sobota, 4 lutego 2017

Cześć 2 - Zastępy na drogach...

– Dwóch, dwóch, jeden, dwóch i… dwóch – Rachet zaczął wymie­niać – A Kaon roi się od tego robac­twa.

– A czte­rech obsta­wiło stare Dark­mo­unt – wtrą­cił Bum­ble­bee – Na pół­nocy są liczeb­niej­sze grupy.

– Zro­bili sobie zjazd absol­wen­tów? – spy­tała reto­rycz­nie Arcee – dopiero co wygra­li­śmy z jed­nym mania­kiem cha­osu i kolej­nym a teraz kiedy wszystko powinno wyglą­dać jak kra­ina ener­gonem pły­nąca to jakieś bandy zwia­stują dobra nowinę? To błędne koło!
Nie­bie­ska dwu­kółka sta­nęła w roz­kroku i z obu­rze­niem splo­tła ramiona na piersi.

Dru­żyna zwy­cię­skich auto­botów zebrała się w pół­kole sto­jąc przed ekra­nem holo­gramowym zawie­szo­nym na ścia­nie. Whe­el­jack sie­dział na bla­cie naj­bliż­szego stołu, jed­nym z wielu usta­wio­nych w trój­sze­regu. Wszy­scy razem wyglą­dali gro­te­skowo, jak grupa uczniów kon­tem­plu­ją­cych nad jakimś wyjąt­kowo pro­blematycznym wąt­kiem nauko­wym bo oto roz­wa­żali istot­nie ważną kwe­stie w sali do naucza­nia o bio­tech­no­lo­gii.

Rachet wybrał to miej­sce losowo, spo­śród pokoi nie­za­le­ga­ją­cych pod gru­zem, jak więk­szość pra­wego skrzy­dła uni­werku, i tych które w cza­sie wojny prze­ro­biono na uży­teczny szpi­tal polowy. Byli bowiem w Cyber­troń­skiej Aka­de­mii Nauk Medycz­nych. Świę­tym Przy­tułku Racheta, jak lubił żar­to­wać Whe­el­jack. Rach zajął nie­gdyś oka­zały przy­by­tek w Pro­ti­hex ponie­waż mia­sto sąsia­do­wało ze Stud­nią Iskier i na miej­scu mógł zapew­nić poprawną opiekę ran­nemu Ultra­ma­gnusowi. Po tym jak sta­tek Neme­sis został trwale znisz­czony w bitwie z Uni­cro­nem pozo­stałe Auto­boty dołą­czyły do medyka w jego świą­tyni nauki orga­ni­zu­jąc tam swoją tym­cza­sową bazę i dom.

Smo­ke­screen który zde­cy­do­wał się na wspólne życie z Mayi dostał się na zebra­nie mostem który otwo­rzono mu natych­miast jak tylko prze­ka­zał Bum­ble­bee przez łączę wie­ści o ata­kach w mie­ście.

– Obry­wają cywile, Rachet wziął się z Knoc­kautem do pracy ale nastroje są bez­na­dziejne – zabrał głos Ultra­ma­gnus. Czer­wony lekarz na dźwięk swo­jego imie­nia podniósł wzrok znad cyber­troń­skiej wer­sji mikro­skopu któ­rym bawił się z zain­te­re­so­wa­niem. Odkąd on i Rachet zamiesz­kali stare kąty czuli się jak w swoim żywiole – Te bandy, jak je nazwa­łaś, zmu­szą auto­boty do powrotu w kosmiczną pustkę – dokoń­czył Magnus.

– A to wszystko przez jakieś bzdury o Mega­tro­nie. Zastępy Znisz­cze­nia podno­szą się z pie­śnią o powro­cie Pana na ustach – Burk­nął Bul­khead i prze­drzeź­nia­jąc cony zain­to­no­wał – Nasz Lord powróci zasiąść na tro­nie wszech­po­tęgi…

– Alle­luja – zakpił Whe­el­jack z krzy­wym uśmiesz­kiem.

– Roz­po­wia­dają jedy­nie to czego sami ocze­kują, wąt­pliwe by któ­ry­kol­wiek widział przy­szłość – wtrą­cił poważ­nie Ultra­ma­gnus. Spoj­rzał na Knoc­kauta który nie prze­ry­wa­jąc zabawy sprzę­tem wzru­szył tylko ramio­nami.

Wie­dział ze w tym zespole nie ma żad­nej pozy­cji i wie­dział że jego nar­cy­styczna natura oraz czarna prze­szłość wcale nie pomogą mu jej zdo­być. Rachet trak­to­wał go jako pomoc a medy­kowi nie przy­szło przez myśl sta­wiać się aku­rat jemu, nie dopóki mógł robić swoją ulu­biona prace gdzie tak się zło­żyło że bun­tu­jące się decep­ti­cony na bie­żąco jej dostar­czały. A w tej chwili naj­pew­niej koman­dor spo­dzie­wał się jakieś wska­zówki co do jego lojal­no­ści w obec­nej sytu­acji więc dezer­ter wzru­szył ramio­nami.

-Mega­tron odszedł na ehg, eme­ry­turę ale jeśli dojdą do niego słu­chy o rze­sze fanów od razu przy­leci tu rzu­cać hasłami. – znowu zaczęła Arcee.

– Zwłasz­cza o tak liczeb­nej rze­szy. Każ­dego dnia tych samo­zwań­czych zespo­łów poja­wia się coraz wię­cej – dodał Bee.

– Ludzie nazy­wają to jakoś deża­viu. To już kie­dyś było – Dodał Rachet spo­glą­da­jąc na Magnusa. Ten kiw­nął głową w odpo­wie­dzi.

– Dla­tego tym razem musimy pozbyć się tego nie zwle­ka­jąc, raz a dobrze – powie­dział. Kiedy wszy­scy zwró­cili na niego spoj­rze­nia dokoń­czył – Zalą­żek wojny wyglą­dał iden­tycz­nie. Zwierzch­nik Opti­musa upar­cie igno­ro­wał pro­blem co skoń­czyło się tak... a nie ina­czej.
– Jaki zwierzch­nik? – bąk­nął Jac­kie
– Sen­ti­nel Prime – odmruk­nął Bum­ble­bee i zwró­cił się do Ultra­ma­gnusa – Więc masz jakiś plan.
Ultra­ma­gnus pod­szedł do ściany na któ­rej wyświe­tlany holo­gram przed­sta­wiał pla­netę i zazna­czone na licz­nych obsza­rach kropki insy­nu­ujące pobyt wro­gich conów. Zaczął z grub­sza naświe­tlać plan dzia­ła­nia który spro­wa­dzał się wyeli­mi­no­wa­nia zagro­że­nia.
Smoke który od początku zebra­nia opie­rał się tyłem o kant stołu w ostat­nim rzę­dzie poświę­cał uwagę czer­wonym plam­kom, Bee miał rację mówiąc że ich liczba stale wzra­sta. Odkąd koman­dor włą­czył mapy zachod­niej strony pla­nety decep­ti­coń­skich sygna­łów przy­było w licz­bie dwu­na­stu. Cały tuzin! A wystar­czyło popa­trzeć jak rejony pla­nety już migo­czą krop­kami. Mar­twił się tylko o May­vies i ich wspólne miesz­kanko. Zaj­mo­wali lokum na tere­nach wschod­nich czyli po dru­giej stro­nie poka­za­nego glo­busu, nie widział więc i nie wie­dział ile conów czai się w ich mie­ście i oko­li­cach.
Od spo­tka­nia z tamtą dwójką na gru­zach wciąż miał ciarki. Wpraw­dzie sam się tam pchał ale gdy tylko uko­chana go dogo­niła prio­ry­te­tem stało się jej natych­mia­stowe wypro­wa­dze­nie z pola walki, choć na­dal nie wie­dział jak udało się jej unik­nąć. Nato­miast w samej posta­wie decep­ti­co­nów prze­ra­żała go róż­nica mię­dzy nimi a typo­wymi vehi­co­nami. Te nowe wyglą­dały dość inte­li­gent­nie, były też innej budowy, kolo­rów, miały inne uzbro­je­nie. Jed­nym sło­wem nie przy­po­mi­nały armii klo­nów a raczej poszcze­gólne jed­nostki jak Star­scream albo Dre­adwing.
Jego uwagę przy­kuł wybuch entu­zja­zmu ze strony wrec­ke­rów. Bulk zde­rzył swoje pię­ści jak to miał w zwy­czaju gdy był gotowy na dobrą roz­wałkę a Whe­el­jack zaczął para­do­wać ze swoją miną samo­za­do­wo­le­nia. Nawet Knoc­kaut sta­nął bli­żej auto­botów a Smoke dalej nie wie­dział o co cho­dzi.
Pod­szedł do medyka i szep­tem zapy­tał co go omi­nęło.
– Chcą wal­czyć – odpo­wie­dział czer­wony – Decep­ti­cony zmie­rzają do Kaonu ale Ultra­ma­gnus pla­nuje zwa­bić ich do Helex. Sko­czą mostem i zaata­kują wszyst­kich w jed­nym miej­scu. Swoją drogą coś Ty ostat­nio taki wyłą­czony?
– Nie wiem o czym mówisz – burk­nął Smoke – chcą zro­bić jatkę? Z przed­sion­kiem armii, sami?
– Toć! Chcą prze­ko­nać preda
– Chce­cie coś dodać od sie­bie!? – krzyk­nął Magnus jakby kar­cił dwójkę nie­sfor­nych ucznia­ków. Smoke zro­bił nie­winną minę po czym po chwili zasta­no­wie­nia zapy­tał
- Chce­cie z nimi wal­czyć?
Co zresztą Arcee skwi­to­wała zdu­szo­nym śmie­chem przy czym Rat­chet osten­ta­cyj­nie prze­wró­cił oczami, Magnus przy­brał minę wypro­wa­dzo­nego z rów­no­wagi i nawet Knoc­ka­out popa­trzył na tego „wariata”.
– Nie wiem gdzie byłeś jak Cię nie było ale tak! Znisz­czymy wszyst­kich. W Helex – wyja­śnił siląc się na spo­kojny ton koman­dor.

– Ale to dezer­te­rzy, nie? – Wtrą­cił Smoke, który powoli zaczął żało­wać, że się jed­nak ode­zwał – musieli tu przy­le­cieć na stat­kach kolo­nij­nych bo jak ina­czej, skąd by się tu wzięli taka harda?

– A jakie to ma zna­cze­nie? – Powie­działa Arcee jak zawsze scep­tyczna na każde jego słowo.

– Skoro byli tam to nie byli w służ­bie Lorda. Lord lubi czy nie lubi lojal­no­ści u swo­ich? – wyja­śnił – Może nie wróci na Cyber­tron, bo nor­mal­nie uzna, że z tchó­rzami się nie zadaje?
– To zawo­dowi żoł­nie­rze dzie­ciaku! – Smoke skrzy­wił się nie­znacz­nie co zmu­siło sta­rego bota dal­szego komen­tarza – Tak jak i Ty. Rekruci Auto­bo­tów czy Decep­ti­co­nów, wojow­nicy obu frak­cji, wrec­kersi, medycy i cywile. Wojna doszła do takiego etapu, że każdy, nie zależ­nie od wieku, płci czy sta­tusu zni­kał z globu i krył się w kosmo­sie. A Mega­tron jesz­cze bar­dziej ucie­szy się z rozum­nej i lojal­nej jak syn mar­no­trawny hołoty, która ma prze­wagę nad nami. Dla­tego trzeba to zdu­sić teraz. Zga­sić iskierkę buntu.

– Z pomocą pre­da­co­nów? – drą­żył młody, który poukła­dał sobie odpo­wiedź medyka – A nie przy­szło Wam do głowy, że to… nie wiem, jest samo­bój­cza misja?
Zapy­tał, dalej uda­jąc nie­wi­niątko.
– Nawet jeśli to powinno być dla Cie­bie zaszczy­tem, zgi­nąć jako wojow­nik – zare­cy­to­wał Whe­el­jack z małym uśmiesz­kiem. Młody bot miał już orzec, że „ni­gdzie się nie pcha” kiedy już sama ta myśl mocno go zanie­po­ko­iła. Odkąd uni­kał bójek?
– Bee był paso­wany na wojow­nika – powie­dział tylko i zwró­cił się do żół­tego bota – Zresztą sam mówi­łeś, że mamy pokój i prze­lany ener­gon to hańba! Opti­mus by tego nie chciał.
Wska­zany wojow­nik zawi­ro­wał tylko ogrom­nymi nie­bie­skimi foto­re­cep­to­rami i z przy­zwy­cza­je­nia zdu­sił komen­tarz. Atmos­fera po ostat­nich sło­wach Smo­ke­scre­ena zauwa­żal­nie zgęst­niała, nikt już nawet po sobie nie patrzył. Dopóki czer­wono-biały robot nie zabrał głosu.
– Ośmielę się zauwa­żyć, że Opti­mus na pewno poniósłby takie ryzyko – oznaj­mił cicho, ale sta­now­czo – Decep­ti­cony to plaga, trzeba się jej pozbyć, zanim Mega­tron wyczuje, że drży przed nimi cała pla­neta!
Jeżeli masz jakieś obiek­cje albo może od razu lep­szy pomysł to nie krę­puj się – prze­wier­cał bota spoj­rze­niem, nie docze­kał się odpo­wie­dzi – Tak jak myśla­łem. Nie mam poję­cia dla­czego robisz ten szum, zwłasz­cza że nie masz ku temu żad­nych powo­dów ani nawet argu­men­tów, żeby się wybronić. Dla­tego siedź cicho! I skup się na NASZYM pla­nie.
Dokoń­czył już mocno sfru­stro­wany Dok­tor.
– Pro­po­nuję zro­bić prze­rwę. Wró­cimy tutaj o zacho­dzie słońca, to jest – WY wró­ci­cie o zacho­dzie i dopra­cuje ten wspa­niały pla – wtrą­cił się słod­kim gło­sem Knoc­kaut - A my Dok­to­rze powin­ni­śmy wrócić do pacjen­tów, już i tak zostali za długo bez opieki.
Rat­chet wyko­nał nie­mal wdech i wypro­sto­wany jak struna skie­ro­wał się do wyj­ścia z sali, a zanim drugi medyk. Smoke był mu prawie wdzięczny za tą trafną scenkę i jed­no­cze­śnie zły za pomysł z ponow­nym spo­tka­niem. Koniec koń­ców obie­cał May­vies, że wróci przed zmro­kiem! Nie życzył sobie, by zosta­wała sama w domu, w teraz tak nie­bez­piecz­nej oko­licy, w nocy.
Dopiero kiedy mijał go już Bul­khead jako ostatni, młody auto­bot spoj­rzał na holo­gra­mową kulkę, która teraz prze­szła w spo­kojny tryb obra­ca­nia. Kiedy zajęła odpo­wied­nią pozy­cję, Smo­kie zoba­czył to, co zże­rało go jak Rdza gru­zo­wi­ska na Morzu.
Pół­nocno-wschodni region wokół Tarn a pośród konur­ba­cji Tyrest z nie­spo­kojną May­vies w ich miesz­kanku i szes­na­stoma czer­wonymi krop­kami w samym cen­trum mia­sta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz