***
Smokescreen został w klasie dopóki diaskop nie przeszedł w tryb czuwania i hologram nie zgasł po czym z posępnym humorem wyszedł na korytarz. Ruszył wzdłuż z zamiarem odnalezienia pracowni w której Bumbee zgromadził najlepiej działający sprzęt, radiostacje i broń przerabiając ją na centrum dowodzenia. (bla bla bla, jak nazywa się pokój który robi za namiot dowództwa? XD )
Most którym przeszedł był skierowany właśnie na ten pokój i to z niego przeszli do sali lekcyjnej gdyż z całym postawionym sprzętem był za mały żeby osiem transformersów rożnych miar mogło swobodnie w nim planować.
Młody dobrze radził sobie z orientacja w terenie wiec najlepiej jak umiał zapamiętał tez trasę którą wtedy pokonał. Nie mniej ogromny gmach, choć na wpół zbombardowany stanowił zdradliwą siatkę korytarzy. Tym samym trafił do jednego który usiany był na wpół zamkniętymi drzwiami i po którym niosła się won typowych medykamentów. Zza kilku drzwi i zakrętów, które na pewno prowadziły do innych pokoi, niosły się pojękiwania i ochryple, ciche krzyki. Ktoś wołał o więcej corzepamu albo nalocoru, gdzieś roznosił się lament i dźwięk kwilenia. Smoke wyczuł ze wszedł na teren Racheta.
Szpitale, salki operacyjne, infirmerie czy nawet najmniejsza zastępcza koja i jeden chory Cybertrończyk były oczkiem w głowie Doktora, jego słabym punktem i, jak nazywają to na Ziemi, miłością. Teraz autobot rozumiał ile medyk dawał w swojej pracy uczucia i tyle samo uczucia z niej czerpał. Był tego pewien i rozumiał to odkąd dzieli podobne uczucia i doświadcza ich z Mayvies.
Szpitale, salki operacyjne, infirmerie czy nawet najmniejsza zastępcza koja i jeden chory Cybertrończyk były oczkiem w głowie Doktora, jego słabym punktem i, jak nazywają to na Ziemi, miłością. Teraz autobot rozumiał ile medyk dawał w swojej pracy uczucia i tyle samo uczucia z niej czerpał. Był tego pewien i rozumiał to odkąd dzieli podobne uczucia i doświadcza ich z Mayvies.
W tej chwili nie był jednak pewien czy zacząć szukać innej drogi do radiostacji. Zupełnie nie mógł sobie przypomnieć czy mijał szpital podczas poprzedniej wędrówki. Był natomiast pewny faktu ze taka ilość rannych rodaków była porażająca. A to wszystko ofiary tych przeklętych decepticonów!
Coś z sumienia kazało mu iść głębiej w lecznice. Im dalej, tym głośniejsze docierały do niego strzępki rozmów. Przesuwając się wzdłuż kolejnych wejść widział przez szpary swoich, jak zajmowali łózka i blaty a na ciałach błyszczały świeże łaty. Na twarzach mieli grymasy bólu, strachu i bezradności.
Minął kolejne drzwi i zobaczył fembotkę leżąca zaraz przy wejściu. Można ja zaliczyć do starszego pokolenia, na pewno z bagażnikiem doświadczeń. Niemłoda już mruczała w ojczystym, z na wpół przymkniętymi fotoreceptorami. Lewa rękę położyła nad głową i bot nie mógł oderwać wzroku od gołej ramy protezy. Nagi szkielet z trzech prętów i paru kabli pokrywała gruba warstwa rdzy. Na widok autobota stary robot z głębi sali podniósł się i ciężkim krokiem ruszył do towarzyski. Nakrył ją płótnem i szturchnął przy tym jej ranę na brzuchu przez co głośno stęknęła.
Smokescreen miał ogromną chęć zajrzeć do wszystkich sal. Podejść do tych niewinnych botów. Potrzymać za dłoń, szepnąć ze wszystko będzie dobrze, wziąć ten ból na siebie. Chciał żeby ci wszyscy uśmiechnęli się, poczuli ciepło i radość jaka on sam w sobie nosił. Chciał dać im trochę nadziei.
Ale wycofał się na korytarz. Znowu coś go powstrzymało i tym razem były to głosy. Szepty rozsadzały mu czaszkę, mroziły i kłuły jakby wbijano mu setki igieł. Nie rozumiał znaczenia, wszystko było głośne, od głosu o brzmieniu jak pila tarczowa tnąca metal po buczenia i syk jak powietrze uciekające z dętki. Czuł że za chwile straci przytomność. Och! Jak bardzo tego by chciał, żeby to wyłączyć!
Ale wycofał się na korytarz. Znowu coś go powstrzymało i tym razem były to głosy. Szepty rozsadzały mu czaszkę, mroziły i kłuły jakby wbijano mu setki igieł. Nie rozumiał znaczenia, wszystko było głośne, od głosu o brzmieniu jak pila tarczowa tnąca metal po buczenia i syk jak powietrze uciekające z dętki. Czuł że za chwile straci przytomność. Och! Jak bardzo tego by chciał, żeby to wyłączyć!
Nie widział nawet kiedy zatoczył się do kolejnej sali chorych. Przez okropne podszepty przebił się ciepły baryton i Smoke odzyskał ostrość widzenia.
- Od początku mówiłem ze to podpucha! - Usłyszał gniewny głos. - Ściągają nas kłamstwem na ruiny, wmawiają jak to w planecie wciąż tli się życie i że możemy żyć w pokoju a ja wam mówię że to ma na celu nie co innego jak znaleźć sobie nowe naiwne pionki! Wszyscy którzy zostali, już dawno pozdychali i nie ma komu walczyć wiec szukają głupich którzy wezmą za bron. Decepticony oczywiście już to zrobiły ale ja nie zamierzam! - Robot miotał słowa z coraz większą złością. Jego rudobrązowy lakier wyglądał jakby specjalnie wyrażał wściekłość ogarniającą właściciela.
Pokój był prawie pusty. Na przedzie dwie koje zajmowały dwa roboty zwrócone do siebie twarzami. Na podłodze, miedzy ich nogami przycupnęła młoda fembotka. Oplotła rękoma kolana i wtrąciła się do rozmowy.
- Wiec chodzi tylko o wcielenie do armii? Nie tak wyobrażałam sobie powrót.
Zwykłe ohydne kłamstwo! Co?!
-
To nie takie proste - wtrącił bot o którego nogi młoda się opierała - Przede wszystkim trzeba komuś dowodzić a wszyscy już wiedza ze Megatron i Prime wykończyli się nawzajem. A decepticony tylko palą to zostało z
miast. Nie chcą walczyć tylko zniszczyć wszystko. Po co mieliby silić się na pobór skoro konflikt sporu to już tylko garstka popiołu.
- A co, chcesz czekać aż któryś z nich wymyśli sobie ze jest ponad nimi? - Znowu zaczął drugi, siedzący do drzwi tyłem - Kolejny Megatron, właśnie tego chcesz? Kolejnego tyrana?! Pamiętaj Prime zginął a wątpię by pojawił się ktoś równie dobrotliwy i naiwny jak on, nawet te jego a u t o b o t y nie są tak wspaniałe. Więc gdy jakiś parszywy decept ubzdura sobie, że jest wybrańcem... z Cybertronu nie zostanie nawet blacha metalu. A nas chcą w to wszystko wplątać. Ustawić w szeregu i wydawać rozkazy! Gdyby radni pomyśleli to przynajmniej wysłaliby kogoś na zwiad a nie
lecieli tu jak skraplet na żywe gdy tylko kilka kontrolek mocniej im się zapaliło - prychnął - Śmieszne, jakiś potężny impuls energii. Zwykły wabik i tyle! A przylecieli tu całą kolonią, na stare śmieci zamiast myśleć o tym co już udało nam się zrobić. Zwykły wabik. Nie mam pojęcia
jak ta zgraja podwładnych Prima zrobiła taka sztuczkę ale jestem pewien
ze nie mieli zamiaru ściągać nas tutaj żebyśmy sobie pożyli. Potrzebowali żołnierzy, nie obywateli. Zwykłe ohydne kłamstwo! Co?!
Bot wygłaszający monolog spytał gniewnie po tym jak towarzysz kopnął go i znacząco kiwnął głową na intruza stojącego w drzwiach.
-
Kim ty... - Dopowiedział zezłoszczony robot mrużąc optykę a kiedy rozpoznał
w młodym legendarnego robota uśmiechnął się złośliwie - Autobot! Kto
by pomyślał ze jeszcze zniżycie się do posług pocieszania. Słyszałeś
mnie dobrze, bocie? Nas nie nabierzesz na ładne słówka i obietnice!
Smokescreen zignorował ostatnie słowa, mające na celu widocznie tylko go obrazić lub sprowokować.
- To nie nasza wina - miał dziwna potrzebę stanięcia w obronie przyjaciół. Wiedział,
że chcieli dobrze... tylko może nie do końca wiedzieli jak to osiągnąć
- Nie mieliśmy zamiaru wywoływać kolejnych potyczek i niepotrzebnie
przelewać energon - Zaczął spokojnie, choć po nietęgiej minie jednego z
botów i nieufnej postawie drugiego wnioskował, że nie łatwo będzie ich
przekonać. Kontynuował.
- My po prostu przywróciliśmy Cybertronowi dawne życie... - nie zdążył dokończyć bo buntowniczy robot wstał i wolnym ale pewnym siebie krokiem zbliżył się do niego. Wyraźnie utykał na prawa nogę. Smoke zauważył świeżą, głęboką szramę na udzie awanturnika posmarowaną perląca się złotą maścią, zapewne zaaplikowaną mu przez Ratcheta. Rana już wyglądała jakby się goiła, wokół błyszczała miękka metaliczna tkanka.
- I co? - Ranny Buntownik tyknął młodego placem w pierś - Niby teraz jest lepiej? Widzisz jakąś poprawę? Ściągacie nas na zgliszcza, słodką obietnicą, a oferujecie tylko gorzką rzeczywistość. To żadna zmiana - Wyprostował się i z pogardą spojrzał na swojego rozmówcę. Był co najmniej o głowę wyższy od Smokescreena.
- My po prostu przywróciliśmy Cybertronowi dawne życie... - nie zdążył dokończyć bo buntowniczy robot wstał i wolnym ale pewnym siebie krokiem zbliżył się do niego. Wyraźnie utykał na prawa nogę. Smoke zauważył świeżą, głęboką szramę na udzie awanturnika posmarowaną perląca się złotą maścią, zapewne zaaplikowaną mu przez Ratcheta. Rana już wyglądała jakby się goiła, wokół błyszczała miękka metaliczna tkanka.
- I co? - Ranny Buntownik tyknął młodego placem w pierś - Niby teraz jest lepiej? Widzisz jakąś poprawę? Ściągacie nas na zgliszcza, słodką obietnicą, a oferujecie tylko gorzką rzeczywistość. To żadna zmiana - Wyprostował się i z pogardą spojrzał na swojego rozmówcę. Był co najmniej o głowę wyższy od Smokescreena.
- Okej, coś się uwzięło na nas, na naszą planetę. Ale t o nie n a s z a wina! - odpowiedział twardo. Buńczuczność starszego ani trochę mu się nie podobała ale wiedział ze nie może mu ustąpić. Spojrzał na towarzysza Buntowniczego, który nie odzywał się tylko lustrował obydwu czujnym wzrokiem. Mała fema, też milczała i podobnie jak większy osobnik jej rasy uważnie przypatrywała się sytuacji lśniącymi optykami.
- Nie w a s z a? Widać że nawet do błędu nie potraficie się przyznać!
- Nie popełniliśmy żadnego. To na waszych statkach tu przylecieli...
- Och! To teraz m y jesteśmy odpowiedzialni za ten bajzel? - botka nie potrafiła dłużej zdusić śmiechu, w końcu parsknęła i zaraz zmieszana zaczęła chichotać w ręce - Coś ci powiem kdaev'phia na m o j e j koloni nie było ani jednej parszywej decepticońskiej hoetAo'k, nie waż mi się mówić w twarz ze to ja nie zadbałem o pozbycie się wszystkich śmieci! Wiec powtórzę jeszcze raz bo wydaje mi się, że niedosłyszałeś - bot z raną postanowił dalej drążyć temat. - I niby według ciebie teraz jest lepiej?
- Nie - Smokescreen odparł bez wahania. - Nie jest - Szybkim ruchem wycofał się do korytarza i tylko odkrzyknął na odchodnym - Ale ja to wszystko naprawię! Próbując zachować pion ruszył tam skąd przyszedł, na początek korytarza.
Rozmowa nieznajomych wcale nie poprawiła jego nastrojów. Mógł się wypierać przed pobratymcami ale w głębi iskry czuł że jest odpowiedzialny za to się dzieje na Cybertronie. Do tego przeraźliwy chłód zacisnęły obręcz wokół jego procesora przez co raził go okropny ból i ciągle był w szoku po tym co się stało. A co się właściwie stało?...
Gdy już prawie dotarł do końca oddziału o mały drut nie wywrócił się, nie turbując przy tym swoim bądź co bądź dużym cielskiem kilku sprawców zamieszania. Małych sprawców.
- Nie - Smokescreen odparł bez wahania. - Nie jest - Szybkim ruchem wycofał się do korytarza i tylko odkrzyknął na odchodnym - Ale ja to wszystko naprawię! Próbując zachować pion ruszył tam skąd przyszedł, na początek korytarza.
Rozmowa nieznajomych wcale nie poprawiła jego nastrojów. Mógł się wypierać przed pobratymcami ale w głębi iskry czuł że jest odpowiedzialny za to się dzieje na Cybertronie. Do tego przeraźliwy chłód zacisnęły obręcz wokół jego procesora przez co raził go okropny ból i ciągle był w szoku po tym co się stało. A co się właściwie stało?...
Gdy już prawie dotarł do końca oddziału o mały drut nie wywrócił się, nie turbując przy tym swoim bądź co bądź dużym cielskiem kilku sprawców zamieszania. Małych sprawców.
Fembotka, jeszcze maluch, młode właściwie, razem z rówieśniczym botem pędziła z piskiem, na krótkich nóżkach bez reszty pochłonięta przednią zabawą. Autobot zatrzymał się i mimowolnie uśmiechnął na widok radosnych dzieciaków. Za tamtą dwójką dzielnie próbował gonić trzeci mały bot. Mocno utykał na jedną nogę i Smoke dopatrzył się gołych drutów, podobnych do tych w ręce starej femy. Nowiutkie, przyozdobione kilkoma mocnymi nitami, jeszcze czyste błyszczały stalą i chromem. Uśmiech Smoka przygasł kiedy zrozumiał ze młode zostało kaleką. Niedawno. Teraz. W tej chwili, w której ogłoszono pokój i neutralność.
Koniec pragnienia, strachu, bólu. Koniec wojny. W chwili w której Cybertrończycy powinni wspólnie na gruzach budować nowy lepszy świat.
Koniec pragnienia, strachu, bólu. Koniec wojny. W chwili w której Cybertrończycy powinni wspólnie na gruzach budować nowy lepszy świat.
Powinni znajdować schronienie, zakładać rodziny, pracować dla odzyskania wspólnego, równego kraju. Kochającego i bezpiecznego domu.
Nie uciekać przed bandytami, w obawie o swoje zdrowie, życie czy wolność. Optyką wyobraźni widział jak ten mały ucieka przed potężnym Deceptem. Wściekła, ogromna, czarna masa o czerwonych ślepiach...tnie młode ostrzem? Toporem albo może strzela mu w plecy? Może malec wpędzie wpada między stare kamloty, gruzy zmiażdżyły mu stopę? Przerażająca wizja.
Nie uciekać przed bandytami, w obawie o swoje zdrowie, życie czy wolność. Optyką wyobraźni widział jak ten mały ucieka przed potężnym Deceptem. Wściekła, ogromna, czarna masa o czerwonych ślepiach...tnie młode ostrzem? Toporem albo może strzela mu w plecy? Może malec wpędzie wpada między stare kamloty, gruzy zmiażdżyły mu stopę? Przerażająca wizja.
W tej chwili, wszyscy, są w epicentrum nowego konfliktu. Wszyscy są tak samo narażeni...
Nie! On, Smokescreen, nie pozwoli by doszło do kolejnego. Nie pozwoli wszcząć kolejnej wojny!
Bez względu na to czy do tego dążą zwyrodniale decepticony czy w tej opcji autoboty widzą jedyne wyjście.
Bez względu na to czy do tego dążą zwyrodniale decepticony czy w tej opcji autoboty widzą jedyne wyjście.
Nie pozwoli by jego rodacy gaśli lub cierpieli w jeszcze jednej bezsensownej batalii. Nikt więcej nie będzie zebra o energon, nie będą wpełzać w progi szpitali w nadziei na odrobinę ukojenia, nie będą ginąć od strzałów ani pod gruzami.
Nigdy więcej, dopóki w nim bije światło, płonie iskra!
Wybije Rachetowi, Magnusowi i choćby samemu cholernemu Lordowi wojnę z głowy!
***
Granatowy wojownik nie wiedział jednak że ma widownie.
Knockout stał w progu kantorka nieopodal sali na której wciąż żywo narzekali pacjenci. Słyszał każde słowo i ciągle nie mógł uwierzyć że ten młody poczuł się w obowiązku wziąć wine za zaistniała sytuacje na siebie. I jeszcze im obiecał że coś z tym zrobi!
Z ciągle prowadzonej rozmowy medyk wywnioskował że Smokescreen zwyczajnie się wygłupił a poszkodowani rozmówcy należą do tej grupy której nigdy nie dogodzisz.
Z drugiej strony nie mógł wyjść z podziwu dla charyzmy młodego. Widział jak chodził od pokoju do pokoju, jak jego mina z szoku i konsternacji przechodzi do skrajnego oburzenia aż w końcu do determinacji. Dla samego medyka widok takiego zainteresowania był nowy. Znaczy jasne, może wśród autobotów przełożeni czasem odwiedzali rannych, interesowali się dobrem żołnierzy ale u decepcticonów? Na wojnie z czasem Megatron sam rozkazywał likwidować szpitale.
Dlatego nie mógł przestać patrzeć jak młody ogromnym wysiłkiem woli powstrzymuje się od odwiedzenia wszystkich i być może szepnięcia słówka otuchy. A kiedy odwrócił się do wyjścia minę miał tak zaciętą że wyglądał co najmniej jakby chciał komuś urwać łeb.
Czerwony transformers był bardzo ciekawy co z tego wyniknie.
-------------------------------------------------
Zdecydowałam się was uszczęśliwić!
Większość pewnie właśnie westchnęła "No w końcu" ;)
Nie ukrywam że też się cieszę, oczka ff biją w górę a samo opowiadanie zyskuje nowych czytelników *faaanfaaaryyyy!* ^^
Oficjalnie! Jeden... Dwa... Trzy...
Lecimy z M A R A T O N E M! ^_^
***
- Optimus powiedział że mamy walczyć o pokój!
Większość pewnie właśnie westchnęła "No w końcu" ;)
Nie ukrywam że też się cieszę, oczka ff biją w górę a samo opowiadanie zyskuje nowych czytelników *faaanfaaaryyyy!* ^^
Oficjalnie! Jeden... Dwa... Trzy...
Lecimy z M A R A T O N E M! ^_^
***
- Optimus powiedział że mamy walczyć o pokój!
- Jasne, mieczem i toporem - prychnął Smokescreen.
I tak już od przeszło
godziny. Jak postanowił, tak też zrobił ale narada wojenna zamiast
przejść do łagodnego paktowania zupełnie zmieniła tory, dokładniej na
wojnę domową.
A jeszcze jakiś czas temu po prostu stali i śmiali się z siebie...
***
Bumblebee pochylał się nad klawiaturą i pochłonięty oglądaniem gęb conów i zastanawianiem się który jest brzydszy prawie nie zauważył jak dwuskrzydłowe drzwi rozsunęły się wpuszczając granatowego bota.
Bumblebee pochylał się nad klawiaturą i pochłonięty oglądaniem gęb conów i zastanawianiem się który jest brzydszy prawie nie zauważył jak dwuskrzydłowe drzwi rozsunęły się wpuszczając granatowego bota.
Smokescreen wolno
obszedł stojący pośrodku stół, łudząca podobny do operacyjnego i
zainteresował się sprzętem położonym na blatach pod ścianą.
- Potrzebujesz
czegoś? - Spytał żółty zainteresowany wędrówka bota i wymownie spojrzał
na trzymane przez niego kwadratowe urządzenie - Albo tego...
- Nie, nie - usłyszał w odpowiedzi.
Smoke nie przestawał obracać w palcach przedmiotu. Potrzebował czegoś do bezpośredniego nawiązania kontaktu z may.
Na Ziemii wszyscy
byli podpięci między sobą i bazą i tak też zostało chociaż teraz, na
Cybertronie nie uważał że takie uwiązanie było potrzebne.
Nie chciał jednak
wzbudzać podejrzeń wyłączeniem czy chociaż zakodowaniem swoich fal, a
już nade wszystko nie chciał, żeby ktoś z drużyny przypadkiem usłyszał
jego prywatną rozmowę z partnerka. Sieć potrafiła być zawodną,
zwłaszcza na zielonej planecie i o ile była bezcenną na misjach to w
czasie wolnym bywała utrapieniem. Na przykład, wtedy kiedy Wheeljack
uznał za niezwykle zabawne adorować tak twardą sztukę jak Arcee
sprośnymi tekstami. Na ich nieszczęście ich riposty przez błąd systemu
poszły do słuchawek wszystkich. I kiedy on razem z bee i Bulkiem rżeli
że śmiechu Optimus robiąc użytek że swojego czarnego humoru wywołał
jeszcze większą salwę śmiechu u wszystkich obecnych w bazie robiąc
Weeljackowi wykład między innymi o przyzwoitości i poszanowaniu
prywatności w s z y s t k i c h na tak ciasnej przestrzeni.
Pamiętał jak Miko zaklinała się wtedy że wrecker dostał rumieńców, jakkolwiek by to miało wyglądać.
Na zielonej planecie takie bezprzewodowe słuchawki nazywano krótkofalówkami albo komórkami.
Teraz korzystając z
okazji że żółty odwrócił się do ekranów, po cichu schował dwie takie
kanciaste zabawki do kieszeni pod pancerzem i zajął się innym cudem.
Sprzęt był owalny, spłaszczony na górze a średnica podstawy rozszerzała
się. Ciemne, wyłączone diody śmiały się do niego szeroko prosząc o
przygarniecie.
- Ale właściwie - z uśmiechem podrzucił wykrywacz w powietrze i złapał - szukam jakiegoś czujnika zbliżania...
- Znalazłeś - mruknął zwiadowca, rzucając okiem przez ramię.
Zadowolony Smoke i
ten bajer schował w kieszeń, po czym podszedł do kolegi patrząc na
zdjęcie, które właśnie przedstawiało wyjątkowo obrzydliwy przypadek ich
gatunku.
- Fuuuj, Bee jak ty będziesz mógł po tym spać? - Zapytał udając przerażenie.
Bee odwrócił się do kolegi i zmierzył spojrzeniem.
- Twój wygląd wcale nie mniej odstrasza - zauważył.
I nie było to wcale przesada. Lakier kompana był cały w kurzu, rysach i brudzie niewiadomego pochodzenia.
- Może pożyczyć ci
polerkę? Jakaś powiną być w skrzyni pod ściana - wskazał paczkę co
Smokescreen skwitował przewróceniem oczu że śmiechem.
- Jasne, o ile
Knockout wszystkich nie przywłaszczył - Drzwi zamknęły się za dwukółką
która swoje słowa skwitowała śmiechem, Wheeljack który wszedł za nią
zawtórował jej...
***
Jak zdecydowali zaczęli o wschodzie słońca ale teraz na niebo już zupełnie pociemniało.
Jak zdecydowali zaczęli o wschodzie słońca ale teraz na niebo już zupełnie pociemniało.
- Więc jednak wymyśliłeś lepszy plan, chętnie posłucham - Ratchet wykonał nieokreślony gest.
- Nie! Ja tylko uważam że... - Zastanowił się chwilę - możemy to załatwić inaczej...
- J A K? - Zapytali chórem.
- Wyciągnąć do nich rękę z hasłem "no cześć! Może usiądziemy, napijemy się, pomyślimy o istnieniu?"! - Sarknął Wheeljack
- Nie... - Zaczął zirytowany Smoke.
- Wiem! Może, zamiast
czekać aż sam się pofatyguje, od razu przedzwonimy do Megatrona? "Cześć,
stary! Kilka conów się obudziło może wpadniesz i skrócisz im smycz?" -
zakpiła Arcee, co spotkało się z ogólnym rozbawieniem.
- Nie rozwiążesz tego herbatka, Smokescreen - spoważniał Rachet - Bez Optimusa, on przynajmniej wzbudzał strach...
- Tylko dlatego, że był wielki jak stodoła i miał nazwisko.
Tym razem wszyscy zamilkli, Knockout coraz bardziej rozbawiony odwagą młodego odwrócił wzrok.
- Czy ty... Czy on go
obraził? - Arcee nie zwróciła się do nikogo konkretnie po czym, jak
stwierdził smoke, o mało nie opluła się jadem - Jesteś bezczelny,
dzieciaku!
- Gorzej niż Miko - warknął Rachet.
- Nie - odezwał się Bee
i oparł się rękami o stół - On myśli, że może sobie na to pozwolić bo -
zaczął go przedrzeźniać - Optimus go wybrał.
To było jak cios w
policzek. O ile nie poniżej pasa. Smoke najpierw otworzył usta, żeby
dodać coś na swoją obronę ale zmienił zdanie. Posłał przedmowcy
nienawistne spojrzenie. Przez to o mało nie umknęło mu jak Ratchet z
Magnusem wymienili że sobą szeptem parę uwag.
- Do czego - Wheeli próbował zachować resztki humoru - do czyszczenia magazynów?
- Wheeljack - Ratchet skarcił go i zwrócił się do żółtego - Skąd wiesz?
- Powiedział mi -
odpowiedział nie przerywając kontaktu wzrokowego z granatowym. Z punktu
widzenia czerwonego medyka prawdopodobnie dałoby się dostrzec ciskane
przez stół błyskawice.
- Kłamał - stwierdził stary rzucając spojrzenie na młodego. Arcee zaśmiała się głośno.
- Ja? - granatowy udał niedowierzanie.
- Optimus nie ukryłby przed nami takiej informacji - odezwał się Ultramagnus.
- A jednak. Wiedział jak zareagujecie, to wystarczający powód, żeby to przemilczeć...
- A co to niby miało znaczyć? - Zasyczała dwokolka zbliżając się do bota.
- Od początku mi nie
ufałaś - prychnął patrząc na nią z góry. Nawet May jest od niej wyższą,
pomyślał z rozbawieniem - Żadne z was nie traktuje mnie poważnie a w
niego wgapiacie się jak w święty obrazek! Żałosne.
- Odszczekaj to - ciągle syczy.
- Wątpię. Nigdy nie pogodzilibyście się z takim wyborem. Gdybym został Primem...
- Został? - czknął
rozbawiony Wheeljack - Nie powąchałbyś matrycy przez milenium, gdyby nie
zabawa z Unicronem. Optimus to twardy zawodnik i nigdy nie śpieszyło mu
się na drugą stronę...
- Dość - warknął stary medyk - Nigdy jej nie powącha, my zresztą też. Przepadła.
- No i świetnie -
Smokescreen wzruszył ramionami i uśmiechnął się cukierkowo - Jak wasz
przywódca na koniec zauważył, nie potrzebujecie jej, żeby podnieść
Cybertron z popiołu. Więc co zamierzacie z tym fantem zrobić?
- Jakim fantem? - wtrącił Bulkhead. Młody tylko przewrócił oczami.
- Powinniśmy się zająć
naszymi przyjaciółmi, rodzinami, które wróciły na planetę - wytłumaczył -
Planujecie masową rzeź, a nie potraficie na chwilę zająć się taką
sprawą jak brak prądu w miastach - zastanowił się i w końcu rozłożył
ręce - Albo w ogóle brak miast. Dwie trzecie są zrównane z ziemią.
- Bulkhead nad wszystkim pracuje! Myślisz że postawienie domu trwa dwa dni? - parsknął stary medyk.
- I w ogóle jakie "my"? -
wtrącił żółty - Nie interesujesz się naszą działalnością od dobrych
trzech miesięcy. Szlajasz się primus wie gdzie, a kiedy cię o to pytamy,
unikasz odpowiedzi. Jestem gotów podzielić zdanie Wheeljacka że
otwierasz rashux rai, dom publiczny.
Końcowke umiejętnie doprawił perfidnym uśmiechem niesięgającym oczu, które z kolei wyrażały gniew.
Smokescreen dla odmiany
próbował powstrzymać się od zawtórowania Knockoutowi, który zwyczajnie
wybuchł śmiechem. Pomyślał o Mayvies i tym razem nieomal parsknął
podsumowując w procesorze idiotyczne zdanie towarzyszy.
- I nie zmieniaj tematu -
podsumował Ultramagnus już zupełnie wytrącony z równowagi przebiegiem
narady. Wiele razy zastanawiał się jak też Optimus mógł znosić takie
rozprzężenie w oddziale. Z drugiej strony pod tym względem zawsze się
różnili. Do tej pory uważał że wynikało to z faktu że obaj szkolili się
w różnych Akademiach... - Decepticony narobią jeszcze więcej szkód
więc musimy ich powstrzymać, czy to jasne? Zanim Megatron zainteresuje
się potencjalną siłą bojową...
- To samobójstwo -
jęknął znowu Smokescreen, nie mógł pozbyć się wrażenia że znowu
nawiedza go ból głowy - Jest nas tylko siedmiu. Siedmiu! - dodał widząc
jak Knockout próbuje się wtrącić - Ty zostajesz, ktoś musi zająć się
mostem... i tymi głupkami jak już wrócą na wpół martwi z tej akcji!
- Głupkami? - zaniemówił Jack. Wśród oburzonych rozgorzała dyskusja.
- Kdaev'phi! -
wrzasnął Ultramagnus do Smokescreena tym samych uciszając spór -
Dzieciaku, jeszcze jedno słowo a osobiście cię stąd wyprowadzę.
Na sali zapadła taka cisza że dałoby się usłyszeć chrapanie skrapleta, gdyby jakieś były na sali. Smokescreen uniósł głowę, żeby choć trochę ukryć optyki wielkie jak spodki.
Jeszcze żaden spór w drużynie Optimusa Prima nie wyglądał tak okropnie.
Na sali zapadła taka cisza że dałoby się usłyszeć chrapanie skrapleta, gdyby jakieś były na sali. Smokescreen uniósł głowę, żeby choć trochę ukryć optyki wielkie jak spodki.
Jeszcze żaden spór w drużynie Optimusa Prima nie wyglądał tak okropnie.
- Jak zwykle,
przepraszam za prawdopodobne literówki i błędy w tekście - Mimo
pomocnych generatorów nie jestem w stanie dostrzec i naprawić
wszystkich.
-- Zdecydowałam się
podzielić jedną część (której połówki i tak są dość długie) ponieważ
rozdział poprzedzający... No cóż Wszechświat nie chciał by sprawa z
jego ukończeniem doszła do skutku :// Ale nie ma tego złego... Przepraszam jeśli tylko tekst wydaje się trochę chaotyczny ^^
***
- Jak mnie nazwałeś? - zdenerwował się. Tym razem nie na żarty. Nie jest, xachs, dzieckiem. Ani rekrutem gwardii! Magnus zmrużył niebezpiecznie optykę. Teraz dopiero atmosfera zrobiła się napięta. Powietrze skrzyło między starymi kompanami jakby po sali lekcyjnej latało conajmiej dziesięć gromów kulistych.
- Jak mnie nazwałeś? - zdenerwował się. Tym razem nie na żarty. Nie jest, xachs, dzieckiem. Ani rekrutem gwardii! Magnus zmrużył niebezpiecznie optykę. Teraz dopiero atmosfera zrobiła się napięta. Powietrze skrzyło między starymi kompanami jakby po sali lekcyjnej latało conajmiej dziesięć gromów kulistych.
- Ostrzegam cię -
powiedział śmiertelnie poważnie - Mam gdzieś za kogo się uważasz lub
być może uważał cię optimus. W tej sytuacji, szczególnie w tej!
Powinieneś wykazać się szacunkiem i dyscyplina a przede wszystkim
rozumem! Nie mam zamiaru więcej słuchać twoich absurdalnych pomysłów.
Nie będzie żadnych rozmów z Megatronem, żadnego pokoju! Zabiję każdego
decepticona który zamierza pokiwać palcem na "nie" wobec naszej władzy. A
jeśli i ty masz z tym szczególny problem, jestem gotów zlikwidować i
ciebie!
Po tych słowach zapadła
cisza. Nawet knockout otworzył szeroko oczy i zaraz przybrał pokerowa
twarz. Wśród autobotów ostre słowa najstarszego z kompanów nie wywołały
większego wstrząsu. Arcee poderwała do Smokescreena głowę patrząc z
wyzwaniem. Tylko Bulkhead wyglądał jakby wypowiedziana groźbą była
naprawdę nie na miejscu.
Smokescreen westchnął
głośno wlepiając wzrok w ścianę. W żadnym razie nie miał zamiaru poznać
po sobie jak bardzo dotknęły go słowa Magnusa. Groźbą, po prostu mi
zagroził! Kołatało mu po głowie - i tak już wymęczonej pulsującym bólem.
- Nie traktuj mnie jak zdrajcy - wysyczał.
- Nie zachowuj się tak - warknął zwiadowca ale młody nawet na niego spojrzał.
- Ani jak rekruta - dokończył Smoke co spotkało się z ogólnym prychnięciem.
- Ukończyłeś Akademię
tylko za przepchnięciem Optimusa Primę - ogłosił Ultramagnus, wszyscy z
zainteresowaniem popatrzyli na niego. Wszyscy doskonale pamiętali jak
Smokescreen trafił na Ziemię i dlaczego Optimus zdecydował się mu
zaufać. Już wtedy Rachetowi wydawało się to podejrzane.
- Ach tak? Czym sobie na to zasłużył? - zagaił medyk swojego przyjaciela.
- Bez znaczenia -
wściekł się młody - Podobnie jak ta rozmowa, donikąd prowadzi! Czy wy
naprawdę nie rozumiecie że narażacie c a ł ą naszą rasę? To, co z niej
zostało?! Jak możecie siedzieć i czekać na zderzaku aż cony podejdą do
jakiegoś złomowiska, to zajmie dni albo tygodnie, jeżeli już wywęszyły
kopalnie! Tak, tak bee nie patrz się tak na mnie, jeżeli ty je znaleźć
to oni też się zainteresują złożami a wtedy w ogóle nie przestaną
terroryzować mieszkańców! Skoro uważacie że masz t a k a władzę, to
proszę! Spróbuj je przepędzić!
- Przepędzić!? Jak zagłodzonego kundla, który kiedyś węszył pod naszą bazą?! Absurd! Co ci w ogóle odbiło!?
- Nie będę walczyć...
- Będziesz!! Wszyscy
będziemy! Choćbyśmy mieli być ostatnim punktem obrony, zabierzemy do
Wszechiskry wszystkie decepticony! I samego lorda też!
- Ja się na to nie
piszę! - wrzasnął jeszcze głośniej niż przedmówca - A b s u r d e m jest
to że chcecie dać się zabić w idiotycznej bójce, w czasie pokoju,
zamiast go utrzymać!
Pięścią uderzył w stół.
Był tak wzburzony że tylko pogorszył kwestie z pękającą mu głową.
Rozmasował ją drugą wolną ręką nagle zupełnie wycieńczony. Miał dość.
Ktoś z zebranych zamierzał znowu zabrać głos ale on już nawet niczego
nie widział wyraźnie. Mój łeb...
- Jeśli tego chcecie, to ja odchodzę - sapnął i zmienił ton na twardy jak ruda stali - Odchodzę.
Jednym szarpnięciem
zerwał z piersi czerwoną insygnie. Nie zwracając uwagi na zassane przez
nich z szoku powietrze ani oniemiałe, rozdziawione buzię definitywnie
zmiażdżył znak w dłoni i rzucił resztki na stół.
- To świętość! - Krzyknęła rozwścieczona Arcee odzyskując głos.
- To podział! -
Wrzasnął w odpowiedzi i skrzywił się boleśnie, pole widzenia powoli
zasłaniała biel. Pokręcił głową żeby odzyskać wzrok. Jęknął wyczerpany -
Jak chcecie cokolwiek budować skoro nie przestajecie dzielić
społeczeństwa na frakcje? Na kasty? Wszyscy! Jesteśmy tacy sami!
Nawet nie spojrzał na
pozostałych uczestników konwersacji. Wiedział że na twarzach mają ten
sam grymas i w iskrze są tak samo zdradzeni, oburzeni i wściekli jak
zauważył to w oczach niebieskiej dwokolki. Dalsze negocjacje nie miały
sensu.
Odwrócił się na pięcie a kiedy już wymaszerował, prawie równym krokiem, z sali z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi.
***
Bulkhead wyszedł z sali
najciszej jak potrafił gdy tylko przyjaciele zaczęli przekrzykiwać się,
jednocześnie klnąc na zachowanie młodego.
Zastał go opartego o
ścianę na końcu odnogi korytarza po lewej. W tym miejscu kończyła się
tarasem, łagodnie ujmując, gdyż całą ścianą kończącą korytarz została
zburzona. Zakurzony fragment podłogi zawalały gruzy i potłuczone szkło,
otaczało jeden ocalały fragment ściany ozdobiony lustrem o popękanej
tafli. Znad krawędzi można by dostrzec ziemię oddzieloną wysokością
siedmiu pieter.
Bury, do niedawna
autobot, stał przodem do resztek lustra a oświetlony ciepłymi
promieniami słońca niespieszącego się do zajścia, wygląd wyjątkowo
ponuro.
A bulk nie wiedząc właściwie jak zacząć rozmowę stanął tylko obok i tak jak Smoke delektował cisza wieczora.
- Kazali ci tu przyjść? - Burknął w końcu młody bot - Masz mnie zawlec do kółka, żebym cofnął to co powiedziałem.
- Wszystko już zostało
powiedziane. I nijak da się cofnąć czas. - odpowiedział bulk a widząc
zdziwiona minę Smokea dodał ze śmiechem - Nawet mi zdarzają się
przebłyski.
- Ale też nie przeproszę - powiedział kwitując żarcik starszego uśmiechem, który natychmiast zgasł - I nie wrócę.
Zielony kiwnął głową na
znak że rozumie. W rzeczywistości zupełnie nie pojmował dlaczego młody
Smokescreen tak bardzo się od nich odwrócił, nikt nie pojmował. Więc
mimo wszystko zapytał.
- Dlaczego?
- Nie mogę brać udziału
w tej rzeźni - usłyszał. Nie mogąc się powstrzymać spojrzał na
granatowego że zdumieniem. Właściwie myślał że ten rozwinie co ma do
powiedzenia ale zupełnie zignorował starego wreckera.
Więc obaj wgapiali się w
złota kule która leniwie zaczęła chować się za horyzontem. Gdy tylko
zauważalnie zmieniła kolor na pomarańcz zielony autobot poruszył się i
zamiarem odejścia zawrócił w głąb korytarz.
- Bulk - Smoke zawołał
za nim i zaczął niemrawo nie patrząc na bota - Ten dom, który mi
wskazałeś. W ścianie jest dziura, pewnie po jakiejś detonacji, ale nie
jest mała i przeszkadza, tak trochę...
Zielony bot który
zupełnie nie wyczuł związku między sytuacja a prośbą, ochoczo
zaproponował młodemu kilka rozwiązań budowlanych.
***
Smokescreen odetchnął z
ulgą i śmiechem gdy tylko wreckers zniknął w korytarzu i już z pola
widzenia czy słuchu. Był najwyraźniej bardzo zadowolony z
zainteresowania młodego i najchętniej rozwinąłby temat o budowlance,
gdyby tylko ten mu na to pozwolił.
Jednak Smokescreena interesowało tylko skuteczne załatanie dziury w ścianie mieszkania.
I był też bardzo zaabsorbowany przypadkiem lustra przed sobą.
Gdy tylko zielony się
odwrócił tafla rozbłysła jak wewnętrznie podświetlaną bialą lampą a w
świetle tłoczyły się kontury form tak bardzo że Smoke doznał leku że
zaczną wypełzać z lustra. Jak w ludzkim horrorze. Po chwili ciała
zastąpiły trzy postacie, każda lśniła jakby stojąc w biały świetle z
wewnątrz, jeszcze biła na nią luna promieni i wszystkie nieruchome, a
jednocześnie wprawiające miraż w ruch.
Przyprawiając młodego
bota o ciarki nie chciały zniknąć i tylko potęgowały hałas w głowie
Smoka jakby wsadzono mu tam wrzącą kadź do przetopu razem z całą
fabryką.
I te mrożące szepty... Część C:
- Smokie. Co to są za rysy na piersi, he? - Pytanie
padło tak nagle i tak niewinnie ze sam Smoke pomylił je najpierw z
glosem sumienia. Obejrzal sie na May ktora jak dotąd była bardzo
pochłonięta upinaniem pod sufitem wiązanki z adawy. Albo udawała...
Stojąc na stołku wyciągała się na czubkach stop by móc dotrzeć do rogu sklepienia.
Niebieskie żyłki na stalowych płatkach oswietlały jej buzie słabym swiatlem, uwydatniajac gladkie policzki i zmarszczone brwi.
-
Smokie? - ponowila pytanie i zaraz zamknela usta z ktorych wychynal
tylko czubek jezyka. Jak zawsze gdy skupiala sie mocno, tak jak w tym
przypadku, by kazde kwiecie mocno trzymalo sie na drutach.
-
Slucham? - Spytal zaczepnie po tym jak zaszedl partnerke od tylu.
Zaskoczona bezszelestnym pojawieniem sie bota, zakolysala sie
niebezpiecznie i pochwili wpadka w ramionia Smoka. Zakwitle kwiaty ktore
dotad trzymala z cichym szelestem opsypaly dwojke robotow tworzac tez
malowniczy krag wokol nich.
Smokescreen byl
dumny z siebie kiedy udalo mu sie znalezc cale zrodlo swiezych kwiatow
po tym jak skopiowal wspolrzedne z map Bumbeego.
Czy
to bylo male oszustwo? Nie. Tylko mala wskazowka, albo trzy. Przeciez
liczylo sie tylko to jak jego wybranka byla zachwycona polaciami kwiecia
ktore eony temu dziko porastalo powierzchnie planety. Bylo tak wrazliwe
ze roslo tylko raz na 4cykle*, rozkwitajac tylko przy wplywal dwoch
blizniaczych ksiezycow. Przez wojne wymarlo calkowicie.
Dlatego tym bardziej cieszyl sie ze sprawil kochanej femie taka niespodzianke...
I
dopiero zorientowal sie ze ona cos do niego mowila. Dokladniej w chwili
gdy uparcie odepchnela sie od niego w probie staniecia na wlasne nogi.
- Przepraszam... - Zaczal.
-
Przepraszam? Smoke! Ty mnie w ogole nie sluchasz - spojrzala na niego z
wyrzutem nieudolnie maskujacym troske szklaca sie w optykach. Kiedy
postawil ja juz na ziemie, przewrocila oczami w udaeanym poirytowaniu -
Co sie dzieje?
- Nic - tylko tyle, az tyle
mogl przecisnac przez przetwornik. Kiwnela glowa zaznaczajac ze
niepodobaja jej sie te zagrywki. Ani strzepione rysy na srodku klatki
piersiowej. - Ach, to?! Ehm, zdjalem ja. Wiesz jestem slawny, nie chesz
przeciez zeby inne rzucaly mi sie na szyje z powodu glupiego znaczka,
nie?
Usmiechnal sie tak nienaturalnie jak dla niego ze May nieomal sie przestraszyla.
-
Glupiego znaczka? - Zapytala cicho. O n a lubila tez znaczek. A dla
niego ten znaczek byl wszystkim! Przeciez...nawet wiecej niz ona, bo
inaczej nie rozdzielono by ich. Poslala mu spojrzenie ktore wyraznie
mowilo ze nie pyta o to po raz pierwszy w ciagu ostatnich dziesiecu
minut.
- Smokrscreen, co sie stalo? Z insygnia - spojrzala na niego smutno - Z toba?
Ach! Spodziewal sie po niej przynajmniej jakiegos zartu, moze "nie udawaj ze mial bys z tym problem" albo chociaz usmiechu.
Ale ona tylko stala przed nim, sztywna z zadarta glowka i placzem na czubku nosa.
Jest
smutek i niewinny brak pojecia byly okropnie ciezkie. Mimowolnie czul
jak emocje go powoli przygniataja. Jakby z kazda troska dorzucano mu do
paki kamien...
I dopiero teraz zrozumial ze
ona czuje to samo caly czas! Caly jego niesmak, zal i i cala reszte, ona
nosi jego brzemie codziennie odkad szesc dob temu wrocil zgorszony i
wsciekly z narady autobotow.
Glupi, egoistyczny mech!
Natychmiast
palnal sie jedna reka w czolo i wolnym ramieniem przyciagnal kochana
May zamykajac drobne cialko w uscisku. Mruczal "przepraszam,
przepraszam..." we wszystkich znanych mu jezykach, nie zwazajac na to ze
wpala jezyki przodkow jak i ziemskie "Im sorry, lo sino" czy "seiro"
dopoki choc troche udobruchana botka nie przypomniala sobie o
sponiewieranych zyjatkach hibitis** na podlodze.
...
*4 cykle - 4 pory roku? XD
** adawa hibitis
***
Po
tym jak May spowrotem poswiecila swoja uwage habziom i kurzom na
polkach a Smoke wrocil do latania dziury w scianie czas minal im tak
szybko ze bot nie zdazyl zdecydowac sie jak ma przekazac dziewczynie
prawde. Cala prawde. Albo chciaz wiarygodne klamstewko...
Nie!
Pfuj, badzmy szczerzy; lepiej mu wyjdzie gra na zwloke niz gdyby mial
powiedziec jej w twarz jedna nieszczera uwage. W te wielkie,
inteligentne, czyste jak wody w strefie rownikowej Ziemi, optyki.
Obawial
sie tej rozmowy bo wiedzial ze ukochana przelozyla ja tylko ze wzgledu
na jego komfort ale predzej czy pozniej zacznie go cisnac. Nie zniesie
dluzej jego humorow, poczuje sie oszukana albo poprostu obrazi sie przez
wystawianie jej ciekawskiej natury na pokuszenie.
A
ze "pozniej" nadeszlo predzej niz by sobie tego zyczyl, obwieszczone
przez adawy otwierajace na oscierz paki po zmroku wiec zostal prawie
sila wciagniety do pokoju sypialnego. Choc jeszcze rano tak sie cieszyl
na kolejna noc z drobnym cialkiem ukochanej wtulonej w jego bok.
***
- O czym myslisz?
Polozyli
sie na meblu na plecach i tylko may odwrocila sie lekko w strone
partnera. Ten zalozyl jedna reke pod glowe i udawal powage.
- O takich malym botach ktore widzialem w szpitalu - odpowiedzial szeptem - Trzy slodkie, stworki.
Ona nie odpowiedzia ale po upartym wgapianiu sie w niego, smoke w koncu odwrocil glowe w jej strone posylajac szeroki usmiech.
- Tylko zartowalem - zasmial sie a niebieskooka mu zawtorowala poczym spowazniala
- Dlaczego w szpitalu? - Otworzyla szeroko optyki - Dlaczego tam byles?
- Z zadnego powodu - odpowiedzial szybko - Nic mi nie jest. Tylko...zgubiłem się, tak troche.
No i ma, przynajmniej nie mozna mu zarzucic ze klamal. Mayvies jednak nie wygladala na przekonana.
-
No to powiesz mi o co chodzi? - spytala z marsowa miną ktora
dostrzegl w slabym swietle swoich optyk - Wychodzisz jako autobot, a
wracasz jakos tak...
Na to juz nie wiedzial co odpowiedziec.
Miala
racje. Kiedy wrocil w srodku nocy z bazy autobotow, jak uparcie to
sobie katalogowala, nawet nie wszedl do sypialni. Zalegl naburmuszony na
sofie i nie zmruzyl optyki do rana a kiedy may wyszla do niego
zaniepokojona halasem, zbyl ja nie silac sie na delikatnosc i kazal
wracac do lozka.
Pol nastepnego dnia
nieodzywali sie do siebie, jemu nie przechodzil zly humor a ona uznala
za punkt honoru unikac go jak ognia. Dopiero wieczorem nie wytrzymal
chorej relacji i jak najszybciej postanowil naprawic te bledy. Do dzis
nie mial jednak pojecia, czym sobie zasluzul ze mu wybaczyla.
Przymruzyl
optyki, ciagle zastanawiajac sie nad odpowiedzia. Najchetniej w ogole
nie obarczal by jej tymi problemami ale z drugiej strony... I tak
wiedziala. No i tylko bardziej ja narazal...
-
Poprostu...mamy kilka problemow. Mam wrazenie...wiem jak je rozwiazac!
Ale oni nie chca mnie sluchac - jeknal zalosnie - Nie wiem, co mam
robic.
- Nie mozesz wszystkiego naprawic -
zauwazyla i tym razem polozyla sie u jego boku - A decepticony byly, sa i
beda. Mysle ze na to tez nic nie poradzisz, to nie moglo sie udac...
Zwrocil spojrzenienie na nia i gapil sie zdawalo sie wiecznosc... Wiedzial jednak co chciala osiagnac.
-
Nie wierzysz w to. Wierzysz we mnie - usmiechnal sie szeroko -
Poklocilem sie ze znajomymi o sposob pokonania conow. Wszyscy boimy sie
ze... Sprowokuja wiadroglowego. A kiedy juz wroci...
-
Nie bedziecie miec silnego lidera ktory mu sie sprzeciwi? - Zapytala
unoszac brwi - Ilu was jest? Raz, dwa, piec... Niewazne. Jestescie
zgodni i to czyni wasz silnymi, jeden megatron nie powinien sie w ogole
wychylac.
Kiedy nieodpowiedzial kontynuowala
- Na kolonii byla Rada, Rada zawsze sluchala za czym glosuja mieszkancy koloni i wszyscy byli szczesliwi.
- Mowisz o demokracji? - spojrzala na niego - taki ustroj, wladza ludu. A Dynastia Primow byla od zawsze...
- I jak nazywa sie cos takiego?
- Chyba wladza absolutna - odparl po krotszym namysle
-
I takiej chce megatron? Pamietaj ze mieszkancow tej planety czy jakies
innej jest wiecej niz jeden glupek ktory ubzdural sobie rzadzenie
swiatem - w odpowiedzi uslyszala ciezkie westchniecie - Dlaczego
autoboty nie porozmawiaja z Rada? Sa tutaj tak jak my wszyscy. Mogliby,
napewno mogliby zebrac kilku dobrych wojownikow...
-
Ludzie nie chca walczyc - przerwal jej - Wiem ze nie chca. Ale autoboty
dążą do kolejnej wojny, nie widza innych rozwiazan. Nie chca widziec.
Sa uparci jak osly!
- Co to osiol?
-
Takie koniowate, powiedzenie. Nie rozumiem dlaczego oni nie potrafia
wrocic do codziennosci, zadbac o rodakow. Siedza w tej swojej norze i
tylko knuja knuja knuja. Wyobrazasz sobie ze bumblebee siedzi godzinami
przed komputerem i sprawdza aktywnosc decepticonow?
- Co w tym zlego?
-
Co w tym zlego? One sa wszedzie! To jest zuo. Wszyscy chodza wsciekli i
nie wiedza czego chca, czekaja tylko az komus beda mogli strzelic w
leb... Zrobili sie okropni odkad dowiedzieli sie o nowych conach. Nie
widza zadnego problemu w masowej rozróbie z decepticonami, sa przekonani
ze walka to najlepszy pomysl. A mnie uwazaja za niedoswiadczonego
rekruta! Sami nie maja pojecia... Do tej pory wszyscy bylismy rownymi
sobie kompanami a teraz... - Zagorzały
medyk ostatnio zrobił się bardziej skory do walki niż Wheeljack. A ten
już od lat był znany ze swojego porywu. Na wspomnienie dawnych lat na
ustach autobota bezwiednie zagościł nikły usmiech. Wtedy mimo otwartej
wojny z decepticonami w drużynie Prime'a panowała zgoda, nie kłótnie
który truły i dzieliły ją teraz. Usmiech jednak znikl tak szybko
jak się pojawił. Mruknal - Wszyscy zmienilismy sie odkad stracilismi
optimusa ale odnosze wrazenie ze oni calkowicie sie cofneli.
-
Wiec dlatego wrociles taki wsciekly - zamyslila sie chwile - wiesz ze
nie mam nic przeciwko jezeli ciagle bedziesz zolnierzem...
-
Ale ja nie chce nim byc! - Podniosl sie gwaltownie do siadu - I nie
chce by ktokolwiek nim byl, nie widze takiej potrzeby. Uwazam ze mozemy
zalatwic to pokojowo ale oni nie chca sluchac. Zrobili sobie plan, chca
cala ekipa wysiekac legion decepticonow.
- Dlatego od nich odszedles?
- Tak
-
W ten sposob tylko bardziej odsunales sie od sprawy... Powininies
porozmawiac z czlonkami Rady, moze wspolnymi silami przekonacie ich.
-
Nie... Nie chce nikogo wiazac w ten konflikt, juz i tak tobie
niepowinienem o tym mowic - uniosl optyki i wgapil sie w sufit - To moi
przyjaciele. Nie chce walczyc z nimi. Nie chce walczyc w ogole.
Mavies polozyla dlon na jego klatce piersiowej i sila popchnela na poduszki.
- Czasami nie mamy wyboru...
Mruknela ukladajac glowe na jego piersi i przymykajac optyki - A teraz idziemy ladowac ako.
Smokescreen polozyl wolna reke na jej talii wciaz zbyt pochloniety myslami zeby zmruzyc optyke.
- Dobranoc - szepnal.
***
Nagle wszystko pociemniało, a Smokescreen poczuł się jakby jakaś niewidzialna siła ciągnęła go w dół.
Usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Dźwięk którego nie powinno być słychać. Energon zaczął buzować w przewodach, przyśpieszając bicie jego iskry. Smokescreen wyćwiczonym wojskowym ruchem szybko ześlizgnął się z łoża i przykucnął na podłodze, transformując rękę w działko. Miał ku temu powody. Był środek nocy, a on n i e zapraszał gości.
Zareagował błyskawicznie - spuścizna po Akademii. Jej nauki mocno wryły się w pamięć.
Z głównego pokoju sączyła się do sypialni słaba łuna światła. Intruz penetrował ich mieszkanie w najlepsze. Autobot spojrzał na śpiącą fembotkę, nie obudziła się, czyli nie usłyszała hałasu. Chociaż tyle dobrego. Bezszelestnie przemknął się do pomieszczenia dziennego. Wyjrzał zza rogu.
Nic.
Nikogo nie było. Tylko niebieskie małe lampki w suficie dawały nikły blask. Rozejrzał się dookoła, penetrując wzrokiem mgliste ciemności. Wszystkie zmysły i sensory miał maksymalnie wyostrzone. W najwyższym skupieniu zaczął powoli posuwac się na przód. Broń trzymał na wysokości klatki piersiowej, w każdej chwili gotową do strzału. I wtedy znowu usłyszał hałas ale tym razem były to kroki robota. Obrócił się i zobaczył na ścianie kawałek cienia włamywacza, pokaźny bark mocno opancerzony, wydał mu się on dziwnie znajomy. Nagle enigmatyczna postać zaczęła szybko przemieszczać się w kierunku wyjścia.
- Stój! - krzyknął Smokescreen. Wystrzelił z działka ale chybił. Puścił się w pościg za intruzem, lecz
cień umykał coraz szybciej. Do audioreceptorów autobota dotarł, zdawałoby się, szyderczy śmiech. Smoke wytężył się i rzucił do przodu, już prawie złapał napastnika, gdy wtem poczuł potworny ścisk w głowie. Nie! Nie teraz - zabłagał w duchu. Ale było już za późno nieznajomy zniknął w ciemnościach. Smokescreen szybko oparł się o najbliższą ścinę, zrobiło mu się słabo. Świat przed jego optykami zawirował jak myśliwiec w dzikim korkociągu. Ale nie to było najgorsze. Najgorszym był dziwny, donośny głos przeszywający głowę młodego bota na wylot, niczym kula pokaźnego kalibru. Kolana się pod nim ugięły. Nie wiedział, czy osuwa się na podłogę, czy jeszcze stoi. Ale jednego był świadom aż za dobrze, swojego imienia rozbrzmiewającego wszędzie.
"Smokescreen"
I nagle... nicość. Cisza.
Otworzył optyki i ze zdumieniem rozejrzał się wokół, znajdował się nigdzie, w eterze jaśniejącym białym światłem. Oślepiająca łuna zdawał się być żywa. A co jeszcze dziwniejsze mimo iż pod swoimi nogami nie dostrzegł żadnej powierzchni na której stopy znalazły by oparcie, stał. Nie miał pojęcia gdzie był, gdzie trafił... Może to Strefa Cienia? Ale nic w tej "krainie" nie odpowiadało opisowi Strefy. Tu wszystko jaśniało, błękit mieszał się z bielą. Przepływały przez siebie i opływały Smokescreena.
- Halo! - krzyknął. Odpowiedziało mu tylko echo.
Ruszył przed siebie, ale nim zrobił kilka kroków. Żywa, mglista materia wyprzedziła go i zlepiając się przed nim uformowała piedestał na którym zmaterializowała się Matryca Przywództwa. Artefakt z wolna obracał się wokół własnej osi. Bot nie mógł uwierzyć, nigdy nie widział jej na własne oczy, pamiętał jedynie ryciny z nauk u Aplhatriona. A przecież sam przedmiot zniknął, wraz z Optimusem... Podszedł i delikatnie musnął drogocenny, mistyczny przedmiot. Metaliczna rama z mnóstwem elementów prowadzących do świetlistego niebieskiego środka, który nieustannie promieniował siłą. W cichej do tej pory przestrzeni rozległ się tubalny głos rozchodzący się we wszystkie strony. Pradawny, wszechobecny i pełen potęgi wydobywał się jakby znikąd. Smokescreen nie znał go ale jego świadomość sama rozszywfrowywała znaczenie rozlegających się słów. Tak jak gdyby od urodzenia był zaprogramowany na rozumienie go. Język Primeów.
" Matrycy Przywództwa nie można znaleźć, tylko otrzymać".
I oto w błysku światła stanęła wielka postać robota. Młody autobot cofnął się o krok. Ale zaraz rozpoznał starszego bota stojącego przednim.
- Alpha Trion? - zapytał pełen zdziwienia.
Dawny mentor, którego Smoke rozpoznał w monstrualnym osobniku spojrzał na niego głęboko niebieskimi optykami, ale nic nie odpowiedział. Wyciągnął rękę i gestem przywołał do siebie cybertrojański atrefakt. Ten zaczął wirować coraz szybciej, aż nie zamienił się w błękitnawą kule. Od jej energii powietrze zaczęło wibrować. Wnet wokół Smoka pojawiło się więcej postaci, zamykając młodego w kręgu. Aytobot obrócił się aby przyjrzeć sie nieznajomym, ale już po chwili wiedział kim są.
Primowie.
Wszyscy, po kolei, Trzynastu wielkich Primeów. Na środku Alpha Trion, po jego prawej Prima, z lewej strony Vedor Prime. Smokescreen rozpozanał wszystkich. Solus Prime, Onyx Prime... Ich też znał jedynie z lekcji, z obrazków.
Były mistrz młodego uniósł matrycę, która rozdzieliła się na dwanaście takich samych, każda przypadła na jedna pradawną postać przywódcy. Teraz wszyscy trzymali wirujące coraz szybciej artefakty i w jednej chwli spojrzeli na zamkniętego w kole bota.
- Co? - Smoke oprzytomniał i cofnął się o kilka kroków. - Co chcecie zrobić?
Lecz i tym razem nie otrzymał odpowiedzi. Zamiast tego Pirmowie posłali rozpedzone bęłkine wiry z prędkością światła wprost na Smokescreena.
- Nie! - krzyknął, ale było już za późno. Nie mógł uciec bo pociski nadciągały ze wszsytkich stron, otaczając go i krążąc z niebezpieczną prędkością wokół swojejosi. Ostanie co zobaczył to błyszczące oczy Triona.
***
Znalazł się w ciemnościach. Smokescreen
poczuł się jakby jakaś niewidzialna siła ciągnęła go w dół, w otchłań.
Mrok pochłonął go i wciągnął, a jedym dzwiękiem towarzyszącym mu w
Czerni było jego imię. Wypowiedziane delikatynym przeszywającym szeptem.
"Smokescreen"...
Usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Dźwięk którego nie powinno być słychać. Energon zaczął buzować w przewodach, przyśpieszając bicie jego iskry. Smokescreen wyćwiczonym wojskowym ruchem szybko ześlizgnął się z łoża i przykucnął na podłodze, transformując rękę w działko. Miał ku temu powody. Był środek nocy, a on n i e zapraszał gości.
Zareagował błyskawicznie - spuścizna po Akademii. Jej nauki mocno wryły się w pamięć.
Z głównego pokoju sączyła się do sypialni słaba łuna światła. Intruz penetrował ich mieszkanie w najlepsze. Autobot spojrzał na śpiącą fembotkę, nie obudziła się, czyli nie usłyszała hałasu. Chociaż tyle dobrego. Bezszelestnie przemknął się do pomieszczenia dziennego. Wyjrzał zza rogu.
Nic.
Nikogo nie było. Tylko niebieskie małe lampki w suficie dawały nikły blask. Rozejrzał się dookoła, penetrując wzrokiem mgliste ciemności. Wszystkie zmysły i sensory miał maksymalnie wyostrzone. W najwyższym skupieniu zaczął powoli posuwac się na przód. Broń trzymał na wysokości klatki piersiowej, w każdej chwili gotową do strzału. I wtedy znowu usłyszał hałas ale tym razem były to kroki robota. Obrócił się i zobaczył na ścianie kawałek cienia włamywacza, pokaźny bark mocno opancerzony, wydał mu się on dziwnie znajomy. Nagle enigmatyczna postać zaczęła szybko przemieszczać się w kierunku wyjścia.
- Stój! - krzyknął Smokescreen. Wystrzelił z działka ale chybił. Puścił się w pościg za intruzem, lecz
cień umykał coraz szybciej. Do audioreceptorów autobota dotarł, zdawałoby się, szyderczy śmiech. Smoke wytężył się i rzucił do przodu, już prawie złapał napastnika, gdy wtem poczuł potworny ścisk w głowie. Nie! Nie teraz - zabłagał w duchu. Ale było już za późno nieznajomy zniknął w ciemnościach. Smokescreen szybko oparł się o najbliższą ścinę, zrobiło mu się słabo. Świat przed jego optykami zawirował jak myśliwiec w dzikim korkociągu. Ale nie to było najgorsze. Najgorszym był dziwny, donośny głos przeszywający głowę młodego bota na wylot, niczym kula pokaźnego kalibru. Kolana się pod nim ugięły. Nie wiedział, czy osuwa się na podłogę, czy jeszcze stoi. Ale jednego był świadom aż za dobrze, swojego imienia rozbrzmiewającego wszędzie.
"Smokescreen"
I nagle... nicość. Cisza.
Otworzył optyki i ze zdumieniem rozejrzał się wokół, znajdował się nigdzie, w eterze jaśniejącym białym światłem. Oślepiająca łuna zdawał się być żywa. A co jeszcze dziwniejsze mimo iż pod swoimi nogami nie dostrzegł żadnej powierzchni na której stopy znalazły by oparcie, stał. Nie miał pojęcia gdzie był, gdzie trafił... Może to Strefa Cienia? Ale nic w tej "krainie" nie odpowiadało opisowi Strefy. Tu wszystko jaśniało, błękit mieszał się z bielą. Przepływały przez siebie i opływały Smokescreena.
- Halo! - krzyknął. Odpowiedziało mu tylko echo.
Ruszył przed siebie, ale nim zrobił kilka kroków. Żywa, mglista materia wyprzedziła go i zlepiając się przed nim uformowała piedestał na którym zmaterializowała się Matryca Przywództwa. Artefakt z wolna obracał się wokół własnej osi. Bot nie mógł uwierzyć, nigdy nie widział jej na własne oczy, pamiętał jedynie ryciny z nauk u Aplhatriona. A przecież sam przedmiot zniknął, wraz z Optimusem... Podszedł i delikatnie musnął drogocenny, mistyczny przedmiot. Metaliczna rama z mnóstwem elementów prowadzących do świetlistego niebieskiego środka, który nieustannie promieniował siłą. W cichej do tej pory przestrzeni rozległ się tubalny głos rozchodzący się we wszystkie strony. Pradawny, wszechobecny i pełen potęgi wydobywał się jakby znikąd. Smokescreen nie znał go ale jego świadomość sama rozszywfrowywała znaczenie rozlegających się słów. Tak jak gdyby od urodzenia był zaprogramowany na rozumienie go. Język Primeów.
" Matrycy Przywództwa nie można znaleźć, tylko otrzymać".
I oto w błysku światła stanęła wielka postać robota. Młody autobot cofnął się o krok. Ale zaraz rozpoznał starszego bota stojącego przednim.
- Alpha Trion? - zapytał pełen zdziwienia.
Dawny mentor, którego Smoke rozpoznał w monstrualnym osobniku spojrzał na niego głęboko niebieskimi optykami, ale nic nie odpowiedział. Wyciągnął rękę i gestem przywołał do siebie cybertrojański atrefakt. Ten zaczął wirować coraz szybciej, aż nie zamienił się w błękitnawą kule. Od jej energii powietrze zaczęło wibrować. Wnet wokół Smoka pojawiło się więcej postaci, zamykając młodego w kręgu. Aytobot obrócił się aby przyjrzeć sie nieznajomym, ale już po chwili wiedział kim są.
Primowie.
Wszyscy, po kolei, Trzynastu wielkich Primeów. Na środku Alpha Trion, po jego prawej Prima, z lewej strony Vedor Prime. Smokescreen rozpozanał wszystkich. Solus Prime, Onyx Prime... Ich też znał jedynie z lekcji, z obrazków.
Były mistrz młodego uniósł matrycę, która rozdzieliła się na dwanaście takich samych, każda przypadła na jedna pradawną postać przywódcy. Teraz wszyscy trzymali wirujące coraz szybciej artefakty i w jednej chwli spojrzeli na zamkniętego w kole bota.
- Co? - Smoke oprzytomniał i cofnął się o kilka kroków. - Co chcecie zrobić?
Lecz i tym razem nie otrzymał odpowiedzi. Zamiast tego Pirmowie posłali rozpedzone bęłkine wiry z prędkością światła wprost na Smokescreena.
- Nie! - krzyknął, ale było już za późno. Nie mógł uciec bo pociski nadciągały ze wszsytkich stron, otaczając go i krążąc z niebezpieczną prędkością wokół swojejosi. Ostanie co zobaczył to błyszczące oczy Triona.
***
Wyrwał
go krzyk. Chwile mu zajęło zanim zrozumiał ze to jego własny. /
Gwałtownie podniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał dookoła ciężko
oddychając. Cały rozdygotany jedną rękę wsparł na łożu, a drugą jak
najszybciej zaczął obmacywać swoją karoserię. Żył, czyli to był tylko
sen. Przerażający sen... koszmar. Albo wizja... gdyby jeszcze dokładniej
uściślić.
May
podparła się na łokciu i półprzytomna wpatrywała się w niego optyka
lśniąca w mroku jak ślepia jakiegoś kociego ssaka. Próbował pozbierać
myśli ale głos zajął i zmroził jego umysł doprowadzając niemal do paniki.
Powstrzymał w pół drogi dłoń partnerki która chciała dotknąć jego
ramienia.
- Kładź się. Proszę, już wszystko w
porządku - wyszeptał, złożył na jej czole całusa, popularnego na Ziemi,
i wykradł się z sypialni na dwór.
To już trzeci raz w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Oparł się ciężko o ściane domu i zaczął kreślić kółka na skroniach. Aphatrion, Primowie... Matryca. Zbyt wiele powtarzających się elementów by uznać to za szczęście albo przypadek.
Dlaczego teraz? Teraz gdy całe dziedzictwo umknęło mu, zostawiając go z nową nadzieją. Nowym Życiem.
Musiał znaleźć odpowiedzi.
Chociaż już jedną znał aż za dobrze.
Cybertron. Ktoś musiał powstrzymać decepticony zagrażające planecie i życiu jej mieszkańców.
To już trzeci raz w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Oparł się ciężko o ściane domu i zaczął kreślić kółka na skroniach. Aphatrion, Primowie... Matryca. Zbyt wiele powtarzających się elementów by uznać to za szczęście albo przypadek.
Dlaczego teraz? Teraz gdy całe dziedzictwo umknęło mu, zostawiając go z nową nadzieją. Nowym Życiem.
Musiał znaleźć odpowiedzi.
Chociaż już jedną znał aż za dobrze.
Cybertron. Ktoś musiał powstrzymać decepticony zagrażające planecie i życiu jej mieszkańców.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz