po­tęgi…

– Alle­luja – zakpił Whe­el­jack z krzy­wym uśmiesz­kiem.

– Roz­po­wia­dają jedy­nie to czego sami ocze­kują, wąt­pliwe by któ­ry­kol­wiek widział przy­szłość – wtrą­cił poważ­nie Ultra­ma­gnus. Spoj­rzał na Knoc­kauta który nie prze­ry­wa­jąc zabawy sprzę­tem wzru­szył tylko ramio­nami.

Wie­dział ze w tym zespole nie ma żad­nej pozy­cji i wie­dział że jego nar­cy­styczna natura oraz czarna prze­szłość wcale nie pomogą mu jej zdo­być. Rachet trak­to­wał go jako pomoc a medy­kowi nie przy­szło przez myśl sta­wiać się aku­rat jemu, nie dopóki mógł robić swoją ulu­biona prace gdzie tak się zło­żyło że bun­tu­jące się decep­ti­cony na bie­żąco jej dostar­czały. A w tej chwili naj­pew­niej koman­dor spo­dzie­wał się jakieś wska­zówki co do jego lojal­no­ści w obec­nej sytu­acji więc dezer­ter wzru­szył ramio­nami.

-Mega­tron odszedł na ehg, eme­ry­turę ale jeśli dojdą do niego słu­chy o rze­sze fanów od razu przy­leci tu rzu­cać hasłami. – znowu zaczęła Arcee.

– Zwłasz­cza o tak liczeb­nej rze­szy. Każ­dego dnia tych samo­zwań­czych zespo­łów poja­wia się coraz wię­cej – dodał Bee.

– Ludzie nazy­wają to jakoś deża­viu. To już kie­dyś było – Dodał Rachet spo­glą­da­jąc na Magnusa. Ten kiw­nął głową w odpo­wie­dzi.

– Dla­tego tym razem musimy pozbyć się tego nie zwle­ka­jąc, raz a dobrze – powie­dział. Kiedy wszy­scy zwró­cili na niego spoj­rze­nia dokoń­czył – Zalą­żek wojny wyglą­dał iden­tycz­nie. Zwierzch­nik Opti­musa upar­cie igno­ro­wał pro­blem co skoń­czyło się tak... a nie ina­czej.
– Jaki zwierzch­nik? – bąk­nął Jac­kie
– Sen­ti­nel Prime – odmruk­nął Bum­ble­bee i zwró­cił się do Ultra­ma­gnusa – Więc masz jakiś plan.
Ultra­ma­gnus pod­szedł do ściany na któ­rej wyświe­tlany holo­gram przed­sta­wiał pla­netę i zazna­czone na licz­nych obsza­rach kropki insy­nu­ujące pobyt wro­gich conów. Zaczął z grub­sza naświe­tlać plan dzia­ła­nia który spro­wa­dzał się wyeli­mi­no­wa­nia zagro­że­nia.
Smoke który od początku zebra­nia opie­rał się tyłem o kant stołu w ostat­nim rzę­dzie poświę­cał uwagę czer­wonym plam­kom, Bee miał rację mówiąc że ich liczba stale wzra­sta. Odkąd koman­dor włą­czył mapy zachod­niej strony pla­nety decep­ti­coń­skich sygna­łów przy­było w licz­bie dwu­na­stu. Cały tuzin! A wystar­czyło popa­trzeć jak rejony pla­nety już migo­czą krop­kami. Mar­twił się tylko o May­vies i ich wspólne miesz­kanko. Zaj­mo­wali lokum na tere­nach wschod­nich czyli po dru­giej stro­nie poka­za­nego glo­busu, nie widział więc i nie wie­dział ile conów czai się w ich mie­ście i oko­li­cach.
Od spo­tka­nia z tamtą dwójką na gru­zach wciąż miał ciarki. Wpraw­dzie sam się tam pchał ale gdy tylko uko­chana go dogo­niła prio­ry­te­tem stało się jej natych­mia­stowe wypro­wa­dze­nie z pola walki, choć na­dal nie wie­dział jak udało się jej unik­nąć. Nato­miast w samej posta­wie decep­ti­co­nów prze­ra­żała go róż­nica mię­dzy nimi a typo­wymi vehi­co­nami. Te nowe wyglą­dały dość inte­li­gent­nie, były też innej budowy, kolo­rów, miały inne uzbro­je­nie. Jed­nym sło­wem nie przy­po­mi­nały armii klo­nów a raczej poszcze­gólne jed­nostki jak Star­scream albo Dre­adwing.
Jego uwagę przy­kuł wybuch entu­zja­zmu ze strony wrec­ke­rów. Bulk zde­rzył swoje pię­ści jak to miał w zwy­czaju gdy był gotowy na dobrą roz­wałkę a Whe­el­jack zaczął para­do­wać ze swoją miną samo­za­do­wo­le­nia. Nawet Knoc­kaut sta­nął bli­żej auto­botów a Smoke dalej nie wie­dział o co cho­dzi.
Pod­szedł do medyka i szep­tem zapy­tał co go omi­nęło.
– Chcą wal­czyć – odpo­wie­dział czer­wony – Decep­ti­cony zmie­rzają do Kaonu ale Ultra­ma­gnus pla­nuje zwa­bić ich do Helex. Sko­czą mostem i zaata­kują wszyst­kich w jed­nym miej­scu. Swoją drogą coś Ty ostat­nio taki wyłą­czony?
– Nie wiem o czym mówisz – burk­nął Smoke – chcą zro­bić jatkę? Z przed­sion­kiem armii, sami?
– Toć! Chcą prze­ko­nać preda
– Chce­cie coś dodać od sie­bie!? – krzyk­nął Magnus jakby kar­cił dwójkę nie­sfor­nych ucznia­ków. Smoke zro­bił nie­winną minę po czym po chwili zasta­no­wie­nia zapy­tał
- Chce­cie z nimi wal­czyć?
Co zresztą Arcee skwi­to­wała zdu­szo­nym śmie­chem przy czym Rat­chet osten­ta­cyj­nie prze­wró­cił oczami, Magnus przy­brał minę wypro­wa­dzo­nego z rów­no­wagi i nawet Knoc­ka­out popa­trzył na tego „wariata”.
– Nie wiem gdzie byłeś jak Cię nie było ale tak! Znisz­czymy wszyst­kich. W Helex – wyja­śnił siląc się na spo­kojny ton koman­dor.

– Ale to dezer­te­rzy, nie? – Wtrą­cił Smoke, który powoli zaczął żało­wać, że się jed­nak ode­zwał – musieli tu przy­le­cieć na stat­kach kolo­nij­nych bo jak ina­czej, skąd by się tu wzięli taka harda?

– A jakie to ma zna­cze­nie? – Powie­działa Arcee jak zawsze scep­tyczna na każde jego słowo.

– Skoro byli tam to nie byli w służ­bie Lorda. Lord lubi czy nie lubi lojal­no­ści u swo­ich? – wyja­śnił – Może nie wróci na Cyber­tron, bo nor­mal­nie uzna, że z tchó­rzami się nie zadaje?
– To zawo­dowi żoł­nie­rze dzie­ciaku! – Smoke skrzy­wił się nie­znacz­nie co zmu­siło sta­rego bota dal­szego komen­tarza – Tak jak i Ty. Rekruci Auto­bo­tów czy Decep­ti­co­nów, wojow­nicy obu frak­cji, wrec­kersi, medycy i cywile. Wojna doszła do takiego etapu, że każdy, nie zależ­nie od wieku, płci czy sta­tusu zni­kał z globu i krył się w kosmo­sie. A Mega­tron jesz­cze bar­dziej ucie­szy się z rozum­nej i lojal­nej jak syn mar­no­trawny hołoty, która ma prze­wagę nad nami. Dla­tego trzeba to zdu­sić teraz. Zga­sić iskierkę buntu.

– Z pomocą pre­da­co­nów? – drą­żył młody, który poukła­dał sobie odpo­wiedź medyka – A nie przy­szło Wam do głowy, że to… nie wiem, jest samo­bój­cza misja?
Zapy­tał, dalej uda­jąc nie­wi­niątko.
– Nawet jeśli to powinno być dla Cie­bie zaszczy­tem, zgi­nąć jako wojow­nik – zare­cy­to­wał Whe­el­jack z małym uśmiesz­kiem. Młody bot miał już orzec, że „ni­gdzie się nie pcha” kiedy już sama ta myśl mocno go zanie­po­ko­iła. Odkąd uni­kał bójek?
– Bee był paso­wany na wojow­nika – powie­dział tylko i zwró­cił się do żół­tego bota – Zresztą sam mówi­łeś, że mamy pokój i prze­lany ener­gon to hańba! Opti­mus by tego nie chciał.
Wska­zany wojow­nik zawi­ro­wał tylko ogrom­nymi nie­bie­skimi foto­re­cep­to­rami i z przy­zwy­cza­je­nia zdu­sił komen­tarz. Atmos­fera po ostat­nich sło­wach Smo­ke­scre­ena zauwa­żal­nie zgęst­niała, nikt już nawet po sobie nie patrzył. Dopóki czer­wono-biały robot nie zabrał głosu.
– Ośmielę się zauwa­żyć, że Opti­mus na pewno poniósłby takie ryzyko – oznaj­mił cicho, ale sta­now­czo – Decep­ti­cony to plaga, trzeba się jej pozbyć, zanim Mega­tron wyczuje, że drży przed nimi cała pla­neta!
Jeżeli masz jakieś obiek­cje albo może od razu lep­szy pomysł to nie krę­puj się – prze­wier­cał bota spoj­rze­niem, nie docze­kał się odpo­wie­dzi – Tak jak myśla­łem. Nie mam poję­cia dla­czego robisz ten szum, zwłasz­cza że nie masz ku temu żad­nych powo­dów ani nawet argu­men­tów, żeby się wybronić. Dla­tego siedź cicho! I skup się na NASZYM pla­nie.
Dokoń­czył już mocno sfru­stro­wany Dok­tor.
– Pro­po­nuję zro­bić prze­rwę. Wró­cimy tutaj o zacho­dzie słońca, to jest – WY wró­ci­cie o zacho­dzie i dopra­cuje ten wspa­niały pla – wtrą­cił się słod­kim gło­sem Knoc­kaut - A my Dok­to­rze powin­ni­śmy wrócić do pacjen­tów, już i tak zostali za długo bez opieki.
Rat­chet wyko­nał nie­mal wdech i wypro­sto­wany jak struna skie­ro­wał się do wyj­ścia z sali, a zanim drugi medyk. Smoke był mu prawie wdzięczny za tą trafną scenkę i jed­no­cze­śnie zły za pomysł z ponow­nym spo­tka­niem. Koniec koń­ców obie­cał May­vies, że wróci przed zmro­kiem! Nie życzył sobie, by zosta­wała sama w domu, w teraz tak nie­bez­piecz­nej oko­licy, w nocy.
Dopiero kiedy mijał go już Bul­khead jako ostatni, młody auto­bot spoj­rzał na holo­gra­mową kulkę, która teraz prze­szła w spo­kojny tryb obra­ca­nia. Kiedy zajęła odpo­wied­nią pozy­cję, Smo­kie zoba­czył to, co zże­rało go jak Rdza gru­zo­wi­ska na Morzu.
Pół­nocno-wschodni region wokół Tarn a pośród konur­ba­cji Tyrest z nie­spo­kojną May­vies w ich miesz­kanku i szes­na­stoma czer­wonymi krop­kami w samym cen­trum mia­sta.

piątek, 3 lutego 2017

(GOTOWE) CZc 9 Smoke i Megs w Grobowcu.

Ogromne wrota roz­su­nęły się z sze­le­stem, odsła­nia­jąc prze­strzenny hall i wznie­ca­jąc tuman dro­bin atmos­fe­rycz­nych. Pomiesz­cze­nie oświe­tlały wieczne pło­nące świa­tła o sła­bym bla­sku csprawiało, że wiele kątów sali z nagrob­kami skry­tych było w cie­niu. Smokescreen i Mega­tron zeszli po scho­dach w głąb sieni z tą róż­nicą, że drugi roz­glą­dał się z chłod­nym zain­te­re­so­wa­niem. Pod ścianą na wprost scho­dów tkwiły na cokole trzy olbrzy­mie posagi, trzech pierw­szych z pierw­szych trzy­na­stu Pri­mów. Pod ich sto­pami leżały sar­ko­fagi kolej­nych Straż­ni­ków Matrycy, im dalej od monu­mentu, tym młodszy w kolej­no­ści był Prime.

Z tego wycho­dzi, że Opti­musa zło­żono by gdzieś przy wej­ściu, zauważył w myślach Lord. Zwrócił jed­nak uwagę na młodzieńca, idą­cego przed nim i omi­ja­ją­cego trumny. Bot zbliżył się do posągów i zaczął maj­stro­wać przy płycie i pal­cach u stóp gigan­tycz­nych dekoracji. Kolejny raz Mega­tron zwrócił uwagę na szczegół, że pomimo gęst­szego oświe­tle­nia w tej części gro­bowca światło nie­ do­cie­rało do maje­sta­tycz­nych popiersi, kryjąc twa­rze figur w mroku.

– Przestań podziwiać widoki jakbyś ni­gdy tu nie był – mruknął młody mech a jego cichy komen­tarz poniósł się echem po jesz­cze cich­szym gro­bowcu przy wtó­rze zgrzy­tów roz­su­wa­nej płyty. Pod posą­gami we wnętrzu podłogi schowały się schody.

– Cóż. Tutaj z pew­no­ścią mnie ni­gdy nie było – odpo­wie­dział cicho Lord, zacho­dząc mło­dego od tyłu i nie­uf­nie patrząc mu przez ramię na zni­ka­jące w ciem­no­ściach stop­nie – Dokąd pro­wa­dzą?

– Do labi­ryntu – odparł krótko były auto­bot i jed­nym susem znalazł się na scho­dach. Pozostawiony bez szcze­gól­nego wyboru Megatron ruszyłl za towa­rzy­szem.

Droga w dół nie dłużyła się, jed­nak panu­jące ciem­no­ści zmu­siły Smoke'a do zapa­le­nia świateł prze­ciwmgielnych na klatce pier­sio­wej. Szybko wyszli na pro­sty kory­tarz.

– Nigdy nie słyszałem o kom­plek­sie kry­ją­cym się w fun­da­men­tach gro­bowca – Zagaił Lord, przerywając dosłownie gro­bową ciszę w kory­ta­rzu i, jak miał wra­że­nie, pod­szepty dźwię­czące w cegla­stych ścianach.

– Tajem­nica – usłyszał w odpo­wie­dzi. Smoke odwrócił się do Mega­trona i napo­tkał gry­mas wyra­ża­jący poirytowanie więc dodał tylko – Pri­mo­wie nie lubią chwa­lić się swoimi zabaw­kami. Zwłasz­cza Ci Sta­ro­żytni. I mówiłem już, to labi­rynt. Sięga głębiej niż fun­da­menty, podobno można by nim dojść do samego rdze­nia pla­nety czy jakoś tak. Albo do Starożytnego Miasta. Rzecz jasna o ile nie pogubisz drogi.

W tej chwili minęli pierw­szy zakręt i lor­dowi ukazały się dziesiątki bram i odgałęzień po obu stro­nach kory­ta­rza. Stanąłl w miej­scu i tylko ogromną siłą wolipowstrzymał się od pusz­cze­nia bie­giem w drogę powrotną.

– Skąd mam wiedzieć że nie­chcesz mnie tu zakopać żywcem? – Zapy­tał, teraz mając pew­ność, że decy­zja przyj­ścia w jakieś zacza­ro­wane zaka­marki kryjące się pod salą pełną trupów była co naj­mniej lek­ko­myślna. Smoke przy­sta­nął przed Lor­dem. Rze­czywiście, jesz­cze na powierzchni przy­szedł mu do głowy taki pomysł.

Zacią­gnąć go tu, ogłu­szyć i zosta­wić na pastwę żyją­tek praw­do­po­dob­nie peł­za­ją­cych po powierzchni cegla­nych ścian. Takie pro­ste. Jed­nak gdyby taki plan miał sens Opti­mus pew­nie już dawno wcie­liłby go w życie; nie ma Lorda, nie ma wojny. Z dru­giej strony Smoke nie miał pojęcia czy Opti­mus rze­czywiście przy­ło­żył się do nauki na tyle, by poznać takie histo­rie Pri­mów jak wła­śnie ta plą­ta­nina archi­tek­tury. Nato­miast znik­nię­cie Mega­trona nie pomoże w obec­nejsytu­acji, a jeślii go tu zostawi to utrudni mu to powrót po Matryce, nawet jeśli Hra­bia Conów prze­pad­nie gdzieś w zagma­twa­nych ulicz­kach. Wyko­rzy­stał więc naj­le­piej prze­ma­wia­jący argu­ment.

– Jeżeli sam Opti­mus Prime ni­gdy nie pró­bo­wał Cię namówić na taką wycieczkę to naj­pew­niej miał ku temu powód. Albo naj­wy­raź­niej nie miało to racji bytu.

W tym momen­cie mię­dzy ścia­nami głu­cho jęk­nęło przy­pra­wia­jąc o dresz­cze samego Lorda Mega­trona. Odw­ró­cił się na pię­cie pró­bu­jąc obrać kurs powrotny, ale z głu­chym łosko­tem wpadł na ścianę. Nie ukry­wa­jąc zdzi­wie­nia zauwa­żył, że droga, którą tu przy­szli znik­nęła. Zwró­cił się do mło­dego auto­bota z żąda­niem wyja­śnień i jesz­cze bar­dziej ziry­to­wał się, kiedyy dotarło doniego, żee ten dzie­ciak bez­czel­nie się śmieje. Z niego! Mło­kos ruszył naprzód po to tylko by zatrzy­mać się przed szó­stym z kolei wej­ściem w odnogę kory­ta­rza na­dal nawet nie sta­ra­jąc się ukryć roz­ba­wie­nia.

– Trzymaj się mnie albo sam pogrzebiesz się tu żyw­cem – powie­dział wesoło.

– Co się tutaj wypra­wia? – Mega­tron dołą­czył do bota, który szyb­kim kro­kiem wystar­to­wał przed sie­bie – Zaw­sze uwa­ża­łem, że Pri­mo­wie to doprawdy zdzi­wa­czały gatu­nek.

– Rze­czywiście, są nie­zwy­kle oso­bliwy. Kory­ta­rze zawsze zmie­niają swoje poło­że­nie. Droga do labi­ryntu i ta z ni­gdy nie są takie same – odpowie­dział Smoke.

– Skoro tylko straż­ni­kom matrycy prze­ka­zuje się infor­ma­cje o czymś takim to po co te zabez­pie­cze­nia? Wła­ści­wie, jak w ogóle otwo­rzy­łeś płytę? – Przez dłuższy czas Lord i młody auto­bot lawi­ro­wali mie­dzy kory­ta­rzami – I skąd wiesz dokąd iść?

Zapy­tał Lord, kiedy mijali kolejne ślepe zaułki i bramy.

– Po pro­stu wiem. No i Matryca cza­sem ze mną roz­ma­wia – przy­znał się cicho bot – Tunele to żadne zabez­pie­cze­nia. Płytę, jak wiesz czego i gdzie szu­kać, otwo­rzysz nawet przez podwa­że­nie nożem. Więk­szość kory­ta­rzy to ilu­zja. A nie­które pro­wa­dzą do jakiś waż­nych rze­czy.

– Jakich rze­czy? – zain­te­re­so­wał się Lord i zwol­nił tro­chę ponie­waż przy­tło­czyło go uczu­cie jakby prze­strzeń zma­lała. Jakby zasy­pali ich toną ziemi – Jeste­śmy głę­boko pod powierzch­nią.

– Tak. Nie wiem co jest w tutej­szych skryt­kach- mruk­nął Smoke – może jakaś bron w magicz­nym arse­nale albo zwoje z całą wie­dzą kosmosu. Albo pro­wa­dzą do sieni naszpi­ko­wa­nych pułap­kami. Alpha Trion ni­gdy nie wcho­dził w szcze­góły.

Nagle zatrzy­mał się i z bli­ska przyj­rzał jed­nej ze sta­lo­wych cegieł. Naj­wy­raź­niej zna­lazł coś niezwykle satys­fak­cjo­nu­ją­cego, bo stwier­dził, że „są już nie­da­leko”.

Po kolej­nych cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność jed­nost­kach czasu tra­fili na łuk wej­ściowy do ogrom­nej fos­fo­ry­zu­ją­cej kom­naty. Mega­tron byłzdumiony, że coś takiego może się mie­ścić w trze­wiach pla­nety. Nie przy­po­mi­nał sobie by kie­dy­kol­wiek mapy poszcze­gól­nych warstw powierzchni zawie­rały jaką­kol­wiek infor­ma­cje o wydrą­żo­nych weń gro­tach.
Komora lśniła od cyja­no­wego świa­tła, któ­rego naj­wy­raź­niej źró­dłem był basen umiej­sco­wiony pośrodku sali oraz pul­su­jące żyły bia­łego ognia żło­biące czarne ściany. Woda w ogro­dzo­nym akwe­nie ota­czała posta­wiony na środku bogato zdo­biony postu­ment. Na jego bla­cie, czy raczej nad bla­tem uno­sił się eso­waty, chro­mo­wany obiekt z sza­fi­ro­wym kamie­niem, deli­kat­nie skrzą­cym się wła­snym bla­skiem. Dokład­nie jakby ktoś dla zabawy zawie­sił przedmiot na sznurku.

Mega­tron jesz­cze ni­gdy nie miał oka­zji oglą­dać Matrycy Przy­wódz­twa z tak bli­ska.

– Jest prze­piękna – powie­dział tylko i jak w tran­sie pod­biegł do samego brzegu basenu. Ocza­ro­wany nie­omal by wszedł do tego stanu cie­kłego i por­wał dyn­da­jący nad kamie­niem skarb. Pow­strzy­mało go tylko silne szarp­nię­cie przez poten­cjal­nego Straż­nika, któryry zdą­żył dogo­nić Lorda.

– Układ był taki, że jej nie tkniesz – wypo­mniał mu Smoke – Mówi­łem ci, że jest na Cyber­tro­nie i mia­łem racje. Mia­łem Cię do niej zapro­wa­dzić no i dopro­wa­dzi­łem. Jeżeli obaj chcemy mieć jakąś korzyść z tego cuda musimy się z tym pogo­dzić i nie kom­bi­nować prze­ciw sobie. Wymyśleć, jaki zro­bimy z niej teraz uży­tek.