sobota, 16 września 2017

(GOTOWE)CzC 7 - W poszukiwaniu porozumien

Odkąd cię odnalazłem, żadna z tamtych rzeczy nie ma znaczenia.

Jego własne słowa wciąż brzmiały mu w procesorze. Kłamał. Musiał.

Zaniósł partnerkę do sypialni, został z nią, póki nie zasnęła i nie miał tej pewności.

Ale każda minuta zwłoki paliła go, drażniła, szarpała. Uderzała jak młotem w strunę egoizmu, tego poczucia by zadbał o własne szczęście.

Nucąc jej, patrząc jak zamyka powieki, zrozumiał słowa Aplhatriona.

Żadnej kobiety nie możesz nazwać swoją, posiąść jej na własność. To jedno z tysięcy cennych świateł, którymi przyszło ci się troszczyć. Jedno z tysięcy, o których szczęście kazano ci zadbać.

Na ulicy transformował się w cybertroński czterokołowiec i z cichym pomrukiem pomknął w długą podróż poprzez noc.

Jak o wiele łatwiej byłoby skorzystać z mostu kosmicznego! Jedno połączenie, do Bulka albo nawet Knockouta i byłby na miejscu. Ale o ileż niebezpieczne. Gdyby któryś tylko zorientował się dokąd prowadza podane współrzędne zaraz zaczęliby pytać. Krzyczec, odciągać od pomysłu. Grozić, błagać.

A teraz nie potrzebował zamieszania, zwłaszcza w głowie. Potrzebował paliwa, siły, żeby uwierzyć, że to, co robi jest normalne i słuszne. Jest słuszne. Prawda? "Posłuchaj przede wszystkim siebie, posłuchaj tutaj" głos May poniósł się po jego głowie. Nie wiedział już, czy ukochana łagodzi jego troski, które na pewno oplatają ją jak lepkie macki, czy też naszło go wspomnienie jej rady, którą wyszeptała mu, zanim zeszli z dachu. Położyła mu dłoń na piersi, na Iskrze i powiedziała "Posłuchaj tutaj, i podejmij własną decyzję. Może dobrą a może zła. Ale własną".

Wyjechał daleko poza obrzeża a elektryczność na świecie była skąpa toteż autostrada tonęła w mroku. Skupił się wiec na współrzędnych z rejestru map. Jazda do stolicy decepticonów zajmie mu jeszcze kilka godzin. Dodał gazu chcąc dotrzeć tam, zanim noc się skończy.

Światła Kaonu rozbłysły na horyzoncie i Smokescreen poczuł się pewniej. Samemu w ciemności i ciszy nocy można dać się zeżreć wątpliwościom. Wjechał przez zachodnią bramę miasta i zwolnił, zwinnie omijając rozsypane na ulicach gruzy i śmieci. Kaon wyglądał tak jak zawsze, jak żywcem wyciągnięty z ziemskiego obrazka o tym dole ognia nazywanym przez ludzi piekłem.

Paliły się lampy a ich pomarańczową barwę potęgował ogień rozsiany po gruzowiskach i dym. Femme kryły się w budynkach i ich bramach, co niektóre chowając w ramionach pomniejsze formy, które początkowo bot wziął za minicony. Ale nie, one trzymały młode. Gdyby mógł pokręciłby głową z dezaprobatą. Dlaczego wracały na stare śmieci z nowym życiem skoro w miastach typowa zajętych przez autoboty jest sielanka? Decepticony wylegali na ulice, strzelając po ścianach i w niebo. Wrzeszczeli i skandowali jedno "Lord! Lord!". Powrót Pana tak jak mówił Bulkhaed. W atmosferze uwielbienia i euforii dało się wyczuć oczekiwanie. Im dalej wjeżdżał do centrum miasta tym napięcie było silniej odczuwalne.

Byli jak ta zgraja zagłodzonych i wściekłych futer nazywanych psami, które na ziemi rzuciły się na niego i Jacka, gdy ten chciał pokazać mu skarby na ludzkich złomowiskach. Smoke był pewien, że gdyby Megatron dal tym zgrajom znak ustawiliby się potulnie w rzędy armii i ruszyli spalić autoboty żywcem.

Zahamował dopiero pod schodami gmachu, który podczas wojny służył jako sztab główny i główna twierdza Lorda Megatrona zaraz obok Darkmount. Smokescreen nie musiał uważać na wykładach Ratcheta, żeby wiedzieć, że ten krył się w budynku. Pod drzwiami nie czyhał żaden strażnik więc bot stanął na nogi i pewny siebie wszedł do głównego holu w budynku. Niemal natychmiast skierowały się na niego wszystkie lufy. Nie zatrzymał się, tylko trochę zwolnił.

- Zaprowadzić mnie do Lorda! Natychmiast! - zakrzyknął głosem, jak miał nadzieję, rozkazującym i nieznoszącym sprzeciwu. Tak jak uczuli w Gwardii. Rzucił deceptom pod nogi swoją luźną broń (dwa karabinki blasterowe i nóż) pozwolił się przeszukać i jeszcze raz pogonił ochroniarzy, którzy we czwórkę zabrali go na spacerek przez ogromną twierdzę. Nim dotarli do pokoi Władcy Conów minęli szyby okien i młody z przerażeniem stwierdził, że niebo jaśnieje.

W tym czasie żołnierze otworzyli dwuskrzydłowe drzwi, które sapnęły w zawiasach po latach nieużytku. Wpuścili Smokescreena do środka i zobaczył on podłużny holostół na środku pokoju a naprzeciw trzy wysokie okna, boleśnie przypominające o umykającym czasie, i Lorda stojącego tyłem do otwartych drzwi. Kiedy decepty zniknęli zamykając pokój Lord Megatron obrócił się w stronę gościa a na jego twarzy pojawił się grymas zaintrygowania. Młody widział jednak po oczach, że stary dowódca go nie rozpoznał. To nic.

Smokescreen pewnym krokiem podszedł do ogromnego Cybertrończyka i z kieszeni lewej ręki, nie tej zazwyczaj uzbrojonej, wyjął dobrze ukryty zmieniacz fazy.

- Nie kojarzysz mnie. Nie szkodzi. Ale na pewno pamiętasz to - Rzeczywiście, Megatron uniósł brwi na potwierdzenie, ale doświadczenie mówiło mu, żeby dał młokosowi dokończyć - Byłem w drużynie Optimusa Prima. Tej na ziemskiej planecie. To ja podkradłem ci klucze omegi.

- Tak przypominam sobie - powiedział leniwie biorąc zmieniacz w oszponiona dłoń - Miałeś jeden schowany w trzewiach. Impulsywny, aczkolwiek inteligenty, utalentowany i efektowny zawodnik. Czego zatem szukasz sługusie prima?

- Porozumienia - lekki uśmiech schował się w kącikach jego ust w odpowiedzi - Nie jestem niczyim sługusem. I nie ma już Optimusa, komu jak komu, ale tobie nie umknąłby taki drobiazg.

Powiedział to i to z uśmiechem. "Optimusa nie ma. Nie wróci. Nie żyje. Zgasł". Przełknął tę gorzką pigułkę i odebrał z rąk Lorda niewinny gadżet, który ten oddał mu spoglądając na niego z zainteresowaniem.

***

Megatron wybuchł ochrypłym śmiechem. Smoke'owi przywiodło to na myśl psychopatyczny rechot, ale był tak ujmująco zabawny, że sam uniósł kąciku ust w uśmiechu.

- Pomyśleć... - M zachłysnął się na chwile i szponem otarł spod optyki nieistniejąca łzę - Pomyśleć, że kiedyś nagadałem podobnych bzdur Optimusowi - nadal chichocząc zaczął Smokowi tłumaczyć - Kiedyś stracił swoja tożsamość Prima i pamięć. Wmówiłem mu, że winę za stan Cybertronu ponosi Ratchet.

Znowu zaniósł się śmiechem. Młody nie mógł wyjść z podziwu, ze Wielki M może zgrywać takiego śmieszka. Były lord zamyślił się z szerokim uśmiechem na twarzy.

- Pogoń szalonego doktora za władzą trwa - wyszczerzył się jeszcze szerzej ukazując rząd kłów i zaczął chichotać - Tak to leciało! Pamiętam jakby to było wczoraj. Zaklinał się, że rozprawi się z Ratchetem, za te zbrodnie. Wtedy uważał się za Oriona... ciekawym co teraz powiedziałby, gdyby zobaczył, do jakiej sytuacji doprowadziły jego psy.

Smokescreen musiał przyznać, że skojarzenie Megatrona naprawdę było na miejscu. Uśmiech zszedł mu jednak z twarzy.

- Zapewne teraz przewracałby się w grobie. Gdyby w jakimś leżał...

Przerwał zmieszany. W żadnym wypadku nie chciał obrażać Optimusa. Nigdy tego nie zrobił i nie chciał tego zmieniać, rzucając obelgi teraz po jego smierci. To cios poniżej pasa i świństwo. A on miał do Optimusa Prime sporo szacunku.

Megatron zaciekawiony jego propozycją zaprosił go do stołu i zachęcił do rozmowy. Z każdą minutą jednak Smoke czuł się coraz mniej pewnie, im bardziej nakreślał sytuację. Czuł się nawet jak dzieciak, który poleciał z płaczem do nauczyciela, bo koledzy podstawili mu nogę. "Plose, Pana, bo oni som oklopni i psujom wsytko". Dodatkowo Megatron miał w sobie coś takiego co nakazywało mu schować się choć trochę pod stół. Słowem nie miał w sobie jakiegoś magnetyzmu i rodzinnego ciepła, którym emanował Optimus.

Przed faktycznym schowaniem się przed wzrokiem Lorda albo jak najszybsza ucieczka, podtrzymywał go jedynie fakt, ze Lord Megatron podszedł do problemu na poważnie. Oczywiście, czego mógłby się spodziewać po gościu, który całe życie poluje i dąży właśnie do takiej okazji? Dla Władcy Conów to właśnie rozbita drużyna Autobotów, brak ich lidera i przynajmniej kilkaset przygotowanych do walki decepticonskich żołnierzy, bez realnego zagrożenia ze strony kogoś jeszcze kogo świerzbią rączki na władzę - to wszystko jest jak wygranie miliona w toto lotka.

Dla Smokescreena to wszystko było bardzo oczywiste.

Jednak ciągle denerwował się jednym. Tematem Matrycy.

***

O młodym mechu dowiedział się już dość, by zainteresować się jego zdaniem. Wiedział, że bot był absolwentem Elitarnej tak więc od razu rozpoznał skąd w młodym tyle charyzmy, wyprostowana sylwetka i żyłka do konkretów.

Autobot - choć jak już teraz wiedział tylko bot - Doskonale ukrywał zmieszanie i biła od niego pewność siebie. Mówił do rzeczy, stawiał warunki, nie dawał sobie wejść na głowę.

Megatron połączył całą jego mimikę i mowę ciała oraz ton, z tym samym władczym Autobotem, którego widział w Helex.

Urodzony przywódca.

- Rozumiem, że o zmarłych się złe nie mówi - przerwał cisze - Nie będę ukrywać, ze zachowanie Autobotow specjalnie mnie dziwi. Optimus zawsze świecił przykładem, że każdy może być taki jak on. Prawda jest taka, że nikt nigdy nie będzie kimś innym. A Autoboty mają tyle tupetu, by myśleć, że mogą zająć jego miejsce. To jedynie wina złego przykładu i układania się cóż, z pospólstwem. No bo, spójrz tylko. Czy któryś z decepticonów próbował być mną? Za bardzo się boją, fakt, ale ten strach właśnie utwierdza ich tylko w przekonaniu, że nigdy nie utrzymają stołka. Nie tak, jak ja.

- Starscream. Starscream próbował...

- Och - Machnąłem reka - To tylko przypadek kliniczny. A teraz powiedz mi tylko, co ja mam z tym zrobić?


~~~

- Co ty masz z tym zrobić... - Smokescreen powtórzył jak echo. Czas wyłożyć ostatnią kartę.

Sprzedać ciało.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz