poniedziałek, 26 czerwca 2017

(GOTOWE)CzC 4

Starscream przechadzał się korytarzami Darkmount, obcasy wybijały spokojny, pewny siebie rytm kroku. Czego szukał? Sam nie był pewien, po twierdzy Megatrona można było się spodziewać wszystkiego, pułapek, min w podłodze, działek umiejscowionych w najmniej spodziewanych miejscach, kadzi do przetopu... wzdrygnął się na samą myśl o wielkim basenie pełnym gorącego stopu byłych wrogów Lorda. Miał cholerne szczęście spotkać się z tym cudem osobiście podczas jednej ze swoich ekspedycji w głąb tejże twierdzy. Niewinny korytarz, a w nim jeszcze bardziej niewinna stalowo szara posadzka, i kto mógł podejrzewać, że gdzieś tam czai się zsyp prowadzący prosto do kadzi. Było mu trzeba wcześniej rozeznać się ze wszystkimi zasadzkami, a nie na pewniaka łazić po Darkmount.

Bo to teraz moja warownia. Ja tu rządzę!

Może i moja, ale nieoficjalnie nadal panuje tu terror Megatrona. I jego demoniczne zapadnie - dodał w myślach.
Ciągle miał jeszcze kawałek osmolonego skrzydła, dobrze, że udało mu się transformować i wylecieć, zanim wpadł do bulgoczącej masy.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby za którymiś pięknymi drzwiami zobaczył zombie - mruknął poirytowany i zatrzymał się przed śluzą oddzielającą spenetrowany przez niego teren od tego, do którego od ponad tygodnia usiłował się dostać.
Wielkie wrota, wzmocnione i opancerzone - sprawdził to osobiście - wciąż uparcie stały na swoim miejscu.
- Czas na nieco mniej subtelne rozwiązania - stwierdził i uruchomił wcześniej już przytaszczone pokaźne plazmowe działko.
Broń zaszumiała cicho obudzonym do życia rdzeniem. Nagle w całej twierdzy zawył alarm.

- Nieznany obiekt w strefie pierwszej, nieznany obiekt w strefie pierwszej - zawyły głośniki Darkmount.
- No co znowu? - zaskrzeczał Starscream i opuścił lufę nielekkiej broni na podłogę. - Ciężkie - sapnął.
Podszedł do jednego ze wmontowanych w ściany paneli i wstukał kod dostępu odblokowujący kamery i działania obronne.
- Zobaczmy... hmm intruzi. - Postukał się szponem w monitor. - Intruzi kręcą się przy Darkmout, czyżby Decepticony? - Przybliżył obraz z monitoringu. - Tak, jeden Con, Insecticon i... Autobot?! Co tu robi sługus Prime'a? I dlaczego łazi z...?
Łowcy Nagród, zrozumiał.

- Nie będą mi tutaj węszyć - skwitował, wpisując protokoły obrony i zrzucając zdalne sterowanie bronią na nadajnik, w który wyposażył się miesiąc temu.
Kolejne znalezisko wśród skarbów Megatrona. Spojrzał jeszcze raz na wizerunek rozglądających się nieproszonych gości i zatwierdził rozkazy. Po czym pobiegł na spotkanie niczego nieświadomych natrętów.

Wyleciał z jednego z czterech osłoniętych pasów startowych i runą w dół prosto na intruzów ostrzeliwując ich ze swoich działek. Zaskoczeni nagłym atakiem trzej Łowcy rozpierzchli się w różnych kierunkach, szukając schronienia pośród powyginanych stert metalu. Jeden z nich obrócił się w biegu i wystrzelił salwę w kierunku komandora. Star wykonał unik i zrewanżował się rakietą. Hardy intruz o czerwonej karoserii został odrzucony do tyłu przez wybuch.
Szary decepticon śmignął przed siebie, po czym z wprawa nawrócił nad kryjówkę pozostałych Łowców. Z przyjemnością runął w dół, przygotowując lufy do ponownego ostrzalu, ale w ostatniej chwili, gdy wróg i ziemia z niebezpiecznie bliska szczerzyli się do niego, postawny robal wyskoczył na niego. Za późno, żeby zmienić kurs i Insecticon i Seeker zderzyli się w locie, po czym obaj runęli na dół wznosząc tuman kurzu i iskier. Starscream w ostatniej chwili transformował się i przekoziołkował w trybie robota. Wściekły poderwał się w momencie, gdy czerwony autobot zaczął do niego strzelać a robactwo z wrzaskiem rzuciło się na niego.

- Wynoście się! - Wrzasnął głośniej niż Insecticon i posłał w jego stronę ostatnią rakietę. Insecta odrzuciło w tył. Czerwony mech jednak wykorzystał nieuwagę Seekera i zwalił go na ziemię, przystawiając ostrza do gardła. Starscream pisnął czując, że napastnik nie żartuje. Czerwony zamachnął się w zamiarze zadania ostatecznego
- Czekaj! - Wychrypiał fioletowy mech, zabezpieczając broń i podchodząc do decepticonów. Czerwony spojrzał na niego zdziwiony a Starscream uśmiechnął się drapieżnie i wyszarpnął rękę. Szponami wpił się w twarz autościerwa i pociągnął w dół, zostawiając w blasze na piersi głębokie bruzdy. Zraniony z bolesnym rykiem odskoczył w tył a Seeker wykorzystując swobodę wziął nogi za pas i zerwał się do biegu, by po paru krokach wzbić się w niebo.
Klnąc na wszystkich Primów, zrobił koło nad intruzami spodziewając się z ich strony ostrzału. Jednak decepticony szybko stanęli na nogi i w trójkę ruszyli do twierdzy.
- Oooo tak! - Podniecił się Seeker, wiedząc już, że obcy nie spodziewają się ataku ze strony zabezpieczeń twierdzy. Starscream zakręcił jeszcze raz w powietrzu i podleciał do Darkmount, transformując się nad lądowiskiem. Spojrzał w dół i satysfakcją patrzył jak załączone zdalnie działa, znajdują wroga i rozpoczynają ostrzał.

***

Knockout usiadł do panelu sterującego mostem i postukał szponami o blat. Był wyjątkowo sfrustrowany biegiem wydarzeń.
Nie mógł uwierzyć, że młody tak po prostu wystawił ich i że autoboty ciągle upierają się przy walce.
Ogromny predacon, który do tej chwili grzecznie czekał przy bramie mostu, żeby wylecieć i zacząć ziać postrach, przeciągnął się jak wyjątkowo rozleniwiony ziemski kocur i zaorał pazurami podłogę, zostawiając w niej głębokie wyżłobienia. Medykiem wstrząsnęło na ten dźwięk i widok.
- Czy ty nie potrafisz zachowywać się jak cywilizowana bestia?! - Jęknął, a kiedy dotarło do niego co powiedział jęknął znowu - I nawet nie masz pojęcia jak to trudno naprawić!
- Przesadzasz. Zawsze przesadzasz - Warknął King po tym, jak umiejętnie stanął w formie robota - Wyglądasz beznadziejnie.
Medyk najpierw zmrużył optykę a po chwili zaczął w panice macać karoserie.
- Miałem na myśli minę - mruknęła bestia, warcząc gardłowo, gdy czerwony z ulgą doszedł do wniosku, że nie zaliczył żadnej rysy - Jesteś jakiś mniej denerwujący.
- Ja, denerwujący? - Sapnął w odpowiedzi - Trochę szacunku gadzie! Jestem samolubny, narcystyczny i cwaniak ze mnie, ale nie jestem denerwujący!
- Nie da się ukryć ani trochę! - Zaśmiał się tubalnie zielony autobot wchodząc do pokoju - To miano należy się Skrzeczącemu.
- Skrzeczący Denerwujący Pierwszy - zamruczał Predaking szczerząc kły w uśmiechu.
- Coś cię gnębi Knockout? - Spytał Bulk, gdy już przestali się śmiać.
- Eh wszystko, zielonku, wszystko - westchnął medyk i podrapał się szponiastym palcem po brodzie - Czy Smokescreen opowiadał jeszcze coś ciekawego? Na pewno tam na zewnątrz jest ciekawiej niż... No cóż, tutaj.
- Ma dużo pracy - odpowiedział a widząc rozmarzoną minę rozmówcy uśmiechnął się szeroko.
- Jakiej pracy? - zapytała bestia, siadając na zniszczonej podlodze - I czemu nie walczy z wami? Zawsze czułem, że ma Iskrę wojownika, gdyby był Predaconem rozniósłby tę planetę w kosmiczny pył!
Knockout wymienił spojrzenie z Bulkem. Nie dało się ukryć, że Smokescreen przyszedł na świat, żeby walczyć, do dziś pamiętał jak uparcie walczyli o zmieniacz fazy...dalej walczą.
- Smokescreen...wydobywa energon - zbył ich zielony.
- Górnik? - Zaśmiał się medyk - Został górnikiem? Rzucił to wszystko, żeby zostać Królem Ropy?
- Energon...oddaje potrzebującym - skłamał bulk - Wiesz jak trudno wyrobić normę w tym szpitalu, na Cybertronie są ich tysiące...
- Ale czemu nie walczy? - Warknął Predacon.
Bulk chwile myślał nad dobrą odpowiedzią, nie chciał zdradzać tajemnicy Smoke...
- Cóż, ma dużo pracy... Powiedział mi, że przegramy z decepticonami - zadumał się przez chwile przypominając sobie jego slowa - Nasza porażka sprowokuje większy odwet.
- Tak powiedział? - Spytał czerwony - Dlaczego mam wrażenie, że on ma racje, we wszystkim...
- Bo zapewne ma... racje - odparł zielony - I dlatego, dopóki jesteśmy w temacie. Weź to, otwórz, przejdź i znajdź, jeśli...kiedy coś pójdzie nie tak.
Czerwony medyk przyjął ze zdziwieniem mały cyber z danymi, nie miał problemu z odgadnięciem zawartych współrzędnych.
- Nie wierzysz, że misja się uda? - Zapytał zdumiony.
- Wierze, że...zawsze przyda się dodatkowa siła ognia.

***
Toczył się koło za kołem plując sobie w brodę, że znowu zataił coś przed Mayvies. Ukochana wiedziała tylko, że wyszedł z domu do pracy. W kopalni.
W rzeczywistości po kilku godzinach jazdy w pewnym sensie wkroczył na wybrukowane złotem ulice Iaconu i jego podniebne szlaki.
Stolica, pomimo zniszczenia prawie że w całości - zbombardowana, ostrzelana, zabrudzona przelanym energonem, trupami i kurzem - wciąż imponowała swoją błyszczącą, bogatą i nasraną przepychem naturą, jakby sama śmiała się z poczynań Megatrona.

I ty śmiertelny głupcze, miałeś czelność niszczyć miejsce zbudowane przez ręce bogów? Miejsce, w które przelali własny biały energon i wtopili całe swoje szczodre i zdobione jestestwo?
Chore i zepsute do samego szpiku, jakby powiedział Optimus.

Iacon był jedynym w swoim rodzaju miastem na Cybertronie. Jego obszar z daleka wygląda jak wyrwane z podłoża i zawieszone w powietrzu ogromne spirale, poprzecinane pomniejszymi. Do dołu było daleko dlatego, choć nigdy nie odkryto kto to zrobił i w jaki sposób, pod miastem rozciągała się niemal naturalna przezroczysta bariera a przecinające ją nieliczne kanały, prowadzące do pnia miasta, były poprzecinane grubymi kablami energii elektrycznej.
Pomiędzy wspomnianymi wyżej spiralami rozciągały się autostrady i główne szosy, ulice i uliczki, które wyglądały jak żyły i aorty pompujące życie miasta jak energon do jego Iskry, którą było Centrum wraz ze wznoszącymi się ku niebu oszklonymi Iglicami, a pomiędzy drogami stały platformy z budynkami i zawieszone płyty z domami i mieszkaniami.

Oczywiście tak wyglądało wszystko przed wojną. Iacon był pewnym sensie sztuką samą w sobie i perłą architektury a fakt, że teraz wszystko wygląda jak ścięte drzewo żeliwne, wszystkie drogi i budynki zostały powalone i zalegają w dziurze tylko drażnił Smokescreena. I jednocześnie przerażało.
Większość pozostałej drogi do celu musiał pokonać piechtobusem, jednak po mozolnym pokonywaniu przeszkód dotarł do starego Archiwum.

Przed nim rozciągał się doprawdy ponury widok.
Trzy obdrapane, gołe ściany. Kilometry zasłane kamieniami. Stare szkielety oblazłe korozją, wystające ponad gruzowisko.
Śmietnik. Cmentarz.
Smokescreen mimowolnie zacisnął pieści, szczękę. Odwrócił wzrok.
Tyle zostało z dawnej krypty Alpha Triona.
Ruina.
Zamrugał, żeby powstrzymać okropne pieczenie pod optykami.
Chciałby dowiedzieć się co stało się ze staruszkiem.
Czy... Czy zgasł broniąc krypty? Bo on zawalił swoje obowiązki?
Nawet jeśli miał nieść Klucz, nawet jeśli... jeśli stróżowanie nad reliktami było jedynie przykrywką...
Nie.
Nie mógł dłużej chłonąć ponurego widoku.
Nic tu nie znajdzie, niczego się nie dowie.

Na szczęście do wieczora jeszcze daleko, dlatego Smokescreen postanowił odwiedzić jeszcze jedno miejsce.
W końcu nadzieja umiera ostatnia.

~~~

Mauzoleum wyglądało dość przytłaczająco. Patrząc na wzniesiony budynek dostawał ciar, mimo że słońce leniwo pokonywało horyzont i posyłało swoje promienie rozświetlając cały krajobraz. Smokescreen przeklął się w Iskrze za słuchanie tych wszystkich Mikowych historii o duchach bo teraz wyobrażał sobie tylko, że nad szaro-srebrną, ogromną budowlą migocze księżyc w pełni, unosi się mgła a z dachu podrywają się do lotu czarne ptaszyska krakając głośno. Aż dostał ciarek.
Mimo wszystko postanowił dokończyć swojego dzieła i wlazł do grobowca, powtarzając sobie, że przecież duchy Primów nie wzywałyby go, gdyby miały go skrzywdzić. Nie?

Stanął pośrodku wielkiego holu. A raczej wewnątrz małego kręgu, tworzonego przez stojące do okola głazy pamiątkowe i pomniki.
Przypominając sobie wszystkie wskazówki starego przyjaciela, usiadł krzyżując nogi i zamknął oczy.

Czekał.
Uprzątnął myśli. Czyste myśli, czysta wizja.
Czekał.
Gdy tylko przez powieki ujrzał światło z zadowoleniem je uchylił.
Brzegi jego pola widzenia zakrywał błękit. Wszędzie błękit i biel.
Staruszek nachylił się nad nim i przez prześwit białego widma ciała młody bot widział druga stronę.
Paciorki z miękkich drucianych witek z brody staruszka załaskotały go po twarzy.
Z uśmiechem wstał i poszedł za staruszkiem.

~~~

Gdy obraz znikąd nabrał naturalnych barw Smokescreen stal już przed płytą, na której spoczywały trzy ogromne posagi.
Uzyskał odpowiedzi.
Kłaniając się przed rzeźbionymi postaciami wyszedł z auli grobowca.

*** 
Stał nad powalonymi przeciwnikami celując w nich ze swoich działek transformowanych z obu rąk. Insceticon, łowca nagród i jakiś sporawy Autobot leżeli podbijani na kupie.
- Ostrzegałem, żebyście się stąd wynosili - zachrypiał Starscream, wziął głęboki wdech, mimo iż nie potrzebował powietrza do życia to czynność ta pomogła mu uspokoić bijącą jak młot iskrę. Zmachal się i to całkiem porządnie jak na taką malutką bitewkę.
Czyżbym wyszedł z wprawy w walce? No tak trochę się w Darkmout bezczynnie kisiło...
Wyrwawszy się z myśli spojrzał na niedoszłych napastników.
- Żałośni jesteście - skwitował z pogardą. - Chcieliście mnie pokonać? S t a r s c r e a m a? - przeliterował swoje imię. - Wielkiego Komandora Decepticonów? Chyba wam się procesory przegrzały! O ile w ogóle je macie.
- To co chcesz nas wykończyć czy będziesz tak stał gadał i trząsł wydechem jak baba? - do przodu z prowokacyjnym tonem wyrwał się rdzawoczerwony Bezimienny Autobot.
Star się zamyślił.
- Może daruje wam, wasze nędzne życie...
- O nie - sapnął najwyraźniej poirytowany Bezimienny - Będzie chciał iść na układ! To już lepiej nas zastrzel!
- Zamknij się Roughedge - warknął na niego Łowca Głów.

Jego czerwone optyki intensywnie wpatrywały się w Komandora. Jedna miała nadbudowę, która powiększała receptor wzroku, wyglądał jakby miał na nim połączone z głową szkiełko powiększające. Podciągną się do góry i stanął na równi z wciąż czujnym i mającym ich na muszce Starscreamem. Przekrzywił głowę nieznacznie na bok.
- Jestem Shadelock, Łowca Nagród, układy to moja specjalność.
Obecny włodarz Darkmout skrzywił się na te słowa.
- Nie próbuj być cwańszy ode mnie, nikomu to jeszcze na dobre nie wyszło - powiedział ale opuścił nieco działka, jednak te wciąż ustawione w pozycji bojowej jarzyły się czerwonym światłem jakby chciał dać znać, że w każdej chwili negocjacje mogą się zakończyć trzema trupami.

- Proponuję ci hmm... całkiem ciekawą informację w zamian za opuszczenie z nas celownika. Plus później nasze łowieckie umiejętności do wynajęcia oczywiście. Nie pracujemy za frajer, a po tym co usłyszysz sądzę, że ci się przydadzą.
- Taaa skuj, skuj, skuj w kajdankach jestem twój! - parsknął z ironią Roughedge. - Po prostu marzę, żeby pracować dla tej szui - posłał pogardliwe spojrzenie do Starscreama i wściekłe do swojego szefa.
- Zawrzyj modulator Roug albo ci go wyrwę! - warknął Shadelock. - Chyba już zapomniałeś, że to ode mnie zależy jak szybko twoja iskra zgaśnie!
Naburmuszony pyskaty Bot odwrócił głowę i zajął się wygrzebywaniem spod Insecticona
- Rusz się ty kupo metalu, zgniatasz mnie! - Pacnął go w pancerz, na co tylko ogromny robal zawył szyderczo i jeszcze wygodniej umościł się na klnącym pod nosem Autobotem.

Starscream z niesmakiem spojrzał na cały ten cyrk, po czym zwrócił się do przywódcy szemranej grupki:
- Gadaj co to za "tajna informacja", oświeć mnie.
Shadelock zmrużył optykę jakby się jeszcze zastanawiał.
- Autoboty szykują szturm na Hellex. Chcą zmiażdżyć niedobitki Decepticonów, które wyległy na ulicę na wieść o powrocie Megatrona.
Oczy Starscreama rozszerzyły się nieznacznie, co jednak nie umknęło Łowcy.
- Jeśli jesteś zainteresowany rozwojem wydarzeń to z chęcią zrelacjonujemy ci ich przebieg, przy okazji możemy usunąć kilka niewygodnych dla ciebie autobockich elementów wszystko... ma się rozumieć za odpowiednią cenę.
Komandor z powrotem podniósł transformowane z reki działko na wysokość iskry Shadelocka.
- Spokojnie - negocjator uniósł ręce w obronnym geście. - My wywiązaliśmy się z umowy - postąpił pewny siebie krok naprzód i nagle powiało od niego trupim chłodem. - Pora na ciebie.
Niegdysiejszy pierwszy oficer Wielkiego Lorda Decepticonów poczuł się dziwnie nieswojo. Gra wymykała mu się z rąk, a jedną z rzeczy, do których szczerze nienawidził była utrata kontroli nad sytuacją.
- Powiedzmy, że informacje przez was przekazane są satysfakcjonujące - Star wyprostował się dodając sobie tym pewności, po czym jego przedramiona z dźwiękiem transformacji wróciły do swojego pierwotnego kształtu kończyn robota.
Łowca wykrzywił twarz w parodii uśmiechu.

- Cieszę się, że udało nam się porozumieć. Wiedziałem, że nowinki o Megatronie i Autobotach przypadną ci do gustu - ostatnie zdanie wypowiedział ciszej, tak że tylko stojący z nim twarzą w twarz komandor mógł go usłyszeć.
Zanim jednak odszedł do swoich współpracowników, Starscream przytrzymał go za ramię szponiastą dłonią.
- Zwiad i informacje bez konfrontacji - Powiedział sucho - Listy z plikami oczekuję od razu.
Shadelock kiwną głową i chciał wyszarpnąć się z uścisku, ale Star wzmocnił uścisk, wbijając końcówki ostrych palców w karoserię fioletowego Decepticona.
- Ale jeśli zdradzisz - jego głos zgrzytał jak źle naoliwione przekładnie - Pożałujesz, że nie odstrzeliłem ci wcześniej łba.

***
- Załatwmy kilku cichcem - szepnął Wheeljack, przestępując z nogi na nogę.

- Wtedy reszta się rozproszy - odpowiedział Bumblebee mierząc widok przed sobą.

Autoboty przeniosły się do Helex niecałą godzinę temu, zajmując miejsca, z których byli niewidoczni dla nadciągających conów.

Decepticony przemierzały wymarłe miasto i jego prochy w akompaniamencie ryku silników ziemskich wehikułów i latających, śmigając nad głowami kryjących się botów. Tworzyli grypy lub dreptali w pojedynkę, w milczeniu. Ponura zgraja w we wszystkich kolorach tęczy jak pielgrzymka na paradzie równości i tylko krwistoczerwone ślepia działały jak znak stop, ostrzegając, żeby nie włazić im w drogę, gdy mozolnie wędrują do bram swojego Lorda.

Bee oderwał się od tej kilkutysięcznej trupy, gasząc głos rozsądku i echo słów "to samobójstwo". Machnął na Jacka i Arcee, aby ruszyli za nim i skierował się ku zejściu ze zsypu gruzu na zrujnowaną drogę.

~~~

- I jak?

- Bez zmian, czyli zgodnie z planem - zameldował zwiadowca. Ultramagnus kiwnął głową i ruszył wzdłuż ściany. Nieopodal, przez wyrwę widział cienie deceptów idących przeciwległą przecznicą. Pamiętał plan miasta i doskonale zdawał sobie sprawę, że jeśli teraz ich zaatakują, zaatakują środek grupy i rozproszą się na dwa skrzydła, wróg wpadnie w ślepe zaułki a oni odetną im ostatnią drogę ucieczki. Decepticony wpadną w pułapkę a on, wykorzystując element zaskoczenia wybije wszystkie te ścierwa, co do jednego.


- Idziemy - warknął, ale jego słowa zagłuszył huk i sypiące się fragmenty elewacji

- Kurde! - krzyknął Bumblebee jednocześnie, odruchowo kuląc ramiona. Odwrócił się w stronę, z której dobiegł hałas i skrzyżował spojrzenie z zielonym wreckerem.
- Gdzie Wheeljack?! - Wrzasnęli niemal jednocześnie.
- Był z tobą! - zauważył Ratchet podchodząc do obojga i nie przerywając majstrowania przy swoim adioreceptorze.
- Był! - Wrzasnął Magnus, zbliżając się do grupy - Czy on zawsze musi coś odpieprzyć!?
Na końcówce zniżył głos i bynajmniej nie dlatego, że przeklął. Obok ich kryjówki rozległ się tupot stóp, to decepticony zerwały się biegiem i w gotowości biegnąc na miejsce katastrofy.

- Co teraz? - Sapnął Bee.
- Wyrżnąć wszystkie - Syknął Ultramagnus, ale znów niedane mu było dokończyć.
Zza pleców autobotów dało się słyszeć, głośnio i wyraźnie, piskliwy jak podniesiony o kilka oktaw wrzask jakby jego właścicielowi wyrywali żywcem szpilki.

- Decepticony!

~~~
Niebo przeciął ryk potężnych silników F-22, a następnie cichy pisk i w już i tak ledwo stojącą budowle trafiły obie rakiety a efekty przyprawiły Wheeljacka o optyczne podniecenie. Już po chwili, w płomieniach i przy wtórze charakterystycznego stukotu, na piedestale z powalonej ściany stanął srebrny i równie płaski co wątły decepticoński komandor.

- A ten tu czego - jęknęła dwukółka, obserwując cybertrońską wersję Wurst*. Wheeljack uśmiechnął się pod nosem, próbując jeszcze bardziej wtopić się w gruz. Przybycie tego dupka zaalarmowało decepticony a te, ustawiając się w kółku oczekując ogłoszeń parafialnych odcięły im drogę ucieczki. Jednak jak to kiedyś Wheeli usłyszał, drogi ucieczki są zawsze dwie; albo wrzucisz wsteczny, albo pojedziesz do przodu. W tym czasie Starscream zaczął od skrzeczącego nawoływania rzekomych braci, co białemu wreckerowi brzmiało raczej jak krzyk godowy rozjechanej żaby, której nie zaspokoili w marcu...niż porywająca przemowa o wsparcie, jak wywnioskował z tego pierdolamentu, jednocześnie nie wsłuchując się w treść.

Po szybkich oględzinach uśmiechnął się szerzej i zaczął przeciskać, o drut nie miażdżąc przy tym drobnej Arcee, która stała mu na drodze.

- Co ty robisz - syknęła, kiedy naparł na nią i ostra krawędź kamienia boleśnie wpiła jej się w plecy.
- Komandor mówił, że mamy go załatwić - odpowiedział i, nie przerywając uśmiechu ani prób, przecisnął się obok, zostawiając uwolnioną femme.
- Co? Co?! - Krzyknęła za nim szeptem, ale wrecker nie słuchał. Coraz bardziej zbliżał się do zajętego przemową decepticona.

- Nawet. O. Tym. Nie myśl! - Wrzask w słuchawce był tak okropny, że mimowolnie się skrzywił. Rozejrzał się po tłumie i w końcu nad nim, dostrzegł autoboty, które ciągle próbując zachować tryb incognito jednocześnie i jednoznacznie gestykulowali, że ma przestać albo będzie wpierdol.
- Wheeljack - syknęła Arcee - Wheeljack!
Tylko Primus wie, dlaczego decepticony jeszcze się nie zorientowały.

~~~

Gdyby oddychał, z braku tlenu przez powstrzymywanie tej funkcji, już by się udusił.

Właśnie czuł, że Iskra kończy bieg, kiedy obserwował jak Wheeljacka dzieli tylko trochę ponad metr od Starscreama. Jak błyszczy jego ostrze katan wysuniętych z pochw, jak Starscream odwraca się do niego i jak zebrane decepticony zaczynają wyć alarmująco.

- Idiota - Medyk jęknął jak męczennik.
- Zamach! - Wrzasnął Starscream.
Naraz zrobiło się zamieszanie, cony zdjęła panika.
- Zamach! - Bee obserwował jak srebrny con gwałtownie cofa się, by w następnej chwili ciężko wylądować na bagażniku pod górką - Zamach! Ratujcie swojego nowego lorda!

Wheeljack został na górze ze skrzyżowaną bronią i wyrazem konsternacji. Bee mu się nie dziwił, głowa, którą miał ściąć, właśnie wyślizgnęła się spod katowskiego ostrza.
- Autoboty!
Ryki wystraszonego wroga zmieniły się gardłowe okrzyki jednostek gotowych do walki.
- Do ataku! Zgasić wszystkich! - Wrzasnął Ultramagnus i wystartował rozpoczynając ostrzał.

***

Knockout siedział przy stole i zafascynowany perfekcją płynąca z czynności sterylizował noże i mizerykordie, gdy przez pomieszczenie przedarły się decybele alarmu. Buczenie i wycie ucichło, dopiero gdy czerwony bot z konsternacją dotknął panelu i ekrany zalała fala zdjęć sześciu wskaźników biometrycznych.
Sześć autobotów w stanie zagrożenia życia.

~~~

Mayvies zakręciła się w wokół własnej osi i głośno zaśmiała. Jej partner dołączył do niej i kładąc jej ręce na talii próbował wprowadzić w rytm. Muzyka. Basy, gitary i dzikie dźwięki wydobywane z bębnów i płyt złączonych w perkusje wypełniały pomieszczenie wprawiając dwójkę oblubieńców w szaleństwo.

Fembotka po chwili wyczula nadany przez towarzysza krok i razem wariowali po pomieszczeniu w piruetach i miarowym kołysaniu. Po chwili jednak Smoke puścił fembotke i obserwując jak sama wiruje w oszałamiającym rytmie podszedł do blatu gdzie zostawił energon na ogniu.

Kiedy ściągał z internetu kawałki rocka poznane dzięki Miko wcale nie myślał ze kiedyś będzie się nimi dzielił z kimkolwiek, a już w ogóle w takiej lekkiej chwili jak ta.

To było prawdziwe szczęście.

Oderwał wzrok od gibkiego ciała May i właśnie wyłączył palnik, kiedy przez rozdzierające dźwięki dotarł do niego miarowy pisk. W ułamku sekundy spojrzał na trzymany na polce czujnik zbliżania i dostrzegłszy towarzyszące dźwiękom czerwone mrugnięcia wyciągnął spod blatu zawieszony pistolet plazmowy. Zdążył przeładować a May znalazła czas, żeby wyłączyć muzykę, gdy na środku pokoju otworzył się ogromny zielony wir. Bot wycelował wen bron, gdy ze środka wypadł bot o czerwonym lakierze.
- Okesree...aghr! - intruz natychmiast wpadł na oparcie cybertronskiej sofy i poleciał do przodu.

Fembotka na taki obrót sprawy głośno parsknęła śmiechem i Smoke nie mógł się nie uśmiechnąć. Knockaut jednak zebrał się już z podłogi i ledwie zaszczycając dziewczę spojrzeniem strzepnął niewidzialny kurz z ramienia.
- Smokescreen! Musisz wracać ze mną. Już! - Choć minę medyk zachował pokerową to nad drżącym głosem nie panował. Parze już nie było do śmiechu, bot pojął od razu.
- Poszli walczyć? Cholera! - Zaklął po angielsku. May zrobiła duże oczy, ale nie ważne wyjaśni jej później. Chociaż... Primusie! Dlaczego z nią nie zostanie?
Nie, nie mógłby. W tej sytuacji cały czar zabawy prysł a on już nigdy nie naładuje akumulatorów bez wyrzutów sumienia. Musi tam iść.

- May, obiecaj ze nie wyjdziesz z domu, zostań tutaj. Obiecaj!
Nie czekając na odpowiedz zamknął ją w silnym uścisku.
- Smoke, oni tam zginą... - Zaintrygowany bliskością tej dwójki i przede wszystkim obecnością tej fembotki medyk nie mógł powstrzymać się od cichego komentarza.
Zanim Smokescreen puścił ukochana wyczul jak cała drży.
W następnej chwili dopadł już z Knockoutem wiru i obaj zniknęli za jego tafla.


- Uważaj na siebie - wyszeptała zduszonym głosem do pustego już domu.

niedziela, 4 czerwca 2017

Czc 3 punkt D - Zielony przyjaciel

Przed nim wznosil się typowy w cybertronskiej architekturze blokowiec. Prostokatna budowla ciagnela sie prostopadle do ulicy i podzielona byla na cztery kwadraty robiace za pojedyncze, jednorodzinne domostwa.
Szedl powoli szerokim chodnikiem az znalazl szczegolnie wyrozniajacy sie domek. Pod drzwi, tak jak i u sasiadow, prowadzily niskie schody. Front budynku byl wyjatkowo lsniacy, dach zalatany i Bulkhead doskonale zdawal sobie sprawe ze dom mial wszystkie cztery sciany. 
Stanal na ostatnich schodach i mocno zastukal w stalowe tworzywo drzwi
***
Mocne miarowe uderzenia wyrwaly ja z letargu. Do tej pory spokojnie drzemala na sofie w salonie lub gladzila platki kwiecia. 
Zazwyczaj kiedy Smokie wychodzil do pracy w gornictwie, ona wylegiwala sie w mieszkaniu, w ktorym zreszta prace remontowe nijako stanely. Jednak dzisiaj wrocila wyczerpana z Centrum gdzie pomagala opatrywac nowych rannych. Niecale poltorej tygodnia temu i przez ostatnie dwie doby decepticony nie szczedzily sil na terroryzowaniu spolecznosci Tyrest. 
Teraz zdenerwowana podniosla sie z mebla i wpatrywala w korytarz w ktorym znikaly drzwi wejsciowe. Pukanie sie powtorzylo. Kogo nioslo? Ive zabraklo rak do pracy? Srodkow? 
Ruszyla wiec do wejscia probujac ominac gole kable ciagnace sie po podlodze wzdol sciany. Tylko dlatego ze polmrok tworzony przez lsnienie pekow adaw tworzyl klimat nie poganiala smoka z montowaniem oswietlenia i energi w domu. Zatrzymala sie przed malym panelem-wizjerem ktory bot tak wspanialomyslnie naprawil.
Niespodziewala sie ze w oknie usmiechnie sie do niej szeroka geba nalezaca do starszego, szerokiego bota z czerwona insygnia na zielonej piersi.
Autobot 
Odruchowo cofnela sie, zaslaniajac reka usta i az podskoczyla kiedy dudnienie sie powtorzylo. Smokescreen jasno dal jej do zrozumienia ze ma nie otwierac obcym. I Autobotom, choc ona i tak zaznaczyla ze nie zna jego kolegow. Dziwila sie tylko czy partner bardziej dbal o jej bezpieczrnstwoo czy poprostu tylko z jemu znanych powodow chcial zachowac  jej istnienie przed znajomymi. 
Patrzyla jak zrezygnowany schodzi po schodach i z ugla wycofala sie. Zapominajac o pokreconym balaganie. 
W moment zaplata sie o okablowanie, wywracajac sie na sciane i kiedy juz efektownie padla tylem na podloge pociagnela stopa kolejny kabel ktory ladnie przewrocil lampy stojace w rogu konczacym korytarz a te robiac jeszcze wieksze widowisko spadly z hukiem na blaty zbijajac przy tym szklane fiolki i karafki. Donośny huk rozlał się echem po całym mieszkaniu. Iskra zaczęła jej bic jak szalona. "Czy nieznajomy usłyszał, ten hałas?
Niezdara! Oczywiście, że usłyszał! Chyba, że jest głuchy, w co Mavy jednak mocno wątpiła.
Zza drzwi znowu dopieglo pukanie. 
***
Bulk podrapal sie chwile pod broda.
Rumor z wnetrza domu zabrzmial tak nagle i tak groznie ze nie mogl nie wrocic pod drzwi.
Te podluzszej chwili rozsunely sie gladko w bok i w przejsciu stanela drobna fembotka. 
Jego mina musiala w tej chwili wygladac wyjatkowo przyglupio bo fembotka przywowala znaleźć Smoke'a. usmiech.
- Moge w czyms pomoc? 
- Tak...  Nie... Tak... - dukal przez chwile mierzac obca. Nie wysoka, zgrabna. Bez kol, skrzydel wiec i bez wehikulu. Czarne druciki okalajace twarz uciete na krotko i uplecione w warkocz opadajacy na ramie w grafitowym kolorze, caly pancerz, primitywnie zabudowany miala w graficie - Szukam Smokescreena 
Powiedzial w koncu. Obca rozejrzala sie nerwowo wzdloz ulicy jakby szukajac ratunku i nie spieszac sie z odpowiedzia jakby zastanawiala sie ktora wersje wybrac.
- W porzadku - usmiechnal sie milo. Miko zawsze powtarzala ze ma golebie serce, brutal ale w sercu bardzo empatyczny i wrazliwiec - Znamy sie jak kuse psy a ostatnio nie daje znaku zycia. Wiesz gdzie go znajde?
- Wiem Yhm ... - mruknęła powiedziala roztargniona i przygryzla warge - Nie ma go. Ale chyba wiem, gdzie możesz go znaleźć.
Kojarzyła stojącego przednią olbrzyma z opowieści Smkoe'a. 
- Bulkad? - zapytała zielonego bota, próbują przypomnieć sobie jego imię.
- Bulcked - poprawił ją i uśmiechnął sie nieznaczne. 
- Ach tak... - powiedziała ciągle jakby zamyślona. Zastanawiała się czy zaprowadzić owego bota do Smokescreena. Ostatnio wrócił bardzo zły, wręcz wściekły  z narady jego drużyny. Przez myśl przemknął jej obraz karoseri Smoke'a z pustym miejscem po środku klatki piersiowej, bez insygni Autobotów. Jeśli miała szansę naprawić cała tą sytuację to nadeszła ona teraz i przyszedł czas żeby ją wykorzystać. 
Zielony przybysz przestąpił niepewnie z nogi na nogę.
- Jeśli przyszedłem nie w porę to przekaż tylko Smokescreenowi, że byłem i żeby się odezwał - Już miał zamiar schodzić ze stopni, gdy fembotka zatrzymała go.
- Zaczekaj! Jeśli chcesz możemy pójść razem. Zaprowadzę cię do niego - zdenerwowanie i niepewność znikły bez śladu. - A tak przy okazji, jestem Mayvis.


 Szli między zniszczonymi budynkami, niedgdyś piękne cybertrońskie konstrukcje, dziś tylko sterta rdzewiejąvego metalu i powyginanych drutów. Gdzieniegdzie tylko ostały się większe części infrastruktury, mgliście przypominające czasy świetność planety. Niestety wszystko zniszczyła wojna, a to co zostało zrównały z ziemią niedawne ataki Decepticonów. 
- Co za ponure miejsce - skomentował Bulcked.
- Mniej więcej tak teraz wygląda cały Cybertron - odparła Mayvis.
- W innych częściach przynajmniej jest życie, a tu... nic kompletna cisza.
Fembotka zaskocona słowami swojego niedawnopozananego towarzysza przystanęła w miejscu. Wcześniej nie zwróciła na to uwagia, ale zielony kolega Smokescreena miał rację. W tym miejscu nie było niczego, jakby całe życie wymarło w tym sektorze eony temu. Tutaj panowała cisza, nie ta kojąca lecz zimna i grobowa. Taka przy której robot zaczyna się czuć nieswojo. 
- Lepij stąd znikajmy - zasugerował Bulcked. - Takie miejsca zawsze mi śmierdzą półapkami Decepticonów.
Po wypowiedzeniu tych słów rozejrzał się podejrzliwie dookoła jakby chciał prześwietlić gruzy optyką. 
Mayvis przyjrzała się uwarznie walącemu się budynkowi przed nimi i uniosła hardo głowę.
- Tędy - zakomenderowała i wskazała pokaźną dziurę. 
Całe szczęście, że (tu imię jej przyjaciółki, nie wiem czy ma to być jakaś fema z kolonii więc zostwiam to do naszego rozmninienia xP ) powiedziała jej gdzie przebywał Smokescreem, w innym razie szukali by go go nocy. 
Po pokonsniu przeszkody, która lada moment mogła im się zwalić na głowę ujrzeli grupę botów uwijających sie jak w ukropie przy rozbiórce jakiejś równie podejrzanej budowli, jak ta za plecami Mayvis i Bulcka. A wśród nich stał Smokescreen ładując na sanie repulsorowe kawały metalu.

***

- Uwaga tam! - Krzyk przedarl sie przez zgielk panujacy na placu i wszyscy ostrzezeni naprezyli sie w nadludzkim wysilku czujac jak stalowe lini rwa im sie z rak.
Smokescreen tak jak i jego trzej kompani za plecami zaparl sie o ziemie i zaczal ciagnac line oraz popuszczac ja wedlug wyraznych wskazowek kierownika, wszystko po to by wyrownac platforme z ciezkim zaladunkiem i bezpiecznie odstawic cenny material ktory nim byl. Kiedy juz odzkyskali kontrole nad sytuacja, kilka innych botow podeszlo do platformy asekurujac ja  a kiedy opadla na bale wszyscy zabrali sie do przeladunku.
Mlody bot odplatal stalowe wlokno uwalniajac pocharatane palce. Ciecia i opdarcia u rak i palacy niczym ogien bol miesni nog i plecow pod pancerzem dawaly mu znak o miejscach o ktorych wczesniej nie mial pojecia. Nie mniej byl cholernie szczesliwy, praca dawala mu sporo satysfacji a zmeczenie motywowalo do kolejnych zadan za ktore ochoczo sie zabieral.
Przeciagnal sie jak kot i kiedy cos chrupnelo mu w adamantiowym krzyzu, ochoczo ruszyl do zdejmowania zaladowanych plyt konstrukcji.
- Pomoz mi - jeden bot klepnal go w ramie i razem szarpneli pozostalosc z niegdys okazalej budowli.. Smoke wzial jedna strone i syknal gdy jej zaostrzona kanty wbily mu sie w palce. Razem z szaroniebieskim ciezko ruszyli do sani. Byli prawie u celu kiedy wszyscy obecni wyraznie zaczeli sie denerwowac. Mimo ze nieliczni probowali niedopuscic do siania paniki i tak kilku cybertronczykow zaxzeo sie sliesznie przemieszczc, wielu zywo dyslutowalo i wyraznie wszytkim udzielil sie stres.
- Co sie dzieje? - Smoke krzyknal do Cybertronczyka ktory mijal ich szybkim krokiem.
- Decepty?! - Zapytal drugi, szaroniebieski.
- Autobot! 
- To, czego panikujecie? - Sapnal Smoke marszczac brwi. Przestraszony bot machnal rekami i szybko oddalil sie w przeciwnym do potencjalnego zagrozenia kierunku. Mlody spojrzal na towrzysza ktory w odpowiedzi wzruszyl ramionami. 
Widac, jego niezbyt przerazala wizja wizyty autobota ale Smokescreen... Czul ze zepsuje mu to caly dzien. Inni na budowie rowniez zdawali sie byc niezadowolynimi  z wizyty bota. Mlody przebil speszony tlum zwrokiem kierujac spojrzenie tam gdzie inni pokazywali sobie palcami poteznego zielonego transformersa. Widok Bulka akurat w tym miejscu przestal mlodego dosc szybko dziwic... O ile przyslal go UltraMagnus to zrobil to po to zeby doswiadczony inzynier skontrolowal sytucje... Albo zolnierz cywilow...
Natomiast o palpitacje iskry przyprawila go drobna, grafitowa i bolenie znajoma postqc fembotki idaca dziarsko u boku Bulka. Smoke szerzej otworzyl optyki o maly drut nie upuszczajac stali na stopy kolegow. Ogromntym wysilkiem woli pomogl ja odstawic i ruszyl do Mayvies.
Poczul wyrazne zdenerwowanie kiedy wytykali i ja, szepcac o tym do czego i dlaczego towarzyszy botowi.
Czul przy tym gniew bo to jemu nalezaly by sie cegi za takie...kontakty. Mayvies absolutnie nie ma z tym nic wspolnego! Ale tutaj, bez frakcji, traktowali go jak jednego ze swoich, sąsadzia i przyjaciela. Przewrocil wiec oczami zdenerwowany wyborem pomiedzy podbiegnieciem do ukochanej w towarzystwie olbrzyma a zaczekaniem na rozwoj wydarzen. Oczywiscie nie podjal decyzji bo w moment partnerka rzucila sie sprintem i zaraz uwiesila na jego szyi. Mimowlnie usmiechnal sie i objal ja w talii sciskajac lekko.
- Mialas nikogo nie wpuszczac - szepnal szarmancko do jej audioreceptora - Do mieszkania...
- Jak ci opowiem to mnie zabijesz - odszepnelo w jego czujnik sluchu a jej cialo zawibrowalo od duszonego smiechu. W tym czasie wrecker doczlapal do stojacej na srodku pary i Smoke odstawil ukochana na ziemie, dopiero orientujac sie sa... Sami, w trojke. Wszyscy odeszli zachowujac dystans ale wciaz rzucajc ukradkowe ciekawskie i wscibkie spojrzenia, ciekawi kzdego wymienionego zdania.
- Mozemy porozmawiac, mlody? - Zapytal zielony - Musimy obgadac kilka spraw...
May wyczuwajac nieswoje samopoczucie smoka scisnela jego dlon.
- Bulk chcial tylko pogadac...
- Tak. Wiem... Nie mamy o czym - odpowiedzial i odwrocil sie ciagnac przy tym fembotke za soba. Ta odwrocila sie do Bulka i wzruszyla ramionami w gecie przeprisin ale on juz ruszyl wslad za granatowym.
- Musimy pogadac, smoke. Teraz. - Omiotl plac zwrokiem - W cztery oczy?
Smoke zwolnil az w koncu stanal, femma wyszarpnela reke z jego uscisku. Czemu sie tak zachowywal? Naprwe nie byl juz autobotem, zolnierzem ani...ich przyjacielem. Nie powinien prowadzic prowazic tej konwersacji ale przeciez noe mial nic do urycia...
- Mozemy porozmawiac tutaj, jestem pewien ze nue ma powofu niczego zatajac przed obywatelami w a s z e g o Cybertronu...
- Smokescreen. Wolalbym na osobonisci... Nie wszyscy musza wszystko wiedziec...
- Smokescreen! - Zawolal mloego jasnofioletowy bot z czarnymi wstawkami - Pomoz przy nawierzchn! 
Smoke pokiwal glowa
- Widzisz? Mam robote. Pogadamy... Kiedy indziej.
Chcial dalej ruszyc ale May uzyla clego zapasu sil zeby go powstrzymac. Bulk juz otworzyl usta ale weszla mu w zdanie
- Sluchaj no! - Pacnela partnera w srodek klatki piersiowej - Narazilam zycie, zeby choc troche naprostowac ci swiatopoglad. Narazilam zycie, zeby przyprowadzic go tutaj. I narazilam zycie w ogole otwierajac mu drzwi - zrobila obrazona minke wyginajac kaciki ust w podkowke - Docenilbys to, wiesz? 
Smoke popatrzyl na nia z politowaniem. Byl cholernie ciekawy c o zawyzlo nad jej decyzja ale nie moal ochoty dluzej ciagnac tej farsy. Dlaczego oni musza wszystko psuc? 
Odwrocil sie do fioletowoczarnego bota i ruszyl za nim do usterki. W nawierzchni drogi ziala wypalona i poszarpana dziura, efekt jakiejs zapewne widowiskowej detonacji. Mlody zwinnie wskoczyl do srodka i czekal na narzedzia. Doszedl do wniosku ze May napewno zostanie tutaj z nim i wieczorem razem wroca do domu. Co do Bulka to mial nadzieje, ze sobie w koncu pojdzie. Jakze zludna, na granatowego padl duzy cien i ten spojrzal w gore na bota stojacego na skarpie.
- Pogadajmy, u ciebie w domu.
- Mozemy pogadac tutaj - warknal
- Nie. Wiem o czym myslisz i i tak uwazam ze musimy to zalatwic miedzy soba. 
Smoke odwrocil sie do towarzyszy pracy i poslal im blagalne spojrzenia, niech jasno fioletowy wstawi sie za nim jeszcze jeden raz!
Ale on tylko machnal reka, jak Jack ktory pozbyeal sie natretnego pustynnego owada, dajac tym samym znak ze mlody jest wolny. Bulk usmiechnal sie szeroko chociaz wiedzial ze uszlo mu to tylko ze wzgledu na frakcje. Nie mniej smucil go troche fakt ze cywile wyraznie unikaja autobotow... Podal mlodemu dlon i wciagnal na gore. Mlody westchnal cierpietniczo i powlokl sie w strone z ktorej zielony przyszedl, po drodze jakby odniechcenia obejmujac mloda fembotke w talii. Bulkhed nie mogl sie pozbyc wrazenia silnej czulosci jaka emanowala ta dwojka. Dolaczyl do nich.
***

Smoke zapatrzył się w ścianę przytłoczony widzianymi scenami. On, jego koledzy, boty skrobiące ściany w nadziei na mały kruszec. ( chlip chlip wspomnienia z tfp takie piękne :"D Star skrobiący w ścianie w nadziei na kryształ energonu XD ) Czarne decepticony wyrywające każdy kryształ, kazy worek z energonem, każdy wózek. Decepticony tluczace bota który przyszedł z synkiem, malec kulący się w cieniu kamieni. Fembotka która młodej femie oddała ostatni ocalony kamień paliwa. Dwa giganty w bójce o ochłap który i tak poturlał się w stronę żebraka.

Nienawiść, strach, chęć zwycięstwa. Przetrwania.

- Wiesz że bumblebee doskonale zdaje sobie sprawę z nowych bogatych w surowiec kopalni? I że on wie które z nich dewastują decepticony? - Zapytał znów patrząc na zielonego.

- Tak ale...

- A czy on, rachet czy w ogóle którekolwiek z was ma zielone pojęcie co się w tych kopalniach dzieje?! Oczywiście że nic o tym nie wiecie! Bo siedzicie na tyłkach zamiast zainteresować się losem ściągniętych uchodźców! - z każdym zdaniem podnosił głos podkreślany gwałtownymi gestami - nie ustaliliście żadnego ustroju, żadnej gospodarki...żadnego wymiaru kary czy służby! Nic poza kolejnymi szpitalami i klinikami! A oni się tam zabijają o najmniejszą kruszynę energonu. I do tego są terroryzowani przez cony a wy nic z tym nie robicie, zamiast reakcji siedzicie nad tym głupim stołem i gracie w chińczyka pewni że lada chwila wymyślicie jakiś wspaniałomyślny plan wysadzenia ich wszystkich w jednym miejscu!

Odsapnął dopiero gdy May pogłaskała go po ramieniu ale nawet jej kojący gest nie obniżył mu ciśnienia. Bulk z kolei wpatrywał się w niego jak w łysy drążek hamulca który pojawił się znikąd, zaskoczony wybuchem młodego.

- Młody! Widać że nie uważałeś na lekcjach. Jeśli myślisz że dokładne zaplanowanie ataku jest takie proste to tylko pokazujesz swoje dzecinne podejście...

- No jasne - prychnął w odpowiedzi i zaczął wyliczać na palcach  - Bo przecież napewno musicie brać pod uwagę życie dziesiątek niewinnich żołnierzy, zapasy broni i paliwa, uwzględnić położenie terenu i najlepsze perspektywy walki, może jeszcze, nie wiem, podkład muzyczny?!

Wiedział że bulk mu nie odpowie, on tylko rozwalał.

- Bulk, powinniście popatrzeć na cybertronczykow. Naprawdę popatrzeć. Mam wrażenie że ich los was w ogóle nie obchodzi a przecież to o ich dom chcecie walczyć!

- Oczywiście że nie obchodzi! - Delikatny głos may wtrącił się do rozmowy - wczoraj w centrum Tyrest znowu doszło do pożarów i napaści. Decepticony uciekły po kanałach i zostawiły tylko płomienie i rannych. A czy któryś z legendarnych autobotow pojawił się na miejscu? Nie! Sami radziliśmy sobie z ogniem i nakładaniem lat.

- Mayvies... - Zaczął smoke widząc jak jej buzia wykrzywia się od gniewu.

- No co? Co? Wiem że tam nie jest bezpiecznie ale jak mam cały czas siedzieć w mieszkaniu? Tam przexciez są boty które znam! Znajomi i sąsiedzi, nie mogę się tak poprostu kryć kiedy cierpią... - Dodała cicho a smoke nie mógł się powstrzymać od przytulenia jej.

-  Takich sytuacji jest pełno - zaczął bulk - nie możemy być wszędzie, rachet i tak nie narzeka na ilość pacjentów.

- a byliście chociaż w jednym miejscu? - Naskoczył granatowy

- Mówiłem już nie mamy czasu! - Odpyskował whrecker

- Oczywiście...

- Ty wiesz, Arcee miała rację. Ta rozmowa nie ma sensu.

- Oczywiście że nie ma! - Krzyknęła may - Wy chcecie walczyć. Smoke nie. I trzy czwarte kolonistów też tego nie chce!

Poczym wstała z siedzenia i po chwili zniknęła za drzwiami sypialni.

Że smokrscreena jakby uleciała cała energia. Zmęczony przetarł palcami twarz gdy usłyszał dużego

- Ona przynajmniej jest szczera, nie to co ty - zielony skrzyżował spojrzenie z młodym - Nie powiedziałeś nam o swojej nowej dziewczynie - zrobił wymowną pauzę - Ani o matrycy.

- Optimus prosił by to zostało między nami - przerwał mu - Myślałem że kiedy już odzyskaliśmy Cybertron i nic nie wskazywało na porażkę to zdradzenie tego nie będzie już miało większego znaczenia. Oczywiście nie zrobiłbym tego gdydym wiedział że Bumblebee zachowa się jak zwykły zazdrośnik!

- Nie dziw się. Z optimusem byli bardzo blisko...

- A ja to niby nie?! - krzyknął rozloszczony. Widząc jak mina bulkheada zmienia się ze zdziwienia do podejrzliwości pożałował że dał się tak łatwo sprowokować.

- Matryca to wszystko co by mu po nim zostało - zielony powiedział powoli - Gdyby sprawy potoczyły się inaczej...

Smokescreen prychnął w odpowiedzi.

- Jakie sprawy? Matryca to nie pamiątka rodzinna! To wolny, potężny artefakt. Bumblebee nie ma żadnego prawa przywłaszczać jej sobie. Ani traktować mnie jak złodzieja!

- Gdybyś od początku był z nami szczery nie musiałby!

- Szczery? No proszę! Tak jakbym musiał wam się ze wszystkiego spowiadać! - warknął - Przypomnę ci tylko że zachowanie w tajemnicy tożsamości nowego strażnika leży w interesie żyjącego Prima. Tak więc, Optimus nie tylko o to zadbał ale też miał ku temu powody!

- Naprawdę? Dlaczego miałby ukrywać przed nami coś takiego?

Smokescreen musiał porządnie ochłonąć, oczyścić umysł żeby nie dać się znów wytrącić z równowagi.

- Jakie to ma znaczenie? Optimus przecież wszystko nam ładnie objaśnił - odpowiedział w końcu przywołując sztuczny uśmiech -  Matryca przepadła razem z nim. Koniec gry.

Przez przedłużającą się chwilę bili się spojrzeniem. W końcu zielony pokręcił głową ze smutkiem.

- Ciągle coś ukrywasz. Nie wiem, może rachet albo sam bee wymyślą co z tobą zrobić.

- Niczego nie ukrywam - skłamał gładko - chce tylko jakoś zapobiec przelewowi energonu.

Kiedy zielony bot nie odpowiedział ciągnął dalej.

- Odpowiedz bulk, tylko szczerze! Czy naprawdę nigdy nie zastanawiałeś się żeby załatwić ten konfilkt inaczej? Dyplomatycznie? Bez wojny, broni, bez gaśnięcia? Żeby zawrzeć pokój między nami?

- Nami? - Spytał retorycznie kwitując to rechotem - Decepticony to podłe wyrzutki, ofiary losu! Chcą tylko mordu i władzy. Zniszczenia. Takim nie przemówisz do rozsądku! Czym, dyplomacją?

Kolejny rechot. Młody bot który skrzywił nieco na same słowo "wyrzutki". Przecież wszyscy jesteśmy tej samej rasy.

- Smokescreen, Optimus był w tym naprawdę dobry. I jak to się mówi, miał złote serce. Naprawdę myślisz że przez tyle lat, nigdy nie próbował dojść do porozumienia?

- Może nie? Może nigdy nie próbował? Może nigdy tak naprawdę nie chciał albo nie potrafił?

- Nie próbował? Dzieciaku na własne oczy widziałem jak podał sobie z wiadroglowym rękę! Potrafiłby osła przekonać gdyby zaszła taka potrzeba.

- Więc z Megatronem można dojść do porozumienia... - mruknął cicho zagapiając się w ścianę. Nie wiedział jeszcze jaki nadać temu kształt ani skąd ale czuł że gdzieś zaczyna mu się kluć jakiś koncept...

- Smoke? Smokescreen! - Huknął zielony, zaskoczony młody spojrzał na rozmówcę - Nie mam pojęcia co rodzi się w tym twoim młodym łebku ale nikt nie chce żebyś zrobił jakaś głupotę.

- Ja? - Skrzywił się brzydko - To wy chcecie iść na czołówkę z setką wroga.

- Może ale dawaliśmy już sobie radę z większą hordą - odparł bulk krzyżując pięści poczym ciężka podniósł się do pionu - Zadzwoń jak zmienisz zdanie iczej ominie cię zabawa.

Smoke również się podniósł i odprowadził gościa pod drzwi. Zanim je za zielonym zamknął powiedział głośno

- Nie zmienię zdania.

***

***

Smokescreen...
Smokescreen...
Każdą  kolejną  głoskę jego imienia   podkreślały rozbłyski bieli. Oślepiające światło zakryło w końcu skaczący obraz, zalewajac jego pole widzenia. 
Eter zdawał sie napierac na niego swoją lepką ale wciaz nienamacalną masa. Strach  przed utonieciem wzial górę i ruszył przed siebie jakby uciekal przed samą żywą ściana ognia, choc w przestrzeni wyraznie doskwieral mu chłod.
Zwiekszyl obroty i mimo  wrazenia że biegnie w miejscu juz po chwili z impetem zderzyl się z przeszkoda. Biala...a moze przezroczystą?
Sciana zniknela rownie  szybko jak się pojawila a on upadl na kolana by rownie  szybko jak przypadek ściany stracic grunt pod nogami.
Czern  zderzyla sie z biela i zaczela go pochlaniac jakby od eonow nie żlopala oleju...
Stan nieważkosci przyprawial go o mdlosci i kiedy już prawie  zaczał modlic się  do Primusa o  zatrzymanie tej szalonej jazdy  dopiero  pojal ze    to   tylko sen.
Kolejny.  Pieprzony.  Sen.
Zaczal  napierac na Czern, szarpac  i  drapac  w desperackiej probie  obudzenia się.
Pomyślal o słodkiej twarzyczce May leżacej spokojnie w objeciach Morfeusza.
W jego ramionach.
I  błyskawicznie walnąl calym cialem o  twarda nawierzchnie. Sila  uderzenia momentalnie  go ogluszyla  a tloki... (odkrylam ze mam niejaki problem z  nieopisywaniem  robotow  jako robotow - dlatego niektorych opowiesci na  wattcie wrecz zazdroszcze)
Półprzytomny wstał i zabral się za intesywnie pocieranie prawego  barku ktory najmocniej ucierpial  w bliskim spotkaniu z podloga. Przerzucił więc uwagę z promieniujacego bolu  na  swiatelko  w tunelu  ktore rozbryslo  jakby znikad.
Z wciąż czarnej   przestrzeni wydobyla  się ciemna niebieska  mgła ktora jasniala  i  zmieniala  tonacje im bardziej zblizal  sie  do Światla.
W  koncu zamglenie uzyskalo przejzysta barwe lekkiego cyjanu i błekitu i z gracją zaczelo oplywac postument zdobiacy SamSrodekTegoNiczego. Smokescreenowi przyszly na mysl bialawe puchate obłoczki, owce albo chmury płynące po ziemskim niebosklonie. Albo rozowa wate cukrowa upierdliwie  oblepiajaca palce, zamsz siedzen i deske rozdzielcza...
Taką delikatnoscia wyroznialo się ow podwyzszenie i tylko to ostatnie skojarzenie powstrzymalo go od   ciekawskiego dotknięcia chmurkowej  postaci  kolumny.

Smokescreen...Smokescreen...
Wzdrygnal sie gdy szepty przypomnialy o sobie jeszcze bardziej nachalnym i syczacym tonem. Kolejne wspomnienie wypelnilo mysli Smokea, gniazdo zmij i bialy czlowiek bez nosa z kina samochodowego. Jednak przez rozjuszone glosy przebijal sie szum jakby w poblizu wartko plynela woda.
Smokescreen odwrocil sie probojac jak najwiecej dostrzec w polmrok ale nim zdazyl sie czemukolwiek przyjrzec w polmroku, postument znow przykul jego uwage.
Smokescreen!... Smokescreen!...
Glosy w koncu zaczely krzyczec, jakby znudzone jego bezczynnoscia a juz pochwili recytowaly cos w obcym dialekcie.
Teraz juz pamietal. Niezmieniony element kazdego ze snow.
Zaczela opanowywac go nieznosna ekstytacja i to zaczelo go tez przerazac.
Nad postumentem rozblyslo i zagrzmialo, chmurkowa kolumne wienczyla teraz rozpedzona w smuge kula bieli w ktorej leniwie unosila sie Matryca. Jej delikatny metalowy stelaz usiany byl w refleksy odbitego swiatla.
Ale zanim pierwsze glosy w jego glowie przestaly spiewac dolaczyly kolejne dospiewujac nowe wersy wielokrotnie konczone jego imieniem.
W calym tym upiornie peknym chorze przebilo sie jedno przerazone
***
Smokescreen! - wrzasnela wprostdo jego audioreceptora, co poskutkowalo jego...coz, naglym wybudzeniem.
Z impetem godnym rzuconego na duza odleglosc mlota rzucil sie do siadu, tracajac przy tym, wcale niedelikatnie, barkiem czolo Mayvies ktora nie mogla sie poszczycic wspanialym wojskowym refleksem. Mimo to niemal natychmiast po swoim bledzie odsunela sie na bezpieczna odleglosc lapiac za glowe.
Smokescreen natomiast wciaz niedokonca wiedzac gdzie jest i ciagle majac przed oczami wirujacy artefakt, widzac jak partnerka proboje zachowac resztki spokoju w meczenskiej pozycji momentalnoe stracil caly energon z twarzy.
- Uderzylem cie? - Pisnal z czystym przerazeniem - O moj boze. Uderzylem cie...!
Nachylil sie do niej w probie odsloniecia twarzy i zignorowal przy tym rozrywajacy ramie bol.
- Nie - powiedziala i dalej trzymala rece, zaslaniajac twarz - Nie...
Poczym glosno wybuchnela smiechem. Smokescreen rozszezyl optyki i zmartwiony do reszty w koncu usunal przeszkode z jej drobnych dloni. Zlapal ja pod policzki i trzymal mocno gdy cialo wpadlo w drgawki od smiechu zas na jej optykami szukal w mroku sypialni jakichkolwiek obrazen.
- Wariat jestes - parsknela i znow wpadla w glupawke. Smoke odechtnal glosno i przyciagnal do piersi rozbawiona fembotke po czym z jeszcze dluzszym westchnieciem oboje pociagnal na poslanie na co rama obojczyka zaprotestowala trzezczac glosno i atakujac jego uklad nerwowy.
W koncu w akopaniamencie dzwieczacego jak dzwoneczki smiechu May zapadl w jak najbardziej niespokojny sen.                                                                                       

sobota, 3 czerwca 2017

Na herbatce u Kinga ("',_>") + NOCNA WIZJA -2-

- To co, wchodzimy? - zamruczał Wheeljack robiąc prawym nadgarstkiem młynek z katany. Zębate, czarne jak palona guma wejście do groty wyglądało nie mniej upiornie. Zaczął się czuć wyjątkowo nieswojo na samą myśl tej bądź co bądź pułapki.

- Możesz zostać tutaj - odpowiedział Bumblebee zbliżając się do wejścia. Wrecker jeszcze raz zmierzył spojrzeniem całość.

- Żeby natychmiast zadzwonić po Most kiedy zauważę jak z wrzaskiem wybiegacie na zewnątrz - zachichotał i z krzywym uśmieszkiem ruszył naprzód stając na szpicy.

Weszli w pełni gotowości do groty, naturalnie tworzonej przez ruiny zawalonego kompleksu. Niski strop i czarna końcówka tunelu oraz sama świadomość, że umyślnie pchają się w gniazdo wielkich, uzbrojonych w kły i pazury, dzikich bestii wcale nie napawały białego wojownika optymizmem. W końcu nie pokonali dłuższej trasy, kiedy ciemność całkowicie ich pochłonęła. Teraz zupełnie udzieliło mu się zdenerwowanie. Jakoś okropnie czuł się ze świadomością, że nie  może polegać na Bulku. Nie tym razem, zielony wrecker wybył gdzieś z samego rańca, zupełnie nie przejmując się tym faktem, że UltraMagnus i Bumblebee zamierzają dogadać ugodę między Autobotami a Predaconami. Bulk zapytany jednak o cel podróży odpowiedział kompanowi tylko tyle by na niego nie czekać. Wheeljack skrzywił się nieznacznie, musiał przyznać, że to po co Bulkhed mógł iść, czy raczej na pewno poszedł przyszło mu do głowy po fakcie, ale nie zamierzał zielonemu odpuścić spowiedzi... w końcu szukanie młodego w obecnej sytuacji było co najmniej głupie i zupełnie bez sensu. I z tego wszystkiego aż zaczął tęsknić za silą tych wielkich bulkehedowych łapek, które z pomocą kul burzących mogłyby równać się z predaconem w konfrontacji, do jakiej niekiedy mogłoby dzisiaj dojść.

- Wheeljack! - syknął medyk autobotów, przywracając wreckerowi trzeźwość umysłu - Po jaką cholerę idziesz z przodu, skoro nawet nie gadasz gdzie stawiać nogi?!

Jakby na podkreślenie słów białego bota w tunelu rozległo się wściekłe "Auu!" i Wheeljack stanął w miejscu co spotkało z natychmiastowym skutkiem, jakim był Bee wpadający i przewracający kompana, z którym z głuchym łoskotem upadł na ziemię.

- Dość! - warknął Magnus gdzieś z góry, dosłownie i wszystkich oślepiło, kiedy bez ostrzeżenia zapalił światła na klatce piersiowej - Naprawdę, nie potraficie zachować większej ciszy? Użyjcie procesora albo migawek!

Jack mrugając intensywnie wygramolił się spod zwiadowcy i tak jak reszta włączył lampy samochodowe. Nim jednak optyki zdążyły się przyzwyczaić do tej zmiany, od ścian odbił się echem kolejny harmider i tym razem to Arcee jęknęła głośno po to, by w ciągu minicyklu z wrzaskiem odskoczyć na przeciwległy koniec ściany. Czas reakcji męskiej części drużyny byłby imponujący, gdyby tylko sami nie rzuciliby się w ślady fembotki na widok rozwleczonego cielska bestii, które swoim prawem objawiło im się w świetle zapalonym przez nich samych.

Jack z optyką rozszerzoną jak spodki upadł na tyłek obok dwukółki, po czym otrząsnął się przypominając sobie czyjeś trafne słowa o zachowaniu ciszy.

- I czego tak wrzeszczysz? - fuknął na Arcee która również zdążyła się już otrząsnąć. Spojrzała spod byka na wreckera.

- Mój wybawcą - warknęła, a następnie podniosła się i z godnością otrzepała kurz z blachy na przedramieniu.

W tym czasie Magnus zdążył już zając pozycje celując w nieruchomego gada a Bumblebee wymienił spojrzenie z Rachetem. Zwiadowca podniósł się i wyprzedzając niebieskiego bota podszedł z naładowanym blaster do leżącego pod ściana osobnika. Szturchnął go stopa w  ramię, ale nie spotkało się to z reakcją. Kopnął jeszcze raz, bez efektu.

- Tak... właściwie zastanawiałem się czemu jeszcze nie zaatakował... - mruknął.

Medyk autobotow zdecydował się podejść do predacona i po szybkich oględzinach wstał z klęczek.

- Zgasł - oświadczył. Z początku nie dotarło to do towarzyszy, dopiero po chwili odważyli się otoczyć ciało pół kręgiem, ciągle wyrażając nieufność wobec ciała jakby truchło lada moment miało hapnąć na nich uzębioną paszczą w próbie odgryzienia głowy.

- Jak? - Zainteresował się Wheeljack. Widział już dziurę w piersi bestii.

- Nawet sobie tego nie wyobrażasz! - echem odbił się drapieżny krzyk, przepełniony wibracją. W ciemnym korytarzu zabłysły żółte ślepia, a kiedy wszyscy odwrócili się w stronę ich właściciela, lampy rozświetliły ogromną pradawna bestie. Wszystkich naraz wzdrygło od tak bliskiej i zapewne długiej obecności Króla w ich towarzystwie. Z tunelu wytoczył się Predaking, idąc w trybie robota utykał mocno a ziemię za nim zdobił szlak błękitnej cieczy. Twarz wykrzywiał mu grymas dzikiej złości.

- Zostaliśmy zaatakowani - wychrypiał - Zanim się obejrzałem mój brat i poddany już był marwy! Razem, ze Skylynx przytaszczyłem go tutaj...

- Gdzie jest więc Skylynx?

- Kto was zaatakował?

- Jak?

Predaking warknął wściekle kończąc pytania i wrócił do korytarza mrucząc by poszli za nim.

Dalej w mroku leżał trzeci z predaconów. Wyglądał identycznie jak pierwszy, nieruchomy, że zgasła optyka a przez pierś szła wypaloną głęboką bruzda i kończyła się dziura w barku. Dla odmiany dookoła zebrał się energon a kałuża wzbierała od wciąż świeżej cieczy.

- Wygląda beznadziejnie. Dlaczego nie powiedziałeś nam wcześniej... - Mruknął Rachet. Bestia prychnęła gniewnie w odpowiedzi, po czym zamyśliła się.

- Nie mogę mu pomoc. Ty możesz, zrób to!

- Nie wiem, czy nie jest za późno - zauważył medyk nie zbliżając się do pacjenta. Nerwowy ryk z głębi trzewi gada przyprawił go o dreszcze. Ostrożnie podszedł do gada, ale poprzestał tylko na rzuceniu krótkiego spojrzenia. Rana była cała zanieczyszczoną, od życiodajnego płynu bestii, od brudu panującego w atmosferze, cała nadpaloną i osmolona od Primus wie czego... Jedno było pewne, na czymś tak dużym, jak predacon, tak duża rana wymagała nie mało czasu i uwagi... A i tak wprawiony medyk wiedział już, że stworzenie nie odzyska pełnej władzy w lewej kończynie.

- Kto was tak urządził? - Zaczął żółty bot zbliżając się do Kinga - I dlaczego ty jesteś cały?

- Jestem królem! Jestem szybszy, silniejszy, sprytniejszy... - Widząc jak autoboty patrzą na niego jednoznacznie, warknął - Ten chodzący skrzeczący pręt.

- He? - Zapytał Wheel.

- Ten skrzeczący lizus pseudolorda! - znowu nerwowy ryk - Trafił nas ogniem równym naszemu. Zabił Darksteela.

- Ach! Starscream! - zawyła Arcee
Król tylko spojrzał nerwowo na towarzysza jakby w obawie, że i na niego w moment miałaby spaść kulą ognia i zaryczał wściekle widząc, że biało-czerwony autobot nie bierze się do pracy
- Na
co czekasz?!

- Nie jestem weterynarzem - mruknął medyk, odwracając się do Króla, który posłał mu wściekle spojrzenie, wzruszył ramionami - Trzeba się było nie narażać.

- Dlaczego miałby was zaatakować? Myślałam, że odleciał za horyzont - zauważył Bumblebee.

- Nie wiem, nie wiem! - Kolejny zbolały ryk - Siedzimy ty długo... Tak długo...

- Zastanawiałam się gdzie się podzialiście przez te kilka miesięcy - mruknął Rachet. - Jak ten skrzeczący pręt jak go nazwałeś was sprowokował?

- Sprowokował?! - Wściekle warczenie wypełniło jaskinie - Nikt nie będzie nas traktował jak zwierzaki domowe, bestie do tresowania! I Zróbże coś z nim! On cierpi!

Rachet skrzywił się, by po chwili nachylić się nad klonem i położyć dłoń pod rana na barku stworzenia. Bestia natychmiast zabłysła ślepiami i zaskrzeczała głośno jakby w proteście.

- Poczekaj - zabrał głos Ultramagnus zwracając się Racheta, dając znak by odsunął się od rannego co ten zrobił z niejakim zadowoleniem. Jasne, predacony pomogły im w walce o Cybertron, czy raczej zagrały na zwłokę, ale i tak zrobiły to z sobie tylko znanych powodów, aniżeli pomoc autobotom ot, tak. Do tego starego Doktora wciąż odstraszała myśl, że są to jedynie formy eksperymentu, a nie żywe istoty z błogosławieniem Primusa.

Magnus zbliżył się do największego Predacona

- Co jeszcze wiesz o Starscreamie? - spytał.

Bestia zdawać by się mogło straciła resztki opanowania, transformowała się w gada i rzuciła się do przodu robiąc szponiasta łapa zamach na autobota. Magnus i zwiadowca cofnęli się o krok a Wheeljack szarpnął medyka do tyłu, gdy druga bestia, zdenerwowana wybuchem lidera, z bólem szarpnęła łbem na wszystkie strony warcząc gardłowo.

Zachowanie pobratymcy zwróciło uwagę Króla a widząc, że autobot wciąż nie pospieszył z pomocą i brat wyraźnie traci siły, zawahał się z łapą w górze.

Bumblebee od razu zauważył w tym szansę. Stanął przed bestia i wyciągnął w jego stronę rękę.

- Nie pomożemy wam, jeśli będzie zachowywać się jak zwierzęta! - Krzyknął. Predacon z mordem popatrzył na żółtego bota. Po chwili znów zmienił formę i kucnął przy małym waląc pięściami w podłoże, co echem odbiło się od ścian.

- Po co w ogóle tu przyszliście? - Wycharczał.

- Dobre pytanie - Wheeljack zabrał głos ale zanim dokończył Magnus uciszył go wzrokiem.

- Wiesz co się dzieje na zewnątrz? Mamy problem.

- Z decepticonami? - mruknął - Słyszałem. To, że nie pokazujemy się wam na oczy nie znaczy, że j a w ogóle nie wychodzę...

- Świetnie, pokazuj się częściej jeszcze tylko tego nam brakuje... - Syknęła Arcee.

- Cicho! - sapnął bee - Właśnie brakuje. Chcemy, żebyś stanął z nami do walki, musimy je pokonać.

- Czemu miałbym to zrobić - bestia wydała warkniecie łudząco zabarwione śmiechem.

- Bo chcesz, żeby Skylynx przeżył - wtrącił Ultramagnus. Wyżej wymieniony boleśnie zamruczał zwracaj uwagę zebranych - Rachet go załata a ty, przysłużysz się nam.

- Brzmi jak szantaż...

- Propozycja. Możesz ja odrzucić - Bee popatrzył na gada i ułożył dłoń w geście ugody - Przysługa, za przysługę.

- Szantan. Straciłem już tyłu braci, większość z waszej ręki. Wiesz, że nie zgodzę się na żadną umowę między nami, nic nas nie łączy a wręcz, mam w was więcej z wroga niż z przyjaciela...

- Przyjmujesz ofertę?

- Przekupstwo - zawarczał rozwścieczony.

- Inteligent, nauczył się nowych słów - mruknęła Arcee w stronę Jacka.

- Temu predaconowi kończy się czas - Zauważył głośno medyk autobotow, wracając do bestii, która ciężko położyła łeb na łapach - A ja, nie obiecałem ratować życia wybrykom eksperymentalnej wiwisekcji.

- Zgoda? - Powtórzył żółty zwiadowca, próbując znów zwrócić uwagę osobnikowi, który z głośnym sykiem najeżył się w stronę, Primusowi winnemu, medyka. Bestia przyparta do muru popatrzyła na rannego towarzysza i na autoboty które śmiały stawiać mu warunki. Wściekły i bezsilny znów stanął na cztery łapy i zaryczał ogłuszająco wypełniając tunele kryjówki swoją frustracją.

- To, co teraz?
***